Mam w korpo znajomego. Typowy nerd (tak jak ja). Kocha fantstykę, komputery. Ma kilka kilogramów za dużo. Dba o higienę, ale ubiera się niespecjalnie modnie. Ot, tak żeby było czysto i wygodnie. W pracy nie wykazuje się niczym szczególnym. Ot, dobry, przeciętny pracownik. Tajemnicą jest to, że często piątkowymi albo weekendowymi wieczorami wybiera się do klubów. Jesteśmy przyjaciółmi i sąsiadami, więc parę razy poszedłem z nim. A co tam się dzieje, to legenda.
Nie wiem jak on to robi, ale laski do niego lgną jak zaczarowane. Bezproblemowo wyrywa około 20-letnie laski, i to takie 9-10/10. On, facio 30+ z brzuszkiem, w okularach. Wychodzi z klubu z zapatrzoną w niego laską o wyglądzie modelki. Idą do niego. I o dziwo on im prosto z mostu mówi, że on się przyszedł tylko pobawić i nie szuka nikogo na stałe. A one nie robią z tego żadnych problemów. Z kilkoma się przyjaźni i czasem go "odwiedzają". Raz jak z nim byłem, to wrócił do domu z dwiema naraz.
To jest jakaś pierdzielona magia. Słyszałem czasem ich rozmowy - nie wciska im żadnych kitów, że jest księciem incognito. Żadnych ściem. A i tak ma branie jak rasowy donżuan. Nie mam bladego pojęcia, jak on to robi. Fajnie jest czasem zobaczyć miny tych super samców alfa, ziomków w markowych ubraniach z rolexami na rękach, których jakaś laska zbywa i poświęca czas okularnikowi z brzuszkiem.
Najśmieszniejsze jest to, że w pracy czasami go żartobliwie pytają: "kiedy sobie znajdziesz dziewczynę?", z takim lekceważącym uśmieszkiem pod tytułem "nie masz na to szans". Nikt nie wie.... a ja ich nie oświecę. Za dobrze się bawię widząc to.
Kilka lat temu podjęłam pracę jako niania. Moimi podopiecznymi byli dwaj uroczy chłopcy, bliźniacy. Praca od 7 do 16. Początkowo wszystko było super. Mili rodzice, pieniądze na czas - to trwało kilka miesięcy.
Po tym czasie zaczęłam być wykorzystywana. Zaczęło się niewinnie, od pytań, czy zostanę trochę dłużej, bo w pracy coś tam się przedłużyło, nie miałam problemu. Problem się zaczął, jak dostawałam przelew i brakowało zapłaty za te nadgodziny. Głupia byłam, bo się nabierałam, że przyślą razem z kolejną wypłatą. W międzyczasie rodzice pozwalali sobie na coraz więcej. Często pojawiali się dopiero o 18-19, przestali dzwonić, że się spóźnia, telefony odrzucali. Jak się pojawili, to przepraszali, kłamali, obiecali, że będą mnie odwozić do domu w takich przypadkach. Byłam wściekła, ale potrzebowałam kasy i lubiłam ich dzieci. Z domu wychodziłam o 5:30 i wracałam o 20:00.
W kolejnym miesiącu dostałam mniej wypłaty i bez zaległych nadgodzin. Postanowiłam się zwolnić na następny dzień. Matka na mnie naskoczyła, że kogo ona teraz znajdzie, tak się nie robi itd. Umówiliśmy się, że zostanę dopóki nie znajdą nowej osoby. Okazało się, że nikogo nie szukają, a mnie zaszantażowali i oskarżali o kradzież. Za tydzień miała przyjechać babcia dzieci, żeby się nimi zająć. Powiedziałam, że chcę mieć za każdy dzień płacone z góry - gotówka plus zaległe pieniądze. Wyśmiali mnie, gotówkę płacili, ale powiedzieli, że o tamtej kasie mogę zapomnieć.
Skoro tak pogrywali, to postanowiłam, że ostatnie 5 dni mojej pracy od 7 rano będzie wyglądało tak, że w każdym kranie, zlewie i wannie puszczałam wodę, która leciała przez kilkanaście godzin. Tak do ostatniego dnia. Pożegnaliśmy się w niemiłej atmosferze, płakałam tylko za dziećmi. Kasy nie odzyskałam, ale mam pewną satysfakcję, jak pomyślę o ich rachunku.
