Byłem bardzo nieśmiałym dzieckiem. W pierwszej klasie szkoły podstawowej miałem iść do biblioteki i wypożyczyć lekturę. To była moja pierwsza wizyta w bibliotece, byłem bardzo zestresowany tym trudnym zadaniem.
Wszedłem, stanąłem przy stoliku i ani be, ani me. Bibliotekarka się uśmiechnęła i spytała jak się nazywam, a ja z całego tego przejęcia odpowiedziałem "Kot w butach".
Podczas ostatniego Święta Zmarłych nie zdążyłam o normalnej godzinie przyjść z kwiatami na grób mojego dziadka, więc na cmentarz przyczłapałam już trochę po północy. Na domiar złego za cholerę nie udało mi się zlokalizować dziadkowej mogiły, więc przez dobrych kilkanaście minut krążyłam pomiędzy alejkami, grobami i krzakami. W pewnej chwili wpadłam na sympatyczną staruszkę, która podobnie jak ja, zagubiona chodziła w te i nazad.
„O! Co pani tu robi?” - krzyknęła wystraszona. „Najwyraźniej to samo, co pani” - odparłam z uśmiechem. Starowinka wyszczerzyła się i mrugnąwszy do mnie okiem poszła dalej.
Ja w końcu zlokalizowałam mogiłę dziadka, zapaliłam znicz i przycupnęłam sobie na ławeczce. Po chwili znów zobaczyłam tę starowinkę. Szła, bujając się na boki, z torbami pełnymi łupów. Jak się okazało, babina okradała groby z kwiatów i zniczy...
Sytuacja miała miejsce 3,5 roku temu. Miałam ledwo ponad 20 lat i rozczarowanie miłosne za sobą. W szukaniu potencjalnego kandydata na męża pomógł mi Internet. Poznałam rok starszego chłopaka pracującego w moim mieście, ale mieszkającego jakieś 100 km od niego. Umówiliśmy się na najbliższą sobotę. Sprawy potoczyły się jednak tak, że w czwartek skończyłam wcześniej pracę, zaledwie godzinę później od niego, więc na spontanie postanowiliśmy się umówić tego samego dnia wieczorem.
Przyjechał po mnie do pracy, potem gadaliśmy do późnych godzin wieczornych, następnie odwiózł mnie do domu. W piątek miał mieć nocną zmianę, a ja miałam wolne na uczelni i w pracy, więc uparł się, żebyśmy spotkali się rano. Przyjechał do mnie. Od słowa do słowa wylądowaliśmy w łóżku, gdzie spędziliśmy najbliższe kilka godzin. Chłopak o 16 był padnięty, ale cóż, musiał lecieć do pracy. Jeszcze wieczorem będąc w pracy napisał do mnie, umawialiśmy się na sobotę do kina, jak odeśpi nockę.
Nie odezwał się ani w sobotę, ani w niedzielę, ani w poniedziałek, miał wyłączony telefon. Dopiero we wtorek w słuchawce odezwał się męski głos informujący mnie, że jego brat zginął w wypadku w sobotę rano. Nie uwierzyłam, dopóki nie znalazłam artykułu w Internecie i nie zobaczyłam jego zmasakrowanego samochodu. W artykule napisano, że młody kierowca z nieznanych przyczyn zjechał na sąsiedni pas i zderzył się czołowo z innym autem, zginął na miejscu mimo reanimacji. Prawdopodobnie zasnął za kierownicą.
Minęło już kilka lat, a ja nadal nie mogę sobie wybaczyć, że to przeze mnie nie wyspał się do pracy i przeze mnie był zmęczony. Każdy mówi mi, że nie mogę się za to obwiniać, ale mimo to jest mi cholernie przykro, że chłopak zginął w wieku młodszym niż ja jestem teraz.
Mieszkam w kamienicy. Któregoś dnia zapchały się rury w toalecie.
