#h64z1

Zacznę od tego, że pracuję w przemyśle ciężkim. Nie wyobrażam sobie nie wykąpać się po pracy. Mamy na zakładzie kilka dużych szatni, w których spotykamy znajomych z brygady, różnych działów, ogólnie współpracowników. Są też prysznice, około czterdziestu. Bardzo podobne do tych widywanych na basenach, bez zasłon. Dzieją się tam różne rzeczy, często się „wygłupiamy”, to jeden drugiego uderzy ręcznikiem, rzuci czymś itp., jak to w męskim gronie.

Dzisiaj miałem dobry dzień, do czasu, gdy wszedłem do tzw. łaźni. Otóż kolega zakradł się od tyłu i wepchnął mi palce w żebra, z obydwu stron, zagadując o coś. A ja? Zesrałem się. Tak po prostu. Wcześniej nawet mi się nie chciało, ale jakoś poszło. Salwy śmiechu słyszałem jeszcze na parkingu.

#aWVsW

Razem z mężem mieszkamy w bliźniaku. Ku naszemu niezadowoleniu, w drugiej połowie mieszkają beneficjenci pół litra plus, twarz nieskażona myślą i Popek na sto procent.

Ja i mój luby kładziemy się spać dość wcześnie, koło 21-22, gdyż oboje wstajemy do pracy rano. Niestety, swołocz pracą nieskalana nie ma tych problemów, a jak wiadomo, nocą aktywność wszelaka rozkwita w pełnej krasie. Tak też było wczoraj.
Położyliśmy się z lubym o zwyczajowej porze, a tu ni z tego, ni z owego, "wruuuuuuu"! Wiertara, a po chwili akompaniament Popka, króla wszechrzeczy, bez którego żadne prace remontowe udać się nie mogą. No nic, zaciskamy zęby i próbujemy spać dalej. W końcu luby nie wytrzymał i zawzięcie tłucze w ścianę. W odpowiedzi jazgot jeszcze głośniejszy. Więc popędził. Łomocze co sił w drzwi owocu nieudanej kopulacji i wywiązuje się pomiędzy nimi dialog:
Koksu: Czego tam?
Luby: Nie mógłby pan powiercić z rana? Ludzie do pracy chodzą, a już dawno po ciszy nocnej!
K: Co sąsiad opowiada, po 21 dopiero!
L: Uczył ktoś pana obsługi zegarka? Po 22 już dawno!
K: Nie pier*dol pan, po 21 dopiero! Ofiarą pan jesteś systemu i tyle! My zegarków nie przestawiamy, nie damy się ogłupić! System obalać, o Polskę walczyć, a nie ludziom po drzwiach napier*alać!
I trzasnął lubemu drzwiami przed nosem.

Nie pospaliśmy tej nocy, ale mamy pewność, że oni nie pospali w dzień. Jak wychodziliśmy o 6 do pracy, luby sklecił playlistę z piosenkami patriotycznymi i wyła im ona na cały regulator przez następne godziny.

#oJZW6

Moja mama jest niemalże osobą niewidomą (baaardzo słabowidzącą) - prawie nic nie widzi, porusza się o lasce. Wcześniej była z tego powodu przygaszona, miała stany depresyjne. Później zaczęła chodzić na różne zajęcia - a to angielski, a to komputery dla słabowidzących i niewidomych, a to samoobrona.
Poszła również do szkoły masażu.
Teraz, po trzecim semestrze, odbywa praktyki w szpitalu. Masuje starszych ludzi i ma z nimi ponoć bardzo dobry kontakt. To kobieta z sercem na dłoni.
Moja mama do tej pory nigdy nie pracowała (jeśli się dobrze orientuję), nie licząc półrocznego epizodu jako opiekunka do dziecka (gdzie i tak było ciężko, by ktoś ją zatrudnił, a dostała 5 zł/h).
Zawsze skrywała się w depresyjnym cieniu, z którego nikt nie mógł jej wydostać.
Dziś jednak opowiedziała mi o tym, że dostała od jednej staruszki ze szpitala 5 zł, druga zaś wcisnęła jej 10 zł. To był jej pierwsze od lat zarobione samodzielnie pieniądze.
Zaniemówiłam, gdy dała mi te 10 zł, a 7-letniej siostrze dała 5 zł. Chciała podzielić się z ukochanymi córkami swoim pierwszym osiągnięciem, swoimi pierwszymi - choć niewielkimi - zarobionymi samodzielnie pieniędzmi.
Boję się, że nigdy nie będę w stanie wynagrodzić jej tego, że jest najcudowniejszą mamą, jaką mogę sobie wymarzyć. Kocham ją bardzo.

