#ovc9S

Postanowiłem oświadczyć się mojej kobiecie po dwóch latach związku. Bardzo długo wybierałem pierścionek, chciałem, żeby spodobał się mojej ukochanej i żeby nosiła go z dumą. Nadszedł ten wielki dzień - postanowiłem, że oświadczę się jej tradycyjnie - u nas w domu, bez żadnej publiki, podczas kolacji przy świecach. Uklęknąłem przed nią, wyciągnąłem pierścionek, zadałem jej to magiczne pytanie, a ona zrobiła kwaśną minę i jak powiedziała "kocham cię i chcę być twoją żoną, ale ta szopka, a ten pierścionek zwłaszcza, były zbędne. Pieniądze, które wydałeś na ten badziew, mogłeś przelać jakiejś fundacji, wtedy byłabym najszczęśliwsza na świecie".

Zatkało mnie i zastygłem w bezruchu. Iza powiedziała, że pierścionek mam zwrócić i jeżeli będę chciał, to mam wpłacić te pieniądze na cele charytatywne. Zrobiło mi się strasznie przykro, bo czekałem na ten moment, kiedy wsunę jej na palec "ten badziew" i zobaczę radość w jej oczach. Zamiast tego zostałem zjeb*ny i usłyszałem cały wykład na temat konsumpcjonizmu i materializmu. Pieniądze na fundację wpłaciłem i dopiero wtedy Iza tak naprawdę zaczęła się cieszyć z tych zaręczyn.

Moja narzeczona jest minimalistką, do tego bardzo oszczędną, ale uważam, że przesadziła. Ten pierścionek miał być symbolem mojej miłości do niej, a zamiast tego jest przelew na schronisko dla piesków...

#maowR

Historia z czasów studenckich.

Wybrałam się ze swoimi przyjaciółkami na koncert. Z kasą nam się nie przelewało, dlatego też przed występem poszłyśmy do monopolowego po piwko. Oczywiście na jednym się nie skończyło. Po konsumpcji na schodach przy jakimś parkingu, naszła nas nagła i bardzo mocna potrzeba. Wieczór, parking, do klubu kawał drogi (a w toalecie damskiej pewnie tłumy), więc postanowiłyśmy załatwić się pomiędzy samochodami. Wszystkie trzy znalazłyśmy sobie dogodne miejsca i sikamy. Wstrzymywałam wcześniej bardzo długo, więc byłam mega uradowana, że nie muszę już się męczyć. Coś tam sobie nuciłam (bo ten maraton wcale tak szybko się nie kończył). Niestety zapomniałam chusteczek, toteż wykonałam jeszcze zamaszysty ruch biodrami, by resztki wylądowały na ziemi (a nie na bieliźnie) i w tym momencie zorientowałam się, że w aucie obok siedzi koleś. Tak, widział mnie, bo mi pomachał.

#1EaKi

Jednym ze sposobów na poradzenie sobie ze śmiercią bardzo bliskiej mi osoby jest czytanie nekrologów, słuchanie w wiadomościach o katastrofach i doglądanie na cmentarzu czy nie ma "świeżych" grobów. Uczucie, że ktoś inny w tej chwili cierpi tak jak ja jeszcze kilka miesięcy temu uspokaja mnie w pewnym sensie.

Po śmierci tej osoby strasznie mnie denerwowało, że świat się nie zatrzymał i wszystko idzie do przodu, a ludzie są szczęśliwi. Ta myśl, że w danej chwili zawalił się komuś świat i nie wszystko jest takie kolorowe naprawdę jakoś lepiej na mnie działa.
Uprzedzając, nie absolutnie nikomu nie życzę śmierci i absolutnie się nie cieszę, jak ktoś straci bliską osobę.
To tyle. Nigdy nikomu o tym nie mówiłam, trzymam to dla siebie.

#dBxIl

To było dobrych 12 lat temu, może trochę mniej, trochę więcej.

Jako dzieciak obgryzałem paznokcie, nic nie pomagało. Za każdym razem kiedy tata sprawdzał w jakim są stanie, był krzyk i kara. Co w końcu wymyślił mój ukochany ojciec? Mamy gospodarstwo, mieliśmy wtedy również krowy. Poszedł ze mną do starego garażu, gdzie kazał mi czekać. Dokładnie wiedziałem na co mam czekać. Jako dziecko czułem respekt przed ojcem i strach, przez co nie poszedłem stamtąd kiedy na niego czekałem. Obawiałem się gorszej kary, kiedy w końcu będę musiał wrócić do domu i go spotkać, więc grzecznie tam stałem i czekałem aż wróci.
Tak więc kochamy tata wrócił z siatką, w której był krowi "placek", zrzucił go na ziemię, złapał za moje ręce i umoczył w gównie.