Na wyższym poziomie woda nie chciała spływać. Wszyscy sąsiedzi najpierw próbowali przepchać zator domestosem, kretem. Nic nie pomagało, a ponieważ bez muszli nie da się żyć, zdecydowaliśmy o wezwaniu prawdziwego specjalisty. Facet przyjechał, uruchomił żmijkę i przepychał z dwie godziny, ale bez skutku. Wezwał swojego kolegę i we dwóch stwierdzili, że muszą na moim poziomie wyciągnąć zator z rury. Wyjścia nie było, wspólnota miała zapłacić za remont, więc stwierdziłam, że dobra, kujemy. Jeden gość z góry pchał, drugi na dole miał wyciągnąć winowajcę.
W pewnym momencie hydraulik wyciągnął jakiegoś potwora z rury. Smród okropny, widok okrutny. Popatrzyliśmy na siebie i obydwoje zwymiotowaliśmy, ja do wanny, mężczyzna do zlewu. Po głębszej analizie i oględzinach okazało się, że to ciało kota, przeżarte przez domową chemię.
Zrobiła się okropna awantura, chciałam wiedzieć co za świr spuszcza w WC kota. Okazało się, że sąsiad z 3 piętra (mieszkam na 1) wynajmował mieszkanie studentom. Jedna z dziewczyn przywiozła ze wsi małego kota, kot po 3-4 miesiącach zdechł. Gdy chciała się go pozbyć okazało się, że w mieście nie można zakopać zwierzaka ot tak w ogródku, jak robili to jej przodkowie od lat. Należało oddać zwierzę do utylizacji i jeszcze za to zapłacić. Zaradna studentka początkowo chciała wywalić zwierzaka do śmieci, ale nie chciało jej się iść, bo była zmęczona (tak sie tłumaczyła), więc wrzuciła kota do muszli. Przepchała jakoś biedaka, ale niestety utknął miedzy piętrami.
Sąsiad musiał zapłacić za remont (po groźbach o nagłośnieniu sprawy), bo dziewczyny nie miały umowy najmu i nie poczuwały się do odpowiedzialności.
W ramach zemsty zgłosiłam do urzędu, że wynajmuje mieszkanie bez odprowadzenia podatków. Z hydraulikiem poszłam na piwo i nawet przez chwilę coś tam było, ale zdechło jak ten kot.
Byłam cichym i nieśmiałym dzieckiem.
Rozmawiając z obcymi ludźmi, bardzo się stresowałam, czasem nie wiedziałam, co powiedzieć. Pewnego dnia mając 7 lat i siedząc w szkolnej toalecie, zestresowałam się do tego stopnia, że zamiast powiedzieć "zajęte", gdy ktoś zapukał do drzwi, odpowiedziałam "proszę".
Do dziś pamiętam zdziwioną twarz tej dziewczynki, którą zaprosiłam do środka :D
Niedawno kupiłem nowy smartfon. Kilka dni temu, gdy wieczorem wróciłem do domu, jak zwykle rzuciłem go na łóżko, po czym poszedłem do kuchni coś zjeść. Chwilę później tata powiedział, że idzie wytrzepać koce na balkonie (mieszkamy na 5 piętrze).
Minęło kilka minut, a ten przychodzi i mówi do mnie "Miałeś coś może na kocu? Jak go składałem nie zwróciłem uwagi, ale jak go strzepnąłem, to miałem wrażenie, że coś stuknęło o barierkę i poleciało na dół''. Jak stałem, w kapciach i z pełnymi ustami, od razu wypadłem z mieszkania i pobiegłem na parking szukać tego, co zostało z mojego telefonu.
Nic nie znalazłem. Po 10 minutach wściekły wracam do domu, a tam mój tata z moją komórką w ręce i cały czerwony ze śmiechu.
Wracając dziś ze sklepu, zobaczyłam na chodniku takiego ślimaka bez skorupki. Pierwsze o czym pomyślałam, to że ktoś może biedaka rozdeptać, więc wzięłam go do ręki w celu przeniesienia na pobliski trawnik.
Tak... Okazało się, że to psia kupa.
