#C3FGZ

Zaprosiłem do domu kolegę. Mama z tej okazji zrobiła pizzę i zawołała nas na obiad. Ja szedłem od razu, ale kolega jeszcze chciał iść do kibelka.
Siedzimy sobie razem z mamą, czekamy na kolegę i wspaniały aromat pizzy panuje w całej kuchni. Mam psa, który jest bardzo łakomy, jego nos poczuł pyszne jedzenie i przyszedł bliżej stołu. W tej chwili mój przyjaciel wszedł do kuchni.
Moja mama wkurzyła się na psa i zaczyna się na niego drzeć "Ty łakomczuchu, wynocha stąd!". Mina przerażonego kolegi, który nie wiedział, że moja mama drze się na psa była bezcenna :D

#NWD2E

Kilka lat temu pracowałem na stacji benzynowej w jednym z większych koncernów naftowych, na stanowisku "pracownik podjazdu", tzn. pomagałem w tankowaniu. Przez jakiś czas omijałem typowych "sebiksów" ze strachu, że będę wyśmiewany przez osobników tego gatunku, wiadomo, praca raczej mało ambitna. Któregoś letniego dnia wjeżdża bmw w czarnym macie, pomalowane sprayem z puszki, a silnik chodził jakby prosił, żeby zakończyć jego cierpienie. Podjechało pod dystrybutor i wychodzi trzech przedstawicieli tego gatunku, no cóż, plac pusty, więc podejdę do nich. Zaproponowałem pomoc, sebiksy skorzystały, w czasie tankowania oni udali się już do sklepu. Wszystko fajnie, zatankowane, oddalam się na drugi koniec mego królestwa, kątem oka zauważyłem, że wracają do samochodu, dwóch już z otwartymi browarami wsiadają do bolidu, a ostatni krzyczy "Ej, kur**, gościu, chonotu". Po upewnieniu się, że to do mnie, niepewnym krokiem i z lekkimi obawami podszedłem i ku mojemu zdziwieniu sebiks wręcza mi 0,5 l Wyborowej z tekstem "masz tu, luju, zrobiło mi się ciebie żal, że musisz napierda*** w taki upał".
W lekkim szoku podziękowałem, na co dodał jeszcze, abym schował do lodówki, bo na fajrant zimna musi być.

I do końca zmiany chodziłem zadowolony i to nie dlatego, że miałem flaszkę, lecz dlatego, że większość "biznesmenów" nie potrafi powiedzieć dziękuję, a takie sebiksy dały nawet "napiwek".

#TnQUh

Dziś historia o tym, jak w naszym kraju stoi psychiatria. Wiadomo - jest źle. No to ja wam powiem, że jest gorzej niż źle, jest fatalnie, koszmarnie i w ogóle - nie. Ale to historia nie tylko o leczeniu, ale też postrzeganiu leczenia.

Choruję na depresję, do psychiatry chodzę prywatnie, bo kolejka na NFZ sięga pół roku w przód. Rozumiecie, jest z tobą źle, masz myśli samobójcze, okaleczasz się, straciłeś sens życia, nie masz siły, jesteś ciągle zmęczony, niezależnie ile śpisz, jesteś rozdrażniony, cierpisz na bezsenność. I dostajesz informację, że nooo, wpiszemy panią na listę - widzimy się za pół roku. Pomoc jest potrzebna na JUŻ, ale nie, proszę sobie poczekać. Więc co miesiąc wywalam 200 zł za wizytę. Dostałam leki, biorę je od prawie roku, nie widzę jakiejś szczególnej poprawy. Mimo wszystko staram się funkcjonować. Pracuję, uczę się, mam świetnego męża. Chciałabym uczestniczyć w terapii, ale zgadnijcie co? BRAK TERMINÓW! No więc na terapię też chodzę prywatnie. Pół pensji wywalam na leczenie, bo dochodzą jeszcze leki, za leczenie, które powinno być DARMOWE, GWARANTOWANE i natychmiastowe. Bo wiecie, życie jest święte, pro life i takie tam, ale tylko jeśli jesteś płodem, potem zdychaj.