#I18Rb

Jestem sprzedawcą w sklepie monopolowym. Jest to sklep samoobsługowy, na co wskazują koszyki znajdujące się przy wejściu, jak i sam układ półek.

Mam pewnego klienta, który wpada co jakiś czas i życzy sobie, żebym mu wszystko przynosił. Kiedyś zasugerowałem, że jest to sklep samoobsługowy i najlepiej, żeby sam sobie powybierał co mu pasuje, a następnie przybył z tym do kasy. Pomogło jednorazowo. Już przy kolejnej wizycie historia się powtórzyła i mój "ulubiony klient" wysłał mnie po 4-pak piwa i pepsi dużą. Jako że całkiem uprzejmy ze mnie gość, posłusznie wypełniłem "prośbę". Po drodze postanowiłem troszkę uatrakcyjnić moment otwierania piwa i coli. Wykonałem kilkanaście energicznych ruchów napojami i udałem się do kasy.

Nazajutrz klient ten znów mnie odwiedził. Tym razem postanowił wykorzystać możliwość samoobsługi :D

#fmqUw

Kiedy byłam jeszcze małą dziewczynką, może miałam około 5 lat, bardzo chciałam mieć jakieś zwierzątko. Prosiłam, błagałam, ale rodzice byli nieugięci. Poskarżyłam się babci, wymyśliła ona plan idealny. Dostanę mysz! No przecież to cudowne!
Na drugi dzień babcia przyniosła mi z pracy mysz, ale taką... komputerową :D. Narysowałyśmy jej oczy i usta i chodziłam z nią na spacery. Ludzie dziwnie się na nas patrzyli, ale przecież to nie było ważne. Miałam upragnionego pupila! :)

Mam tę starą mysz do tej pory, niestety to było moje jedyne zwierzątko.

#dRvuh

Mój pradziadek, choć Polak, mieszkał w Prusach Wschodnich (dzisiejszych Mazurach). Mimo sporego odsetka etnicznie polskich autochtonów był to teren Niemiec.
W 1940 roku mój pradziadek miał 17 lat. Wielu jego kolegów i znajomych trafiło do wojska, przyjeżdżało do wsi we wspaniałych mundurach, opowiadało o życiu na froncie, o "przygodach", o dalekich krajach jakie widzieli... Tak więc pradziadek też zapragnął do wojska. Zaciągnął się do Wehrmachtu.

Jego jednostka została wysłana na Bałkany, gdzie zamiast wojny mieli wakacje. Ciepło, w miarę spokojnie, jedzenia w bród, dziewczyny... Jednak sielanka nie trwała wiecznie. Rzesza zaczęła ponosić klęski na froncie wschodnim, kierowano tam posiłki, w tym jednostkę pradziadka.
Jakoś pod koniec wojny, gdy front stał już przy Prusach Wschodnich, pradziadka i kilku jego kolegów złapali Rosjanie. Postawili w szeregu nad rowem, wycelowali... Rozstrzelali. Przysypali trupy wapnem i ziemią, odeszli. Nocą ze świeżej mogiły wygrzebał się żywy trup - ciężko ranny młody żołnierz.

Wiem, scena jak z filmu, jak z "Karnego batalionu"... Pradziadek dostał w głowę i lewe płuco. Ledwo żywy włóczył się przez las, gdzie natknął się na niego jakiś gospodarz. Opatrzył pradziadka i ukrył w stodole - jak się później okazało, bardzo blisko pradziadka rodzinnej wsi.

Niedługo potem pradziadek został ponownie schwytany przez Rosjan i trafił do obozu jenieckiego. Panowały tam straszliwe warunki - mróz, głód, brud i choroby... Pewnego dnia do pradziadka podszedł niesamowicie wychudzony, zarośnięty starszy żołnierz i błagał go o kawałek chleba. Pradziadek miał jedną kromkę. Mógł wybrać wielkoduszność lub ukojenie własnego żołądka. Nie oddał obcemu chleba. Później okazało się, że o chleb prosił go jego rodzony ojciec, którego nie rozpoznał...