Nie pomogło.

#MAUqZ

Sebki jej nienawidzą! Odkryła, jak nie dać się okraść! Zobacz jak!

Koleżanka dała mi niedawno niezły patent na to, jak spowodować, żeby Sebki (te nieprawilne, niemiłe i nieanonimowe - wiadomo, te nasze są spoko) nie dość, że zostawiły człowieka w spokoju, to jeszcze załamały ręce nad jego biednym losem.

Mieszkam w spokojnej dzielnicy, ale jeśli wracam nocnym autobusem, to muszę iść przez średnio fajne osiedle, bo na moje nie dojeżdża komunikacja o takiej porze. A jest to niestety jedyna droga, bo jest ono umiejscowione w zakolu rzeki, po drugiej stronie są tylko działki, a dalej park. Zawsze wracaliśmy większą grupą, ale musiałam raz wrócić wcześniej. Odpowiednio przygotowana, wyszłam w trasę.

Nie uszłam daleko, gdy z bramy wyłoniło się trzech karków, w niewybrednych słowach żądając kasy albo telefonu. Nie powiem, byłam blisko zawału, ale starałam nie dać tego po sobie poznać. Rzuciłam głośno "Ku... kolejni, panowie, miejcie litość. Przed chwilą oddałam komórkę, jeszcze wcześniej portfel. Zostały mi tylko słuchawki, ale one niezbyt działają. No i rękawiczki" [pokazałam zawartość kieszeni zarówno w kurtce, jak i w spodniach - pusto, no poza zasmarkaną chusteczką i wyżej wymienionymi]. Chłopakom zrobiło się chyba głupio, kazali dać słuchawki i sp... szybko się oddalić. Nie musieli mnie dwa razy namawiać.

Nigdy w życiu tak bardzo się nie bałam. Szwindel się udał - słuchawki nie działały od roku, telefon i dokumenty bezpiecznie były przy mnie, zawieszone w płaskiej torebce tuż przy ciele (kojarzycie, jak starzy turyści noszą takie kwadratowe, zawieszone na szyi? taką wygrzebałam z szafy). Nie do wyczucia przy ewentualnym sprawdzeniu przez "oklepanie", zwłaszcza pod grubą kurtką i bluzą. Moje modlitwy o to, żeby nie chcieli mnie pobić, zostały wysłuchane, chyba głupio by im było sprać dziewczynę.

Dopiero dzień później zdałam sobie sprawę, że przecież mogłam wziąć taksówkę...

#5yutC

Mieszkam z chłopakiem. Pewnego dnia przyjechał do nas mój brat, mieliśmy iść coś zjeść, a potem kino.
Co ważne, dzień wcześniej spłukiwanie wody w kibelku szlo kiepsko, nie wiedziałam w sumie dlaczego, bo nigdy tak się nie działo, nigdy dużo papieru nie wrzucamy.

Restauracja. Wszystko super, mamy jeszcze trochę czasu do seansu, więc wrócimy do mieszkania. Po drodze poczułam, że muszę iść koniecznie na dwójkę, ból brzucha okropny, już wiedziałam, że będzie ciężko. W mieszkaniu szybko do łazienki. Po prostu się ze mnie lało, płakałam z bólu. Brata też wzięło, więc tak na zmianę. Dodatkowo co chciałam się umyć, bo"może już po wszystkim", to w trakcie mycia znowu czułam, że nie wytrzymam i po prostu wszystko leciało do wanny. A co było najgorsze? Kibel był zapchany. Co próbowaliśmy spuścić wodę, to jej coraz więcej, trochę malało i tak w kółko. W pewnym momencie nie dało się nic zrobić, woda nie schodziła, pływały gówna w połączeniu z papierem toaletowym, smród jak nie wiem, bratu przeszło, a mi nie, więc załatwiałam się do wanny... Nie miałam przepychaczki, więc może soda z octem? Efekt marny, tylko zapach jeszcze gorszy. Nie wiem co robić, bo jak mogło się tak zapchać? Okazało się, że mój chłopak wylewał stary sos z obiadu i nie wiedział, że jest tam żeberko... Myślałam, że go uduszę, a jemu jeszcze było przykro, że krzyczę...
W domu nie miałam przepychaczki, więc chłopaki oderwali od wieszaka na pranie drut i jakoś tym próbowali odetkać, ale nic to nie dało. Zaraz seans, więc OK, zostawiamy to, może tej wody trochę zejdzie, a potem będziemy się martwić.