Jakiś czas temu skończyłem technikum elektryczne. No to wiadomo, w bloku się rozeszło, że jest ktoś, kto się zna na rzeczy i od czasu do czasu pomagałem dziadkowi z dołu albo sąsiadom. Zawsze było im taniej niż dzwonić po "fachowca", ale nie o tym zamierzam tu pisać.
Dość niedawno przyszła do mnie babka z sąsiedniego bloku. Prosiła o pomoc, bo jak mówiła "Coś jej korki wywala jak mikser podłącza" i że nie może swojej córeczce jakiegoś jedzonka zrobić. Ugadaliśmy się na niewysoką kwotę (niechętnie z jej strony) i zaraz poszliśmy do niej.
W mieszkaniu bałagan, ojca nie ma, a telewizor z jakąś bajką na maksymalnej głośności. Westchnąłem i wszystko po kolei zacząłem sprawdzać, starając się nie zwracać uwagi na panią, która co jakiś czas przechodziła obok i pytała jak mi idzie. Okazało się, że za lodówką było rozwalone gniazdko i goły przewód zasilający, który tonął w jakichś śmieciach, w tym aluminiowych. Wziąłem się więc za naprawę, przy okazji puszczając sobie muzykę z mojego głośnika, aby było mi raźniej i aby zagłuszyć radosne darcie dzieciaka. Robota się przedłużyła, bo jak tylko kawałek przewodu wyciągnąłem, to okazywało się, że jest goły w innym miejscu. Ostatecznie zdecydowałem się na wymianę całego przewodu aż do najbliższej puszki (przepraszam, jeśli ktoś nie rozumie wyrażeń), wszystkie trzy przewody były wepchnięte na siłę i z ogromnymi dziurami w izolacji. Zabrałem się za wymianę. W tym czasie pani czepiła się, że moja muzyka przeszkadza jej dziecku w bajce i ogólnie jest zła. Zignorowałem ją raz, drugi, trzeci... aż w końcu po prostu zabrała mi głośnik i zanim zdążyłem go odebrać, zamknęła się z nim w łazience i powiedziała, że nie odda, póki nie skończę pracy i jeszcze żebym mniej policzył za to, że krzywdzę uszy jej dziecka i że ono zaraz się rozpłacze, co dzieciak faktycznie zrobił.
Uznałem, że nie będę się z głupią baba szarpać. Wyszedłem, przy okazji odłączając im prąd, pewien, że nie będą w stanie go włączyć, i postanowiłem wrócić do domu, nie zgłaszając jeszcze sprawy na policję (głośnik nówka za 500 zł).
Dzwoniła do mnie parę razy, ale ja odrzucałem połączenia.
Na następny dzień przyszła do mnie. Grzecznie i potulnie przeprosiła razem ze swoim dzieciakiem. Oddała mi głośnik, więc wróciłem do niej i jej rozmrożonej lodówki. Skończyłem robotę i wziąłem zapłatę, oczywiście z nawiązką.
Na koniec ostrzegałem ją i powiedziałem, że za żadne skarby nie przyjdę do niej ponownie, co z pewnością by się przydało, gdyż pewnie resztą instalacji wyglądała identycznie.
Pozdrowienia dla Madki.
Kupiliśmy z mężem mieszkanie. Z racji tego, że na dzieci nie mogliśmy sobie jeszcze pozwolić, bo tylko mąż miał stałą pracę, a ja pracowałam na zlecenie, stwierdziliśmy, że podzielimy się miłością z psem. Po wszelkim za i przeciw, zasięgnięciu opinii od znawców i nie znawców, uzgodniliśmy, że bierzemy psiaka w przedziale 3-5 lat. Znaleźliśmy suczkę w ogłoszeniu w internecie. Zakochaliśmy się od razu, więc dzwonimy pod podany nr. Odbiera pan i strasznie się cieszy, że chcemy psa, bo on następnego dnia wyjeżdża, a sunia by została pod opieką jego mamy, starszej kobiety, która już nie daje sobie rady z psem. Dlatego też on nam psa przywiezie już dziś, bo akurat jedzie w nasze rejony (pytał nas gdzie mieszkamy i czy będziemy mieli gdzie chodzić na spacery). Zapaliła nam się lampka, więc dopytujemy gdzie będzie wyjeżdżał, ile lat ma mama, czy nie ma nikogo innego do opieki nad psem, jaki charakter ma itp. Wszystko super, według pana, on nam na potwierdzenie swojego wyjazdu pokaże bilety. No OK, ryzykujemy i się umawiamy.