Ostatecznie obaj przeżyli wojnę, zostali w Polsce.
Życie pisze czasem naprawdę niesamowite scenariusze...

#j2cxJ

Pewna "wiodąca marka" specjalizująca się w wysokoprocentowych trunkach wydała kiedyś edycję limitowaną wódki z "grającą nakrętką", czyli taką menelską pozytywką grającą w momencie odkręcenia butelki. Na takie urządzenie naciął się mój świętej pamięci dziadek.

Mój dziadek - czyli prosty chłopina podbiegający pod dziewiąty krzyżyk na karku. Wychowany w duchu niezbyt rozwiniętej wsi, przeżywszy dwie wojny, za nic miał sobie nowoczesne wynalazki. Jedyne czego oczekiwał od jesieni swojego życia to spokój, i sporadyczny papierosek. No i wódeczka od czasu do czasu. Jego schemat dnia był prosty i powtarzalny. Rano dziadek wstawał o piątej rano, mył się, ubierał, po czym przypomniawszy sobie, że od dwudziestu lat nie ma już pola do uprawy, siadał na kanapie i drzemał sobie do około ósmej. Po drzemce szedł do sklepu po chleb, wypalał po drodze papieroska, pogadał z sąsiadami, z panią sklepikarką, i tak mu czas mijał do południa. Czasem chodził na grób swojej żony czy na mecz lokalnej drużyny piłkarskiej. Ot, spokojne życie seniora. Nie lubił komputerów i innych nowoczesnych wynalazków. Dla niego "za komuny było prościej". Może biedniej - ale ogarniał na czym świat stoi, a nowoczesność go nie obchodziła.

Czy powiedziałem, że mieszkał ze swoim synem, czyli moim wujkiem Włodkiem? A więc tak właśnie było, wujek opiekował się dziadkiem, starał się ograniczać jego nałogi i generalnie ograniczał mu jego swobody obywatelskie. Tak przynajmniej twierdził dziadek.

Pewnego razu podczas zjazdu rodzinnego, po fajnym wieczorze spędzonym z bliskimi, dziadek miał kłopoty ze spaniem. Kręcił się w łóżku, stękał, jęczał, aż w końcu w głowie zaświtał mu plan - po wódeczce lepiej się śpi, więc po kieliszku jego kłopoty miną. Problemem było to, że wujek Włodek spał koło komody z trunkami, która była w tym czasie dla dziadka strefą zakazaną. I tutaj nadchodzi osobista relacja mojego wujka:

"Obudziłem się, bo słyszałem, że dziadek wstał z łóżka, ale udawałem, że śpię, bo chciałem zobaczyć co zrobi, bo rzadko wstawał w nocy. Dziadek podkradł się po cichutku do komody z alkoholem, otworzył drzwiczki, wyciągnął flaszkę, odkręcił nakrętkę… I zaczęła z niej grać kolęda "Cicha noc". Dziadek struchlały po cichu pod nosem zamruczał: "Włodek, ten sk%#@ysyn, nawet tu alarm zamontował…".

#tGvQP

W czasie liceum w klasie maturalnej złamałam nogę, a wiadomo - przed maturą miesiąca wolnego od szkoły sobie nie mogłam zrobić.
Tato zaczął wozić mnie do szkoły autem, a odbierał a to wujek, a to mama.
Schody zaczęły się, i to dosłownie, w szkole.
Trudno było mi wejść na drugie lub trzecie piętro o kulach, poprosiłam o pomoc kolegę, który nawet nie odpowiedział i pobiegł dalej. Myślę - trudno, jakoś spróbuję, a tu
nauczyciel matematyki podaje moje kule mojej koleżance, a mnie bierze na ręce i jak gdyby nigdy nic niesie na drugie piętro na polski. Jakoś wydukałam podziękowania, próbując to przyswoić.
Przez cały miesiąc nosili mnie na zmianę nauczyciel matematyki razem z wuefistą.