W pracy na nocce uroiłem sobie w głowie, że po pracy prześpię się 4 godziny i zrobię sobie wycieczkę rowerową. Jak pomyślałem, tak też zrobiłem. O godzinie 13 wyjechałem z domu, jechałem sobie brzegiem morza i w pewnym momencie dojechałem do portu, gdzie była zamknięta brama, a wartownik nie chciał mnie przepuścić dalej bez zgody dyrekcji portu. Zawróciłem i jadąc tą samą ścieżką zauważyłem, że droga odbija w taki mały lasek, wąską i krętą ścieżką. Nie myśląc zbyt wiele skręciłem do tego lasku, przejechałem i wylądowałem na drodze ekspresowej. Przejechałem kilka kilometrów, lecz okazało się, że droga jest w budowie i można jechać tylko w przeciwnym kierunku, w którym się znajdowałem. Na moje szczęście (tudzież nie, lol) po mojej lewej stronie można było skręcić w polną drogę. Skręciłem i dojechałem do takiego łącznika czy diabeł wie jak to się nazywa. Był to taki tunel łączący dwa pola, które dzieliła właśnie ta droga ekspresowa, którą jechałem wcześniej. Tunel z jednej strony był otwarty, z drugiej strony znajdowała się bramka owinięta łańcuchem zamkniętym na kłódkę. Mapy Google pokazały mi, że gdybym przeskoczył tę bramkę i przejechał pole wzdłuż, to znajdę się na normalnej, utwardzonej drodze. Tak też zrobiłem i przehycnąłem na drugą stronę z rowerem.
Okulary przeciwsłoneczne na łbie, słuchawki na uszach, zadowolony jadę przed siebie. Teren był w ch#j grząski, ale stwierdziłem, że to po prostu taka gleba. Po drodze minąłem kilka krowich (tak mi się zdawało, he, he) gówien. Dojechałem do mostku dzielącego mnie od drogi do domu i wtem usłyszałem mega głośne buczenie. Spojrzałem w lewo - nie ma nic. Przede mną mostek; raczej nie potrafi buczeć. Spojrzałem w lewo i o mało się nie zesrałem pod siebie. Stado byków łupiące na mnie wzrokiem, a w dodatku te z przodu przebierały przednim kopytem, tak jak to robią podczas rodeo :D. Włączyłem ósmy bieg w rowerze, w głowie pojawia mi się całe moje życie, najlepsze wspomnienia, pierwszy seks, przyjaciele, rodzina, a nawet praca! Nie mam pojęcia ile trwała moja ucieczka, ale wydawało mi się, że było to kilka sekund. Dojechałem do bramki i spojrzałem się za ramię. Byki były dosłownie metr ode mnie i musiałem wybrać. Albo żeby mnie dorwały i poturbowały byki, ale nic się nie stanie z rowerem, albo przeskoczyć samemu i pozwolić tym czarnym gnojkom rozwalić mój rower za 5k PLN :D. Stwierdziłem, że wolę mieć całe żebra i przefikołkowałem przez bramę, rozwalając sobie przy tym lewą nogę. Byki dobrały się do mojego roweru, koła są całe pogniecione, rama cała porysowana i w dodatku któryś byk się zesrał na przedni zderzak.
Przez ponad godzinę czaiłem w krzakach i czekałem aż byki pójdą sobie z dala od roweru, żeby móc jakoś wrócić do domu. Przynajmniej do końca roku dziękuję za wycieczki rowerowe :D
#sporttozdrowie
Dwa lata temu miałem dziewczynę, po trzech latach zaręczyny, łącznie związek trwał pięć lat. Ona była mocno wierząca, sam jestem wierzący i na początku mi to nie przeszkadzało, a nawet w jakimś stopniu cieszyło. Problem zaczął się, gdy zaczęła większość swojego czasu spędzać w kościele i to nie na modlitwie, tylko na plebanii - doradzić kupno innych ornatów, figury Matki Bożej itd. Była zafascynowana księżmi, jej matka również, razem zapraszały ich na niedzielne obiadki, ogniska itd. Ja też w nich uczestniczyłem i było niby OK, bo księża też ludzie, ale było w tym coś niepokojącego. Zwłaszcza z jednym z wikarych miała zbyt dobry kontakt - mówienie sobie na ty, dzwonienie wieczorami itd. Gdy robiłem o to problemy słyszałem, że przesadzam, że to tylko "przyjaciel". Wikarych było dwóch, K i P, przy czym K był tym uwielbianym, zapraszanym na ogniska, a P był raczej obojętny.