Pracuję z dziećmi. Mam lepsze i gorsze dni, BARDZO staram się nie przynosić swojej choroby do pracy. Ostatnio lider poprosił mnie na rozmowę - i dowiedziałam się, że nie powinnam pracować, ponieważ DŁUGOTRWALE leczę się psychiatrycznie... i zasugerował mi odejście z pracy. Od razu zaznaczę - nie mam żadnych wytworów typu zwidy, głosy itp., a właśnie to wyklucza pracę z dziećmi. Dowiedziałam się również, że na miejscu dyrekcji nie przedłużyłby mi umowy, ponieważ jestem chora psychicznie. Mało? Dowiedziałam się, że za często chodzę na zwolnienie (na zwolnieniu byłam w grudniu, bo covid, we wrześniu na trzy dni, bo miałam niewielki zabieg oraz w październiku cztery dni, bo zaraziłam się jakąś infekcją, toaleta to był mój drugi dom, i nie chciałam zarażać dzieci), i jeśli pójdę na zwolnienie od psychiatry, to od razu zgłosi dyrekcji, że jestem do zwolnienia. Więc... Ja bym w sumie chciała się leczyć. Ale ciężkie to w Polsce.

#h64z1

Zacznę od tego, że pracuję w przemyśle ciężkim. Nie wyobrażam sobie nie wykąpać się po pracy. Mamy na zakładzie kilka dużych szatni, w których spotykamy znajomych z brygady, różnych działów, ogólnie współpracowników. Są też prysznice, około czterdziestu. Bardzo podobne do tych widywanych na basenach, bez zasłon. Dzieją się tam różne rzeczy, często się „wygłupiamy”, to jeden drugiego uderzy ręcznikiem, rzuci czymś itp., jak to w męskim gronie.

Dzisiaj miałem dobry dzień, do czasu, gdy wszedłem do tzw. łaźni. Otóż kolega zakradł się od tyłu i wepchnął mi palce w żebra, z obydwu stron, zagadując o coś. A ja? Zesrałem się. Tak po prostu. Wcześniej nawet mi się nie chciało, ale jakoś poszło. Salwy śmiechu słyszałem jeszcze na parkingu.

#aWVsW

Razem z mężem mieszkamy w bliźniaku. Ku naszemu niezadowoleniu, w drugiej połowie mieszkają beneficjenci pół litra plus, twarz nieskażona myślą i Popek na sto procent.

Ja i mój luby kładziemy się spać dość wcześnie, koło 21-22, gdyż oboje wstajemy do pracy rano. Niestety, swołocz pracą nieskalana nie ma tych problemów, a jak wiadomo, nocą aktywność wszelaka rozkwita w pełnej krasie. Tak też było wczoraj.
Położyliśmy się z lubym o zwyczajowej porze, a tu ni z tego, ni z owego, "wruuuuuuu"! Wiertara, a po chwili akompaniament Popka, króla wszechrzeczy, bez którego żadne prace remontowe udać się nie mogą. No nic, zaciskamy zęby i próbujemy spać dalej. W końcu luby nie wytrzymał i zawzięcie tłucze w ścianę. W odpowiedzi jazgot jeszcze głośniejszy. Więc popędził. Łomocze co sił w drzwi owocu nieudanej kopulacji i wywiązuje się pomiędzy nimi dialog:
Koksu: Czego tam?
Luby: Nie mógłby pan powiercić z rana? Ludzie do pracy chodzą, a już dawno po ciszy nocnej!
K: Co sąsiad opowiada, po 21 dopiero!
L: Uczył ktoś pana obsługi zegarka? Po 22 już dawno!
K: Nie pier*dol pan, po 21 dopiero! Ofiarą pan jesteś systemu i tyle! My zegarków nie przestawiamy, nie damy się ogłupić! System obalać, o Polskę walczyć, a nie ludziom po drzwiach napier*alać!
I trzasnął lubemu drzwiami przed nosem.

Nie pospaliśmy tej nocy, ale mamy pewność, że oni nie pospali w dzień. Jak wychodziliśmy o 6 do pracy, luby sklecił playlistę z piosenkami patriotycznymi i wyła im ona na cały regulator przez następne godziny.