Wracamy z kina, woda stoi dalej. Mnie biorą nerwy jeszcze większe, już widzę, że trzeba będzie rozwalać cały kibel. Pojechaliśmy do sklepu (dzięki Bogu, że blisko całodobowy). Szukaliśmy przepychaczki (nie było), kupiliśmy kreta i długie rękawice do sprzątania. W mieszkaniu akcja - trochę kręta do środka, trochę pobulgotalo, jeszcze większy smród - ocet, kret+gówna. Przystąpiliśmy do ostatniej akcji ratunkowej. Ja założyłam rękawiczki, brat stał z wielkim workiem na śmieci, który też miał specyficzny zapach, ja grzebałam w kiblu, żeby wydostać to cholerne żeberko. Naciągnęłam sobie jak mogłam te rękawice, brak podtrzymywał jedna ręką tę, którą grzebałam, żeby mi nie opadła, ale i tak zawartość kibła wlała mi się do rękawic. Co chwila miałam odruchy wymiotne, na przemian wyzywałam chłapaka za jego głupotę, a potem śmiałam się z bratem z tego, co właśnie robimy. Koniec końców udało się wyciągnąć żeberko, kibel i wszystko dookoła umyte domestosem (włącznie z moją ręką).

Do tej pory jak poczuję zapach tych dużych czarnych worków na śmieci, to chce mi się wymiotować. Myślę, że rozwolnienie było przez połączenie kiszonek z mocno doprawionymi chinkali, które jadłam tylko ja i brat :)

#DWO9a

Dzieci w podstawówce zawsze się ze mnie naśmiewały, z racji że byłam grubaskiem z patologicznej rodziny.
W gimnazjum straciłam mocno na wadze i mocno dojrzałam, ale jako że byłam w klasie z tymi samymi potworami co w podstawówce, to nic się nie zmieniło. Dalej się naśmiewali, nieważne ile schudłam.
Pewnego dnia jeden chłopak z klasy napisał do mnie, że bardzo mu się podobam, ale on nie może się ze mną spotykać, bo popularne dzieci będą się z niego nabijać, że spotka się CZYMŚ TAKIM. Nie będę kłamać, zabolało.
Wypisywał do mnie całe gimnazjum, ale przy popularnych dzieciakach był wręcz okrutny, robiąc sobie ze mnie pośmiewisko.
Ja miałam to w dupie, bo nie potrzebowałam akceptacji tych ludzi.

Wszystko się zmieniło, jak poszłam do technikum. Stałam się jedną z najpopularniejszych osób w szkole. Wielu chłopaków do mnie podbijało. On poszedł do tej samej szkoły i nagle się okazało, że tutaj to on jest loserem, z którego wszyscy się nabijają i gdy zaoferował mi (tym razem) oficjalną randkę, napisałam do niego "Sorry, ale co jeśli ludzie mnie zobaczą z czymś takim"...

I wcale mi nie szkoda, że przeżył 4 lata tego samego piekła, przez które ja przechodziłam.
Karma wraca :)

#zRIzW

W liceum, w pierwszej klasie, na rosyjskim mieliśmy napisać list do dziadka. Kolega przyszedł z ładnym, napisanym pewnie z pomocą brata listem. Okazało się jednak, że na końcu brakuje pożegnania. Znajomy, widocznie spanikowany, poprosił mnie o napisanie mu "pozdrawiam" po rosyjsku do przepisania na swoim dziele. Ja naprawdę myślałem, że on to zauważy od razu...

Dwa tygodnie później babka oddaje te listy i mówi, że są całkiem niezłe, poza jednym, który ją bardzo oburzył. Możecie sobie wyobrazić jej zdziwienie, kiedy na końcu pięknego listu o wakacjach i tęsknocie za dziadkiem cyrylicą napisane było polskie "Spier*alaj! Piotrek".

#LtwuK

Lubię się zaśmierdzieć.
Gdy mam jakieś wolne przy świętach albo coś, nie myję się tak długo jak się da. Bielizny też nie przebieram. Lubię zapach przepoconych majtek i odoru spod pachy. Gdy już się tak zaśmierdzę mocno mocno, to biorę długi prysznic i wręcz czuję, jak mój smród ze mnie spływa. To jest mega satysfakcjonujące.

#fu4z9

Potrzebowałem coś załatwić u prezesa firmy.
Zapytałem koleżanki z biurka obok, jakie ma stosunki z szefem. Coś odburknęła, obraziła się i przestała się do mnie odzywać.

Opowiedziałem to na dymku i usłyszałem ryk śmiechu. Dopiero kumple mnie uświadomili, jakie plotki krążą po firmie. Ups...
Dodaj anonimowe wyznanie