Pan o ustalonej godzinie zjawia się pod naszymi drzwiami z psem. I tu następuje zwrot akcji i ciąg dramatów. Otwieram drzwi od mieszkania, a pan bez słowa wręcza mi smycz i... znika. Ja szok, mąż szok, pies też szok, ale opóźniony, bo suka stara jak świat i nie zdążyła zareagować. Dzwonię do faceta zapytać co on odwalił, powiedzieć, że ma wracać i zabierać psinę, bo blisko jej do grobu. Telefon oczywiście milczy, a my panika. Zabraliśmy ją do weterynarza, bliskiego przyjaciela, który nam bez ogródek powiedział, że sunia jest tak stara i schorowana, że tylko spokoju jej teraz trzeba, bo to jej ostatni dzwonek. Z racji tego, że poprosiłam o kilka dni wolnego na adaptację nowego członka rodziny, zostałam z nią w domu. Niedoświadczona ja starałam się jak mogłam (leki, o Boże, jak to podać?!) i patrzyłam, jak suczka powoli gaśnie, by w końcu odejść.
Co w tym anonimowego? Po tym zdarzeniu mąż ode mnie odszedł, rozpowiadając, że skoro psem nie potrafię się zająć, to dziećmi też nie będę umiała. Nikomu się nie przyznam, ale dziękuję za dzień, w którym jeden cham zostawił na progu moich drzwi Minę, by była drogą do uwolnienia mnie od innego chama.
Na Dzień Babci zjechała się rodzinka do cioci, u której mieszka babcia - nestorka rodu. Kobiet ze stali, która mimo ponad 90 lat jeszcze niedawno z motyczką w ogródku pomykała. Niestety, problemy z sercem, lata lecą, babcia już ledwo chodzi. No i rano babcia mnie i kilkorgu dorosłego już kuzynostwa podała zupę mleczną z domowymi kluskami z miodem. Pamiętam jak dziś, że za dawnych czasów był to nasz przysmak, który nam robiła, jak spędzaliśmy u niej wakacje. No i babcia przygotowała nam to jak za starych dobrych czasów. Sama wszystko zrobiła, łącznie z kluskami, mimo że było jej ciężko, wygoniła ciotki, które chciały jej pomóc, bo ona sama chciała wnuczętom podać śniadanie. A mój kuzyny, zjebany do spodu prawniczek z warszawki (co lubi wszem i wobec przypominać), stwierdził, że on nie zje, bo on jest na diecie bezlaktozowej. Babci się trochę smutno zrobiło, ale zrobiła mu jeszcze kanapki.
Chłop nie choruje, po prostu z żoną mają taki styl, bo to modne. A jakoś stara babcia nie pomyślała, żeby mleczko migdałowe mieć pod ręką. Najśmieszniejsze jest, że akurat ja i jeszcze jedna kuzynka mamy lekką nietolerancję laktozy. I mnie, i ją potem przesrało. Ale mimo że się tego spodziewaliśmy, to wpieprzaliśmy z uśmiechem i poprosiliśmy o dokładkę.
Myślałem, że zapir...lę gnoja gołymi rękami, ale nie wypadało wszczynać awantury przy babci.
Miałem wspaniałe życie. No cóż, właśnie w tym problem, że miałem.
Zacznijmy od tego, że mając osiemnaście lat wyprowadziłem się z domu i zacząłem jeździć po świecie. Jeśli ktoś się zastanawia skąd miałem pieniądze - cóż, zawsze się coś znalazło, a to wyremontować coś komuś, a to przez kilka miesięcy popilnować zwierząt gospodarczych, czy nawet przywrócić do życia jakiś zardzewiały grat, który kiedyś był samochodem. Dużo też jeździłem na stopa. Zawsze jakoś dawałem radę.
I z dumą mogę oświadczyć, że w niespełna dziesięć lat objechałem w ten sposób prawie 3/4 świata. Poznałem w tym czasie setki wspaniałych ludzi i zobaczyłem tyle, że gdybym nadawał się do pisania, mógłbym napisać z 10 książek.
A teraz wszystko poszło się jebać.
Moi rodzice zginęli w wypadku (sarna wyleciała im na maskę) i osierocili (nie wiem, czy ja będąc już tak starym wciąż się do tego zaliczam) moje młodsze rodzeństwo.