#oJZW6

Moja mama jest niemalże osobą niewidomą (baaardzo słabowidzącą) - prawie nic nie widzi, porusza się o lasce. Wcześniej była z tego powodu przygaszona, miała stany depresyjne. Później zaczęła chodzić na różne zajęcia - a to angielski, a to komputery dla słabowidzących i niewidomych, a to samoobrona.
Poszła również do szkoły masażu.
Teraz, po trzecim semestrze, odbywa praktyki w szpitalu. Masuje starszych ludzi i ma z nimi ponoć bardzo dobry kontakt. To kobieta z sercem na dłoni.
Moja mama do tej pory nigdy nie pracowała (jeśli się dobrze orientuję), nie licząc półrocznego epizodu jako opiekunka do dziecka (gdzie i tak było ciężko, by ktoś ją zatrudnił, a dostała 5 zł/h).
Zawsze skrywała się w depresyjnym cieniu, z którego nikt nie mógł jej wydostać.
Dziś jednak opowiedziała mi o tym, że dostała od jednej staruszki ze szpitala 5 zł, druga zaś wcisnęła jej 10 zł. To był jej pierwsze od lat zarobione samodzielnie pieniądze.
Zaniemówiłam, gdy dała mi te 10 zł, a 7-letniej siostrze dała 5 zł. Chciała podzielić się z ukochanymi córkami swoim pierwszym osiągnięciem, swoimi pierwszymi - choć niewielkimi - zarobionymi samodzielnie pieniędzmi.
Boję się, że nigdy nie będę w stanie wynagrodzić jej tego, że jest najcudowniejszą mamą, jaką mogę sobie wymarzyć. Kocham ją bardzo.

#I18Rb

Jestem sprzedawcą w sklepie monopolowym. Jest to sklep samoobsługowy, na co wskazują koszyki znajdujące się przy wejściu, jak i sam układ półek.

Mam pewnego klienta, który wpada co jakiś czas i życzy sobie, żebym mu wszystko przynosił. Kiedyś zasugerowałem, że jest to sklep samoobsługowy i najlepiej, żeby sam sobie powybierał co mu pasuje, a następnie przybył z tym do kasy. Pomogło jednorazowo. Już przy kolejnej wizycie historia się powtórzyła i mój "ulubiony klient" wysłał mnie po 4-pak piwa i pepsi dużą. Jako że całkiem uprzejmy ze mnie gość, posłusznie wypełniłem "prośbę". Po drodze postanowiłem troszkę uatrakcyjnić moment otwierania piwa i coli. Wykonałem kilkanaście energicznych ruchów napojami i udałem się do kasy.

Nazajutrz klient ten znów mnie odwiedził. Tym razem postanowił wykorzystać możliwość samoobsługi :D

#fmqUw

Kiedy byłam jeszcze małą dziewczynką, może miałam około 5 lat, bardzo chciałam mieć jakieś zwierzątko. Prosiłam, błagałam, ale rodzice byli nieugięci. Poskarżyłam się babci, wymyśliła ona plan idealny. Dostanę mysz! No przecież to cudowne!
Na drugi dzień babcia przyniosła mi z pracy mysz, ale taką... komputerową :D. Narysowałyśmy jej oczy i usta i chodziłam z nią na spacery. Ludzie dziwnie się na nas patrzyli, ale przecież to nie było ważne. Miałam upragnionego pupila! :)

Mam tę starą mysz do tej pory, niestety to było moje jedyne zwierzątko.

#dRvuh

Mój pradziadek, choć Polak, mieszkał w Prusach Wschodnich (dzisiejszych Mazurach). Mimo sporego odsetka etnicznie polskich autochtonów był to teren Niemiec.
W 1940 roku mój pradziadek miał 17 lat. Wielu jego kolegów i znajomych trafiło do wojska, przyjeżdżało do wsi we wspaniałych mundurach, opowiadało o życiu na froncie, o "przygodach", o dalekich krajach jakie widzieli... Tak więc pradziadek też zapragnął do wojska. Zaciągnął się do Wehrmachtu.

Jego jednostka została wysłana na Bałkany, gdzie zamiast wojny mieli wakacje. Ciepło, w miarę spokojnie, jedzenia w bród, dziewczyny... Jednak sielanka nie trwała wiecznie. Rzesza zaczęła ponosić klęski na froncie wschodnim, kierowano tam posiłki, w tym jednostkę pradziadka.
Jakoś pod koniec wojny, gdy front stał już przy Prusach Wschodnich, pradziadka i kilku jego kolegów złapali Rosjanie. Postawili w szeregu nad rowem, wycelowali... Rozstrzelali. Przysypali trupy wapnem i ziemią, odeszli. Nocą ze świeżej mogiły wygrzebał się żywy trup - ciężko ranny młody żołnierz.

