Był majowy poranek. Postanowiłam po długiej nieobecności w salonie kosmetycznym wziąć sprawy w swoje ręce i kupiłam paski z woskiem w celu pozbycia się tego, co już od marca powinno zostać usunięte. Oczywiście na twarzy. W momencie przyklejania paska POD brew zadzwonił dzwonek do drzwi. W efekcie przestraszenia pasek nie trafił finalnie pod brew, a NA brew. W akcie desperacji szybko odkleiłam ów pasek i jak możecie się domyśleć, zostałam bez jednej brwi.
Zrozpaczona udałam się do drzwi, w których, jak się okazało, stał kurier. No tak, jakżeby inaczej, zawsze w najmniej odpowiednim momencie. Ale nie byle jaki kurier! Na jego widok - najdelikatniej mówiąc - moje serce dostało palpitacji.
A teraz wyobraźcie sobie minę kuriera, który przynosi paczkę kobiecie bez brwi, w rozczochranych włosach i do tego ledwo trzymającej się na nogach ze szczęką na ziemi. No wariatka jak nic! Albo jeszcze lepiej, czarownica! Biedny kurier chyba tak się mnie wystraszył, że podając mi paczkę nawet nie poprosił o podpis. Rzucił tylko na odchodnym "ładnie pani wygląda" i uciekł, cobym nie rzuciła na niego żadnej klątwy.
Cóż... Bycie przegrywem zdecydowanie powinno być nową dyscypliną olimpijską.
Mój chłopak, po paru miesiącach razem, nagle zaczął komentować mój zapach. Codziennie biorę prysznic, używam dezodorantu i nie jem ostrych potraw, więc nie wiedziałam o co chodzi. Twierdził, że po prostu pachnę nieświeżo i powinnam zacząć nosić jakieś perfumy. Odbiło się to na mojej psychice, zaczęłam się myć dwa razy dziennie, zmieniłam proszek do prania, psikałam się częściej perfumami... aż któregoś poranka, gdy on odsypiał kaca, ja wzięłam poranną kąpiel, umyłam zęby i wróciłam do łóżka, chcąc go kusząco obudzić w wiadomym celu... Obudził się rozochocony, ale po chwili zmarszczył nos i powiedział coś w stylu "sorry, ale musisz się najpierw umyć, bo brzydko pachniesz". Rozpłakałam się z bezsilności i zażenowania, miałam już tego dość, a on, po 45 minutach mojej histerii, w końcu przyznał, że tylko udawał, że brzydko pachnę, bo tym sposobem chciał "trzymać mnie na krótkiej lince" - zakompleksiona na pewno bym go nie zdradziła.
Nie muszę chyba dodawać, że to już były chłopak.
Będzie krótko ;)
Kiedy mój kumpel był na doktoracie, przynosił kolosy swoich studentów na domówki i kompletnie pijani sprawdzaliśmy je w kilka osób.
P.S. Wszyscy zawsze zdawali.
Sytuacja sprzed około 20 lat, byłam nastolatką. Po moim osiedlu regularnie chodziła Cyganka. Przepowiadała przyszłość, sprzedawała jakieś amulety. Moja matka ją lubiła, wierzyła w magię, horoskopy, tarota i co dwa tygodnie ją wpuszczała do mieszkania. Mnie Cyganka strasznie irytowała, widziałam w niej oszustkę, a gdy czasami przychodziła z dziećmi, to znikały drobne przedmioty, jedzenie.
Raz matka musiała zastąpić koleżankę z pracy, a mi i mojemu bratu przydzieliła różne obowiązki. Między innymi gotowałam, a o rok starszy brat miał skleić klosz w przedpokoju. Słyszałam, jak się wygłupia na krześle, na którym stał, jak na nim tańczy i zwróciłam mu uwagę. Jak to między rodzeństwem bywa, wywiązała się między nami drobna awantura, ja krzyczałam na niego z kuchni, on na mnie z przedpokoju.
Nagle słyszę łomot i jęk brata. Wbiegłam do przedpokoju tak jak stałam - z zakrwawionym od jakiegoś mięsa nożem. Brat spadł z krzesła, rozwalił sobie brew. Krew na całej twarzy, szyi, ramieniu. On był w szoku, trzymał się za głowę i z zaskoczeniem spoglądał na krew na swoich rękach. Trochę przerażona stanęłam nad nim, ściskając nieświadomie nóż i zaczęłam mówić bardzo głośno, nerwowo coś w tym stylu "Widzisz, mówiłam ci, że to się tak skończy! Mówiłam, że to się źle skończy! To wszystko twoja wina!".