W trakcie swoich podróży ani razu nie wróciłem do domu. Pisałem, wysyłałem jakieś pamiątki, jeśli mogłem, to dzwoniłem. Tak naprawdę dla braci jestem obcym człowiekiem, zwłaszcza że między nami jest wręcz kolosalna różnica wieku, bo siedemnaście i trzynaście lat. Jeden z nich pamięta mnie jak przez mgłę, a drugi cały czas myli się i mówi do mnie "proszę pana".
Od czterech miesięcy jestem już w Polsce i mam wrażenie, że coraz bardziej wariuję. Żyję za ubezpieczenia rodziców i nie mogę się tu kompletnie odnaleźć. Czuję się jak umieszczony w innej rzeczywistości.
Ostatnio przyłapałem się na wędrowaniu palcem po mapie (zawsze w ten sposób wybierałem kolejny cel podróży) oraz wyszukiwaniu w necie busów, albo tanich samolotów za granicę, a przecież nie mogę stąd wyjechać jak gdyby nigdy nic, bo chłopaki są pod moją opieką.
Nie ma ich z kimś zostawić. Nasza babcia jest okropnie chorowita i tak naprawdę co chwila ląduje w szpitalu. W każdej chwili może odejść. Całe szczęście zajmuje się nią brat ojca, ale z kolei on przez dawne konflikty z moją matką nie chce nawet słyszeć o kontakcie ze mną czy z chłopakami, a co dopiero o opiece nad nimi. Innej rodziny nie ma.
Czuję się uwięziony i kompletnie nie wiem co robić. Jestem też jak gówniarz wściekły na rodziców, że swoją śmiercią zniszczyli moje "idealne życie", chociaż doskonale wiem, że to nie ich wina.
Piszę to tutaj, ponieważ białorycerze gdziekolwiek indziej by mnie zeżarli.
W tej historii najpierw pojawiam się ja, szczęśliwy gość 24-letni z piękną narzeczoną i datą ślubu, a zaraz potem nowa praca, w której muszę dać z siebie wszystko i prezentować się jak najlepiej.
Moja praca polega na negocjacjach z klientami, zatem prezencja jest najważniejsza. Odstawiam się jak szczur na otwarcie kanału, perfumuję jak mogę i idę na spotkanie z kontrahentem.
Po jakimś czasie w mojej pracy pojawiła się inna postać, kobieta, właścicielka firmy mającej z nami wchodzić w nowy układ. 40-paroletnia, w miarę dobrze zadbana babka, która spotkała się ze mną na kolacji biznesowej. Nic wielkiego - spotkaliśmy się, omówiliśmy warunki umowy, podpisaliśmy dokumenty i tyle. Problem w tym, że babka odebrała to chyba inaczej, bo praktycznie gadała tylko ze mną. Nie było mowy, aby dzwoniła do szefa, prezesa czy gdziekolwiek indziej, jak był jakiś problem, to ja miałem się pojawiać. A to zobaczyć surowiec, a to rozwiązać problem z dostawcą, a to zweryfikować normy produkcyjne - niby moja robota, za to mi płacą, ale u innych partnerów biznesowych bywam może z 2-3 razy na miesiąc, a u niej co najmniej z 8!
W pewnym momencie wręcz nalegała na spotkania, ja miałem grafik pełen roboty, poczułem czym to śmierdzi. Zacząłem się wykręcać, tworzyć wymówki, posyłać zastępców czy raz nawet stażystę, za co dostałem opieprz. Szef stwierdził, że on też czuje czym to pachnie, ale mam się zamknąć i nie wydziwiać, bo kręcimy na tym dobrą cenę. A że ja się czuję niezręcznie, dając w każdym momencie babie do zrozumienia, że mam kogoś i wręcz uciekając od lepiącej się kluchy? "A tam, wrażliwy jesteś".
Babie odwaliło na pewnym etapie kompletnie, wysłała mi butelkę whisky i czekoladki "na naszą rocznicę", wypisywała - nieprofesjonalne co najmniej - wiadomości na Facebooka i mail służbowy oraz telefon, zapraszała średnio co 2 dni na osobiste spotkanie. Czułem się osaczony. Szef dalej nic.
Nawet jak przesyłała mi swoje nagie zdjęcia, góra zbagatelizowała sprawę i stwierdziła, że mam się nie przejmować, "bo to tylko nieprofesjonalizm".
Coś we mnie pękło, jak wystalkowała moją żonę. Wypisywała, że co ja robię, że po co z taką siksą jestem, że jak już ją zbrzuchaciłem, to i mogę zostawić, bo "kobiety jak wino" itd.