Dziewięć dni przed ślubem nagle zmarł jej ojciec, nie chciała słyszeć o cichym ślubie, wszystko odwołaliśmy, szczęśliwie udało się nam odzyskać wszystkie zaliczki. Nie wiem, czy śmierć ojca tak na nią podziałała, czy po prostu zawsze taka była, ale od tamtej pory jej związki z kościołem, a głównie z księżmi się pogłębiły, do tego stopnia, że pożyczała mój samochód pod pretekstem jazdy na uczelnię, by pojechać po wikarego i jego kolegę, również księdza, na ognisko u nich w ogródku,razem ze swoją matką świetnie się bawiły. Dowiedziałem się przypadkowo, bo moja siostra widziała mój samochód z nią i księżmi, a gdy do niej zadzwoniłem, to powiedziała, że mnie okłamała, bo bym się nie zgodził, a na ogniska z księżmi nie chciałem już chodzić. Takich sytuacji było dużo, a ja głupi wybaczałem.
Dwa dni po obronie jej magisterki była impra u moich znajomych, na którą nie pojechała, bo była zmęczona, ale obiecała po mnie przyjechać następnego dnia. Przyjechała, odwiozła się do domu i oddała mi kluczyki, ponieważ już mnie nie kocha.
Wróciłem do domu, z kasy z weselnych zaliczek kupiłem kompa i grę. Przez trzy miesiące chodziłem tylko do pracy, wracałem i do nocy grałem - szczerze polecam taką terapię.
W tym czasie z parafii odszedł ksiądz P, po wsi chodziły plotki, że wprowadził się do mojej byłej, nie wierzyłem w nie, bo przecież ona "przyjaźniła" się z K. Po miesiącu dowiedziałem się, że wyszła za mąż za P, który już nie jest księdzem, jest z nim w ciąży i żyją sobie razem z jej matką pod jednym dachem. Wtedy dopiero do mnie dotarło, z jakiego gó**a udało mi się uciec.
Poszedłem na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy z moim przyjacielem, on szedł dziękując za swoją żonę, a ja dziękując, że swojej nie mam; postanowiłem całą pielgrzymkę przejść boso i udało mi się. W jej trakcie zagadała mnie dziewczyna, spytała dlaczego idę boso, a ja opowiedziałem jej swoją historię, nie znając nawet jej imienia.
Tak zaczęła się nasza znajomość.
PS W tym roku bierzemy ślub :)
Gdy byłem mały, mój biologiczny ojciec odszedł od mojej mamy. Nie był najlepszym ojcem, nie bywał w ogóle w domu, nie szanował swojej żony, a na domiar złego zdradzał ją z każdą dziewczyną jaką zobaczył. Mama po kilku latach zdecydowała się na rozwód, nie widziała dalszego sensu w tej relacji. Był tylko mały problem - sześcioletni ja, który nie wiedział za bardzo co się dzieje.
Pewnego dnia podeszła do mnie w kuchni i wyjaśniła całą sytuację. Powiedziała, że tydzień temu była na sprawie rozwodowej. Większość dzieci najpewniej by się załamała, nie mogłaby tego zrozumieć. Jednak ja się uśmiechnąłem i przytuliłem mamę. Zapytała dlaczego wyglądam na takiego szczęśliwego, a ja odparłem "Bo możesz znaleźć sobie kogoś innego i w końcu będziemy mogli być normalną rodziną".
Tak się też stało, dwa lata później odnowiła kontakt ze starym przyjacielem ze szkoły, zakochali się w sobie i zanim się obejrzałem niosłem im obrączki ślubne w urzędzie.
Mój ojczym (nie lubię go tak nazywać, ale żeby dało się cokolwiek zrozumieć muszę ten jeden raz to zrobić) jest wspaniałym człowiekiem i nieważne co kto mi będzie mówił, on zawsze będzie moim prawdziwym tatą. Rozmawialiśmy dzisiaj na poważniejsze tematy. W pewnej chwili powiedział, że dla niego zawsze będę jak rodzony syn, a ja nie wytrzymałem i się popłakałem ze szczęścia. Zdobyłem to o czym zawsze marzyłem, szczęśliwą rodzinę, która mnie akceptowała i kochała.
W prawdziwej rodzinie nie liczy się to, kto cię stworzył, ale to, kto cię wychował i cię kocha.
Dodaj anonimowe wyznanie