W trakcie gdy wypowiadałam te słowa, drzwi mieszkania otworzyła Cyganka i stanęła w progu. Nawet przez chwilę się ucieszyłam, że jest ktoś dorosły, że powie mi co mam robić, jak pomóc bratu, ale jej szczęka opadła i nawet nie zamykając drzwi zaczęła z krzykiem zbiegać po schodach na klatce.
Byliśmy tak bardzo oszołomieni sytuacją, że dopiero po chwili dotarło do nas, że wyglądało to tak, jakbym była w trakcie mordowania brata.
Skończyło się na SOR-ze na szyciu, a Cyganka już nigdy nie odwiedziła naszego osiedla. Szkoda, że tego nie przewidziała ;)
Kocham moją żonę! To kobieta mojego życia, matka moich dzieci i osoba, z którą chcę być na zawsze. Niestety, Andzia ma pewien problem. Mianowicie jest otyła. Przez własne zaniedbanie. Wielokrotnie usiłowałem ją namówić na uprawianie sportu, bo sam od lat dbam o formę i wiem, że to dobra droga, aby utrzymać linię.
Jakiś czas temu moja małżonka stara się mniej jeść. Nie kupuje już chipsów, słodyczy i innych bezwartościowych, kalorycznych zapychaczy, którymi niedawno jeszcze się raczyła. Problem w tym, że wcześniej wieczorami zdarzyło nam się zjeść pizzę, a teraz nie mogę takich rzeczy proponować, bo wiem, że Andzia ma dość słabą siłę woli... Zje pół placka, a potem będzie mnie winiła, że wodzę ją na pokuszenie.
Od ostatniego miesiąca co parę dni budzę się w nocy, zamawiam pizzę przez Internet i czekam na dowóz przy bramie naszego podwórka. Następnie samotnie pałaszuję żarełko przed domem i pozbywam się dowodów.
Jestem złym człowiekiem...
Moja córka była najbardziej rozpieszczonym dzieckiem świata. Wychowywałem ją sam, żona zmarła, gdy mała miała 6 lat. Od tego czasu szliśmy przez świat tylko we dwoje, a Nela dostała w życiu wszystko, czego zapragnęła. Nigdy niczego jej nie odmówiłem, nigdy niczego jej nie zabroniłem.
Mimo to moja córka była bardzo dojrzała, szybko dorosła i się usamodzielniła. Zaraz po szkole średniej wyjechała na studia za granicę, nie chciała nawet ode mnie pieniędzy, chciała iść sama do pracy i zarobić, choć oczywiście ja i tak co miesiąc wysyłałem jej ile mogłem, sobie zostawiałem tylko tyle, by wystarczyło mi na opłaty i jedzenie.
Teraz Nela ma 27 lat, prowadzi w Anglii własną firmę, jest niesamowicie inteligentną buisnesswoman. Ze względu na pracę odwiedza mnie tylko dwa razy w roku, dodatkowo raz w roku ja jadę do niej. Mógłbym częściej, ale nie jestem w stanie.
Nikt nie wie, że nie potrafię pogodzić się z tym, że moja córka sama sobie radzi w życiu i już mnie nie potrzebuje, że sypia z mężczyznami, że pije alkohol, że sama płaci za swoje rachunki, że ma prawo jazdy i jest dobrym kierowcą, że sama zapisuje się do dentysty.
Za każdym razem, gdy przyjeżdża i widzę jak się zmienia, poważnieje, pięknieje, jest coraz mądrzejsza, moje serce powoli umiera.
Nie radzę sobie z tym.
Każdej nocy płaczę i tęsknię za moją małą córeczką, która przybiegała do mnie, gdy upadła i rozbiła sobie kolano, zrywała dla mnie polne kwiaty i malowała laurki na dzień ojca.
Jednocześnie z całych sił wspieram ją w tym co robi, jestem z niej dumny i cieszę się, że spełnia swoje marzenia.
Wiem, że tak wygląda życie, nigdy nie próbowałem jej powstrzymać przed robieniem tego, czego pragnie, ale w głębi siebie nie umiem tego zaakceptować.