Wiedziałem o niej wszystko, bo wszystko bez ogródek mi mówiła. Gdzie łamie prawo, gdzie ma błędy rachunkowe, jakich ludzi zatrudnia na czarno, skąd pochodzą.
Trzy anonimy - do służby celnej, PIP i skarbówki poleciały tego dnia.
Babę dosłownie zniszczyłem, jej firma przestała istnieć, ją przymknęli.
A mnie? A mnie szef zwolnił z wilczym biletem, bo "takiego dobrego kontrahenta mu utrąciłem".
Po czym jego też skarbówką i PIP dojechałem.
Do dziś się boję, co by było, gdyby to babsko poszło w swym stalkingu jeszcze dalej.
Na początku wieku, zaraz po studiach, dostałem pracę. Niby tylko handlowiec, ale w ciągu 5 lat całkiem ładnie się rozwinęła. Umowa o pracę i razem z prowizjami pensja na poziomie ok. 6000 zł miesięcznie.
Poznałem wtedy też Agę. Kobieta wg mnie idealna, wygląd modelki i zero zahamowań w sypialni. W każdym razie wziąłem wtedy kredyt na mieszkanie, niby niedużo, bo 70 tysięcy, część miałem w oszczędnościach. No i nadszedł ten rok...
W mojej korporacji zająłem 3 miejsce w skali kraju za wyniki handlowe i dostałem wtedy mały prezent - limitowaną, specjalną wersję zegarka. Taki tytanowy, wszystko mający (alarm, stopery podświetlenie) elegancki model. Wart około 8 tys. No i w tym samym roku pojawił się nowy dyrektor handlowy na Polskę, goguś zaraz po studiach. I wyliczył, że trzech świeżaków na umowy zlecenie mających zarobek tylko z prowizji zarobi 3 razy tyle co doświadczony handlowiec przy tych samych kosztach. Zarząd zachwycony, bo premie będą itd. A my dostaliśmy info, iż z dniem takim a takim spółka w holdingu Handel 1 zostaje zamknięta, a na jej miejsce wchodzi Handel 2. I możemy dalej pracować, ale musimy założyć działalność i prowizja o 20% wyższa. Kredyt zadecydował i pozostałem w firmie, ale zarobki i koszta okazały się inne.
Spłacałem kredyt i opłaty, ale na życie miałem około 300 zł na miesiąc. Aga mnie opuściła, bo stwierdziła, iż jestem gołodupiec i ona nie dorzuci się do gospodarstwa, gdyż ona zarabia na własne potrzeby, a ja jak chcę mieć dostęp do jej krągłości, to mam obowiązek ją utrzymywać.
I tak 4 lata.
W pewnym momencie, gorszym handlowo, zastawiłem sporo sprzętów z domu, w tym zegarek. Bo paliwo muszę kupić, aby dojechać do klientów.
Kredyt spłaciłem, o czym nikt nie wie, jadąc na produktach z wyprzedaży, mortadeli i chlebie. Czasem cały mój posiłek na dzień to 1 kg ziemniaków i trochę skwarków ze słoniny. A najlepsza wędlina to były skrawki kupowane niby dla pieska.
Ale po tych chudych latach mogłem wrócić na dawne stanowisko z lepszymi warunkami, jako kierownik grupy (gogusia wywalili z firmy z prędkością nadświetlną, gdy podsumowali 3-letni plan jego pomysłu i wyszło, że moje wyniki były porównywalne z pracą 7-zleceniowych, szczególnie przy ich rotacji).
A czemu o tym piszę? Gdy zastawiłem zegarek, dostałem za niego 500 zł, ale nie dałem rady go wykupić. Ale sentyment do niego został. Chciałem mieć chociaż wersję podstawową tego modelu. I znalazłem. Na pewnej stronce jakiś lombard za 50 zł ma taki w ofercie. Jedyny jaki trafiłem przez kilka lat. Ja z Wawy, zegarek za Jelenią Górą.
Zamówiłem i przyszedł... Numer seryjny mojego zegarka. Wrócił do domu.
PS. O Adze wiem, że nie ma za wesoło.
Wiele lat temu moja mama miała koleżankę. Anna (imię zmienione) miała męża, który jak twierdziła, znęcał się nad nią. Miała z nim trójkę dzieci. Niemal codziennie przychodziła do mojej mamy i wypłakiwała jej się w rękaw, jaka to ona jest nieszczęśliwa i pokrzywdzona. Mąż ją bije, nie pozwala kupić butów czy kosmetyków. Ogólnie udawała osobę niezaradną życiowo. Moja mama litowała się nad nią i a to jej kupiła bluzkę, a to kosmetyk, woziła do lekarza, pomagała ze sprawami urzędowymi, bo Anna twierdziła, że nie potrafi sama nic załatwić, nie wie jak. Dawała jej obiad, bo rzekomo mąż jej nawet jeść nie pozwalał.