Po maturze obaj nauczyciele dostali ode mnie po dobrym alkoholu i dużym dziękuję :)

#mWhJh

Latem pracowałam jako kelnerka w jednej z restauracji nad morzem. Jak to w sezonie, mieliśmy oblężenie. Jednymi z klientów, z którymi miałam do czynienia było małżeństwo z kilkuletnią córką. Niby nic nowego, ale ta sytuacja była inna.

Dziewczynka już na pierwszy rzut oka była upośledzona. Gdy zajęli miejsca, a rodzice zajęli się czytaniem menu, mała kręciła się i wierciła, rozsypywała sól i pieprz na obrus, wkładała sobie do buzi serwetki. Na szczęście rodzice interweniowali, nim się zadławiła. Po chwili dziewczynka wstała i zaczęła biegać po całej sali. Mnóstwo ludzi, czy to zajmujących miejsca, czy idących do toalety, ja spisująca zamówienia i przede wszystkim dziewczyny roznoszące jedzenie i napoje. Nietrudno więc było o to, by dziewczynka kogoś przewróciła. Jej rodzice kompletnie nie reagowali, byli zajęci rozmową. Dodam, że inni dorośli widząc ile osób kręci się po sali, pilnowali swoje dzieci. Widziałam też krzywe spojrzenia innych klientów.

Najpierw jedna z dziewczyn zaprowadziła małą do kącika dla dzieci - mamy tam klocki i puzzle. Dziewczynka nie zainteresowała się jednak i wróciła do biegania po sali. Po chwili stało się to, co było do przewidzenia - wpadła na jedną z kelnerek. Na szczęście koleżanka niosła tylko zimne napoje, ale całą bluzkę miała mokrą. Ponieważ przyjmowałam zamówienia obok stolika, który zajmowali rodzice dziewczynki, podeszłam do nich, delikatnie zwróciłam uwagę na to co się właśnie stało i poprosiłam by pilnowali córki.

No i się zaczęło. Matka nakrzyczała na mnie, że ich dyskryminuję, nie dostrzegam, że jej córka jest bardzo chora, że innym rodzicom nikt nie zwraca uwagi (bo nie było powodu), a w ogóle to wszystko wina tego, że nie mamy specjalnego miejsca dla takich dzieci jak jej córka. Następnie wstała, zabrała córkę i poszła "szukać lokalu, gdzie nie dyskryminują niepełnosprawnych". Jej skrępowany mąż przed odejściem wybąkał przeprosiny.

Nikogo nie dyskryminuję - szefowa sali nakazała nam grzeczną interwencję w podobnych sytuacjach. Postąpiłabym identycznie, gdyby sytuacja dotyczyła zupełnie zdrowego dziecka.
Możecie mnie hejtować, ale moim zdaniem nie powinno się chodzić w takie miejsca jak restauracja z dzieckiem, nad którym nie umiemy zapanować. Obojętnie, czy jest ono zdrowe czy chore.

#aJUOs

Gdy miałam cztery latka, moi rodzice się rozwiedli. Sąd ustalił widzenia z tatą co tydzień w sobotę. Tata znalazł sobie nową żonę, którą nawet polubiłam. Starali się o dziecko, niestety jego nowa żona była bezpłodna. Postanowili więc spróbować metody in vitro. Za pierwszym razem nie udało się zapłodnić, za drugim udało się, ale dziecko niestety zmarło po urodzeniu.

W pewną sobotę poszłam z nową żoną taty na cmentarz, na grób jej zmarłego dziecka. Jako sześcioletnie dziecko nie rozumiałam za bardzo po co tam mnie zaprowadziła. Zaczęła mi opowiadać, że jak będę niegrzeczna, to też będę leżeć w takim grobie, że pewnie pójdę do piekła i moje zwłoki spalą. Gdy skończyła mi opowiadać te rzeczy kazała mi się przeżegnać, nie chciałam tego zrobić, ponieważ się bałam. Gdy odmówiłam, zaczęła mówić, że to dziecko zacznie mnie nawiedzać i że jak komuś o tym powiem, to w nocy zabierze mnie do piekła.

Jak wróciłam do domu, nic nie powiedziałam mamie. Przez pół roku moczyłam się w nocy. Mam uraz do dziś, a cmentarzy unikam.
Dodaj anonimowe wyznanie