Moim największym sekretem jest to, że często mam myśli, że byłoby lepiej, gdyby Nela umarła jako dziecko. W ten sposób na zawsze zachowałaby swoją niewinność, a ja zapamiętałbym ją jaką małą dziewczynkę. Jej śmierć bolałaby mnie mniej, niż to uczucie, które mi towarzyszy - że straciłem dziecko, choć ono wciąż żyje.
Pod koniec studiów licencjackich zainteresował się mną chłopak z innej grupy. Był szarmancki, zapraszał mnie do restauracji, do kina. Gdy już oficjalnie zostaliśmy parą, poprosił mnie o pomoc przy pisaniu pracy licencjackiej. Miał bardzo wymagającego promotora, który mocno namieszał mu w temacie. Z tematu odtwórczego, który sobie założył, promotor zmienił mu na temat bardzo kreatywny, wymagający zastosowania skomplikowanych algorytmów i różnorodnych technik.
Zrobiłam za niego praktycznie wszystkie "obliczenia", on w tamtym czasie miał problemy rodzinne. Codziennie do mnie dzwonił, dopytywał jak tam idzie mi pisanie.
Gdy oddałam mu to co napisałam i po kilku dniach chciałam z nim o tym podyskutować, powiedział, że jego rodzice mają poważne problemy zdrowotne, nie ma do tego głowy i zapytał, czy pomogłabym mu w dalszym pisaniu pracy. Zapaliła mi się wtedy jakaś czerwona lampka w głowie, tym bardziej że nie inicjował pocałunków czy przytulania (dalej nie doszliśmy), ale mimo wszystko mu pomagałam.
Na szczęście dla mnie, kilka dni po tamtym wyznaniu, podeszła do mnie jakaś studentka z pierwszego roku i pokazała screeny rozmowy mojego chłopaka z jej bratem i grupką ich przyjaciół. Chwalił się, jak to nie będzie musiał się wysilać, żeby napisać pracę, bo wyrwał naiwną laskę. Pisał o mnie same niemiłe rzeczy i to, że nie znosi mnie dotykać, ale się zmusza. Długo rozmawiałam z tamtą dziewczyną, obiecałam, że nie zdradzę skąd wiem, podziękowałam jej za to, że chciało jej się mnie szukać, że zrobiła tyle dla nieznanej osoby. Zaprzysięgłam zemstę.
Dalej pisałam pracę, tyle że były tam same głupoty. Dalej robiłam "obliczenia", tylko że błędne. Przy tym spotykałam się co kilka dni z facetem, w restauracjach lub kawiarniach, w kinie, on stawiał. Na spotkaniach z entuzjazmem opisywałam mu postęp przy pisaniu pracy. Wmawiałam, że będzie bardzo innowacyjna, że jak na licencjat, to będzie poziom minimum magisterki. Załatwił mi kilka fajnych książek, białych kruków lub ich kserówki, bo wmówiłam mu, że są niezbędne do pracy.
Pracę zbindowaną oddałam mu zaraz przed seminarium, tak że zdążył przeczytać tylko wstęp i zakończenie, ale na bieżąco opowiadałam mu co jest w środku, wierzył w to co mówiłam.
No i mój facet oberwał od promotora i wykładowców, stał się pośmiewiskiem. Był wściekły, zadzwonił do mnie i krzyczał przez słuchawkę. Wtedy zacytowałam fragment jego rozmowy z przyjaciółmi. Był w ostrym szoku. Zapytał tylko skąd wiem, a ja skłamałam, że jego przyjaciele (też studenci naszego uniwerku) mi powiedzieli.
Ledwo obronił się w drugim terminie, opinia idioty została. Zerwał kontakt ze swoją paczką, zwyzywał ich, obraził na nich, gdy zaprzeczali, że coś mi powiedzieli.
Ja nie jestem już ufna, nie wiem co u niego, ale zaprzyjaźniłam się z "tamtą dziewczyną". Czyli są plusy tej historii :)
Dzisiaj rano, jak to często bywa w weekend, postanowiłem żonę namówić na małe co nieco. Przytuliłem się więc mocno i włożyłem jej rękę pod bluzkę i wtedy zwróciłem uwagę, że żonie zmalały piersi, otworzyłem oko i zamiast rudych kłaków zobaczyłem blond włosy mojej córki. Wystrzeliłem spod kołdry jak poparzony, serce chciało wyskoczyć mi z piersi, a żołądek, nie mówiąc o innych częściach, skurczył mi się do rozmiaru orzecha laskowego. Córka na szczęście się nie obudziła, ale ja będę miał traumę do końca życia.