Od początku przeczuwałam, że coś jest nie tak, że ten płacz to jakiś taki sztuczny, wymuszony. Mówiłam o tym mamie, ale ta mi nie wierzyła. Dochodziło do tego, że jej dzieci u nas siedziały całymi dniami, a nawet czasem nocowały, bo rzekomo kłóciła się z mężem i nie chciała, żeby dzieci przy tym były. Przyprowadzała je w połatanych ubraniach, brudne i głodne. Mama oczywiście pomagała, oddawała im nasze ubrania, karmiła, pozwalała się wykąpać. A my musieliśmy im pomagać w odrabianiu lekcji, bo przecież takie biedne dzieci, nie mają w domu warunków do nauki, więc trzeba im pomóc, bo mają zaległości. Dzieci podtrzymywały wersję swojej matki, że tata bije, nie daje jeść.
Praktycznie cała nasza rodzina była zaangażowana w pomaganie Annie i jej dzieciom. Trwało to przez wiele lat i jedynie ja widziałam, że coś jest nie tak i nie chciałam pomagać. Zostałam nawet nazwana egoistką.
Pewnego dnia jechałam autobusem. Była zima, więc miałam na głowie kaptur ze sztucznym futerkiem, który dobrze mnie zasłaniał, no i wysoki kołnierz, więc połowy mojej twarzy nie było widać. Do autobusu wsiadła Anna z koleżanką, nie poznała mnie. Usiadły przede mną, a że był to nowy typ autobusu, silnik chodził w miarę cicho, więc słyszałam całą ich rozmowę.
Otóż Anna chwaliła się, że była w listopadzie w Paryżu z mężem. Że sobie pozwiedzali i ogólnie dobrze się bawili i planują już wycieczkę do Grecji na wiosnę. Koleżanka Anny zapytała skąd biorą na to pieniądze, skoro pracuje tylko jej mąż. Anna z całkowitą szczerością odparła wtedy, że urobiła sobie trzy koleżanki, które myślą, że jest biedna i jej pomagają, biorą dzieci do siebie na kilka dni, karmią, dają ubrania. Dzięki temu mogą sobie oszczędzić na wycieczki i polecieć na parę dni bez dzieci.
Od razu powiedziałam o tym mamie, mama mi nie uwierzyła, ale dla pewności pociągnęła za język dzieci. One nie chciały nic mówić na początku, ale mama przekupiła je obietnicą, że pojadą do dino parku, jeśli powiedzą prawdę. Powiedziały. Mama zerwała kontakt i ostrzegła wszystkich wspólnych znajomych przed tą krętaczką, a nasza rodzina w końcu mogła skupić się na sobie, nie na pomaganiu obcej rodzinie.
Akcja zaczyna się za pośrednictwem pewnej popularnej aplikacji randkowej, wolę nie mówić której.
Pojawiła się dziewczyna, która chce się spotkać ze mną w wiadomym celu, ale bez zobowiązań, mają być to ukryte spotkania z racji tego, że ma chłopaka.
Nie była zbyt urodziwa, była z innego miasta, a z racji tego, że ostatnio przewinął mi się program „Zdrady” w TV, postanowiłem zabawić się w detektywa.
Chciała przyjechać do mnie nazajutrz, zaraz po pracy, w godzinach popołudniowych. Myślała, że mieszkam w jej mieście. Chciała przejść na inny popularny komunikator, gdzie wysyłała mi zdjęcia, każdy chyba się domyśla jakie. Podkreślała, że woli być ostrożna i kiedy da znak, mam nie odpisywać. Opowiadała, że niejednokrotnie zdradza swojego faceta i spotyka się na numerki. Zachowywała się jak dziewczyna z ulicy. Podkreślę nawet, że chciała, żeby to było spotkanie na zasadzie bdsm.
Finalnie wieczorem, kiedy wróciłem z pracy, umówiliśmy godzinę i miejsce spotkania.
Do spotkania nie doszło, kiedy była na miejscu o umówionej godzinie, czekał na nią jej facet.
Nie wiem jak wam poszła rozmowa, ale pozdrawiam serdecznie.
Dodaj anonimowe wyznanie