Wiem, scena jak z filmu, jak z "Karnego batalionu"... Pradziadek dostał w głowę i lewe płuco. Ledwo żywy włóczył się przez las, gdzie natknął się na niego jakiś gospodarz. Opatrzył pradziadka i ukrył w stodole - jak się później okazało, bardzo blisko pradziadka rodzinnej wsi.

Niedługo potem pradziadek został ponownie schwytany przez Rosjan i trafił do obozu jenieckiego. Panowały tam straszliwe warunki - mróz, głód, brud i choroby... Pewnego dnia do pradziadka podszedł niesamowicie wychudzony, zarośnięty starszy żołnierz i błagał go o kawałek chleba. Pradziadek miał jedną kromkę. Mógł wybrać wielkoduszność lub ukojenie własnego żołądka. Nie oddał obcemu chleba. Później okazało się, że o chleb prosił go jego rodzony ojciec, którego nie rozpoznał...

Ostatecznie obaj przeżyli wojnę, zostali w Polsce.
Życie pisze czasem naprawdę niesamowite scenariusze...

#j2cxJ

Pewna "wiodąca marka" specjalizująca się w wysokoprocentowych trunkach wydała kiedyś edycję limitowaną wódki z "grającą nakrętką", czyli taką menelską pozytywką grającą w momencie odkręcenia butelki. Na takie urządzenie naciął się mój świętej pamięci dziadek.

Mój dziadek - czyli prosty chłopina podbiegający pod dziewiąty krzyżyk na karku. Wychowany w duchu niezbyt rozwiniętej wsi, przeżywszy dwie wojny, za nic miał sobie nowoczesne wynalazki. Jedyne czego oczekiwał od jesieni swojego życia to spokój, i sporadyczny papierosek. No i wódeczka od czasu do czasu. Jego schemat dnia był prosty i powtarzalny. Rano dziadek wstawał o piątej rano, mył się, ubierał, po czym przypomniawszy sobie, że od dwudziestu lat nie ma już pola do uprawy, siadał na kanapie i drzemał sobie do około ósmej. Po drzemce szedł do sklepu po chleb, wypalał po drodze papieroska, pogadał z sąsiadami, z panią sklepikarką, i tak mu czas mijał do południa. Czasem chodził na grób swojej żony czy na mecz lokalnej drużyny piłkarskiej. Ot, spokojne życie seniora. Nie lubił komputerów i innych nowoczesnych wynalazków. Dla niego "za komuny było prościej". Może biedniej - ale ogarniał na czym świat stoi, a nowoczesność go nie obchodziła.

Czy powiedziałem, że mieszkał ze swoim synem, czyli moim wujkiem Włodkiem? A więc tak właśnie było, wujek opiekował się dziadkiem, starał się ograniczać jego nałogi i generalnie ograniczał mu jego swobody obywatelskie. Tak przynajmniej twierdził dziadek.

Pewnego razu podczas zjazdu rodzinnego, po fajnym wieczorze spędzonym z bliskimi, dziadek miał kłopoty ze spaniem. Kręcił się w łóżku, stękał, jęczał, aż w końcu w głowie zaświtał mu plan - po wódeczce lepiej się śpi, więc po kieliszku jego kłopoty miną. Problemem było to, że wujek Włodek spał koło komody z trunkami, która była w tym czasie dla dziadka strefą zakazaną. I tutaj nadchodzi osobista relacja mojego wujka:

"Obudziłem się, bo słyszałem, że dziadek wstał z łóżka, ale udawałem, że śpię, bo chciałem zobaczyć co zrobi, bo rzadko wstawał w nocy. Dziadek podkradł się po cichutku do komody z alkoholem, otworzył drzwiczki, wyciągnął flaszkę, odkręcił nakrętkę… I zaczęła z niej grać kolęda "Cicha noc". Dziadek struchlały po cichu pod nosem zamruczał: "Włodek, ten sk%#@ysyn, nawet tu alarm zamontował…".
Dodaj anonimowe wyznanie