Okazało się, że mój syn płakał w nocy, bo go brzuch bolał, a śpią razem z córką w jednym pokoju, więc dziewczyny zamieniły się miejscami, żeby młoda mogła się wyspać.
Powiedziałem żonie o sprawie. Nabija się teraz ze mnie, że mi małolaty w głowie i że mi niebieską kartę założy. Popołudnie już, a mnie jeszcze trzęsie na samą myśl.
Odegrałam rolę narkomanki/prostytutki w paradokumencie.
Niedługo po emisji programu moi rodzice otrzymali telefon od wujka. Powiedział, że w tym roku zaprasza ich na święta beze mnie. Z jakiego powodu? Ano z takiego, że skoro ku*wą jestem, to nie powinnam chwalić się tym w telewizji. I że ku*wa ku*wą pozostanie, ale on nie chce widzieć prostytutki i narkomanki przy stole. Moi rodzice byli zszokowali. Próbowali wyjaśnić nieporozumienie.
Okazało się, że wujek myślał, że historia z paradokumentu jest prawdziwa. Nadal tak myśli, a my spędziliśmy święta samotnie.
Jakiś czas temu się zdarzyło, że miałam okres, gdy nocowałam u swojego chłopaka. Jako że nie posiada on kosza w łazience, a do tego kuchennego nie chciałam wyrzucać zużytych tamponów (mój chłopak mieszka ze współlokatorem i jakoś głupio bym się czuła, gdyby otworzył kosz i zobaczył moje tampony, tym bardziej że mam obfity okres i bez względu na to, jak bardzo owinę tampon papierem, to on i tak przesiąka. W każdym razie sam powód mojego postępowania nie ma żadnego znaczenia dla tego wyznania, ale wiem, że uwaga na temat tego, że mogłam jej wyrzucić w kuchni, na pewno by się pojawiła ;)), więc wkładałam te tampony do reklamówki. Już wcześniej kilka razy tak robiłam, a reklamówkę wyrzucałam później w domu albo gdzieś po drodze.
Byłam u chłopaka od piątku do niedzieli, więc trochę się ich przez te trzy dni uzbierało.
W niedzielę, gdy wychodziłam, jak zwykle wzięłam worek ze sobą (chłopak zaproponował, że wyrzuci go po prostu do kosza, ale skoro i tak już szłam, to stwierdziłam, że równie dobrze mogę wyrzucić je sama).
W drodze do domu postanowiłam jeszcze wstąpić do sklepu na zakupy.
Nie wiem jak to się stało, szłam sobie przez sklep, wybierałam produkty, w uszach miałam słuchawki, śpiewałam sobie pod nosem piosenki i kompletnie zapomniałam o tych zużytych, zakrwawionych tamponach, które miałam w torebce.
Byłam już przy kasie, pani kasjerka skanowała moje produkty, ja jedną ręką wygrzebywałam kartę z portfela i przykładałam ją do terminalu, a drugą wymacałam reklamówkę w torebce i pomyślałam, że super się składa, że ją mam, bo przyda mi się na zakupy.
I stało się właśnie to: wyciągnęłam reklamówkę, a cała jej zawartość, czyli jakieś 20 zużytych, śmierdzących tamponów, wysypało się na podłogę.
Jeszcze nigdy w swoim życiu nie czułam takiego wstydu i zażenowania. Nigdy.
Zbierałam te tampony tak szybko, że gdyby istniał konkurs w zbieraniu tamponów na czas, to na pewno bym go wygrała. Wokół panowała cisza, ludzie z kolejki się na mnie gapili, kasjerka aż otworzyła buzię ze zdziwienia, ktoś się rzucił do pomocy, ale gdy zobaczył co mi się wysypało, to cofnął się z obrzydzeniem. Nie pozbierałam nawet swoich wszystkich zakupów, złapałam tylko za słoik z sosem do spaghetti i wybiegłam w te pędy. Zapomniałam o makaronie i serze, więc i tak tego dnia spaghetti nie było.
To był mój ostatni raz w tym sklepie. Coś czuję, że pracownicy tak szybko o mnie nie zapomną.
Dodaj anonimowe wyznanie