#Vxmcx

To był normalny dzień w mojej pracy. Siedziałam sobie w biurze i korzystałam z wolnej chwili, aby na szybko wszamać kanapkę z keczupem. Miałam parę chwil luzu, więc pomyślałam, że skoczę do automatu po kawę. Wyszłam więc z mojego pomieszczenia i pognałam do strefy z boksami. Wiecie - takimi stanowiskami komputerowymi. Olbrzymia sala wypełniona kilkudziesięcioma miejscami pracy grafików komputerowych. Tam zawsze jest młyn, krzyk, śmiechy i głośna muzyka. Tam też jest automat z kawą oraz... Leszek.

Leszek to czołowy żartowniś, urwipołeć i dusza towarzystwa. Wspaniały przyjaciel każdego pracownika naszej firmy.
No i weszłam w to źródło chaosu, dzierżąc mój kubeczek od kawy i mając nadzieję, że uda mi się wrócić do biura w miarę bezpiecznie. Tego dnia odziana byłam na biało, więc troszkę obawiałam się, że w zamieszaniu ktoś mi wyleje kawunię na kiecę.
Zbliżam się więc do automatu, a tu nagle czuję, że ktoś mnie chwyta silnym uściskiem od tyłu i mocno trzyma. Leszek. Przysuwa usta do mojego ucha i szepcze: "Masz problem. Zaufaj mi i nie stawiaj oporu. Zaraz z tego wybrniemy..."
Co jest? No, nic. Leszkowi się ufa, Leszkowi się nie odmawia. Wiwat Leszek!
Tymczasem oczy wszystkich siedzących za komputerami nerdów zwróciły się ku mojej osobie będącej w uścisku radosnego Lechosława. Ten rozpromienił się i ciągle trzymając mnie w pozycji jaskiniowo-kopulacyjnej, ryknął:
- Patrzcie! Wymyśliliśmy nowy taniec!
... i zaczął w rytm dudniącej muzyki potrącać mój zadek swoim okazałym podbrzuszem, jednocześnie robiąc malutkie kroczki do przodu. Cała sala w śmiech, a ja czerwona niczym Ferrari Wojewódzkiego, podążam za grą Leszka, w myślach planując zrobienie mu krzywdy, kiedy tylko znajdziemy się poza zasięgiem wzroku reszty.

Lech wepchnął mnie do mojego biura, zamknął drzwi i mówi:
- Słuchaj, Grażyna. Chciałem ci oszczędzić przypału. Okres ci się zaczął. I to chyba taki w ch#j obfity, bo twoje dupsko przypomina flagę Japonii.
Patrzę w lustro. Kurczę, faktycznie - sukienka biała, a zad promieniście czerwony. Ale zaraz. Przecież nie mam okresu. To nie mój czas! Zerkam na moje krzesło, a tam plama. Co jest? Wącham siedzisko. Pachnie octem, pomidorami i bazylią. Keczup!
Nie wiem jakim cudem zamiast w całości wylądować na kanapce, przylepił mi się do zadka, ale był to ostatni raz kiedy jadłam śniadanie w pracy.

Leszek - jesteś moim bohaterem. Gdybyś nie odwalił swojego kopulacyjnego dęsu, to chyba bym się pod ziemię zapadła!

#hl8mP

Chciałabym się podzielić z wami historią, w której uczestniczyła cała moja rodzina, a najbardziej mój tato.

31 grudnia, całą rodziną wybraliśmy się do centrum miasta, by zjeść jakiś obiad w restauracji, ja szłam do znajomych, a moi rodzice na jakieś przyjęcie. A wiadomo, że na pusty żołądek pić nie można. Obiad był dobry, wróciliśmy do domu i dopiero gdy do niego weszliśmy, tata pokazał nam, że znalazł portfel i że go wziął ze sobą. Były w nim wszystkie dokumenty, ale ktoś miał go wcześniej, to pieniędzy już nie było. Prawo jazdy, dowód, jakieś karty członkowskie, imienne. Po danych osobowych okazało się, że zguba należy do pana, który mieszkał 40 km od naszej miejscowości. Znalazłam go na Facebooku i napisałam, że chciałabym mu zwrócić jego własność. On bardzo się ucieszył. Postanowiłam, że sama kupię mu kopertę i zapłacę za polecony. Kilka dni później dostaję zapytanie od pana o numer konta, bo chciałby oddać za kopertę i list. Finalnie dostałam 50 zł, z czego się ucieszyłam.
Dobro powraca? To jeszcze nie koniec ;)

Dwa miesiące później byłam na pewnym szkoleniu, z którego przywiózł mnie tata, pytałam się, czy coś ciekawego się działo, on standardowo powiedział, że nie.
Skubany mnie okłamał.

Okazało się, że pod blokiem zgubił 20 tys. zł, za które miał kupić auto. Zgubił i panicznie zaczął szukać (a kto by nie szukał takiej kasy?).
Wyszedł przed blok, a tu młody chłopak pyta się:
- Nie zgubił pan czegoś?
- Zgubiłem pieniądze, dużo.
I w tym momencie chłopak pokazuje zgubioną kopertę z gotówką. Jak się chwilę później okazało, chłopak zdążył zawiadomić policję o swoim znalezisku. Tatę uratowało to, że w kopercie była jego pieczątka z imieniem i nazwiskiem. Oczywiście uczciwy znalazca dostał pokaźne znaleźne.

Opowiadam tę historię każdemu kto wątpi w to, że dobre uczynki wracają do nas ze zdwojoną siłą :)

#bgg4f

W liceum miałam nadwagę. Zaczęłam ćwiczyć i zmieniłam dietę. Żeby zobaczyć rezultaty i bardziej się zmotywować, robiłam sobie codziennie zdjęcie (tylko w majtach) i potem chciałam zrobić z tego gifa. Różnica była zauważalna, ale nie o tym chcę napisać.
Po kąpieli zrobiłam sobie standardowo kolejne zdjęcie i poszłam do swojego pokoju. Zauważyłam, że napisał do mnie chłopak z równoległej klasy z zapytaniem, jakie pytania na sprawdzian dała nauczycielka od jakiegoś tam przedmiotu. Miałam zdjęcie tego testu, więc zaczęłam szperać w galerii, palec mi się omsknął i wysłałam mu moje zdjęcie, na którym świeciłam bebzonem i cyckami. Ja przerażona, a wtedy wywiązał się taki dialog:

- ...spokojnie, tego nie było. Nie wyślę tego dalej.
- Jasne, tylko tak mówisz.
I wtedy typ wysłał mi swoje nagie zdjęcie w bardzo kompromitującej pozie.
- Ty masz haka na mnie, ja mam haka na ciebie. Oboje milczymy.

Byłam w szoku. Ciekawie wyszedł z sytuacji, nie powiem. Potem zaczęliśmy gadać na przerwach mimo tego incydentu i tak to się dalej potoczyło :)

#BNQX0

Pewnego dnia znajomy poprosił mnie, żebym poszła z nim na wesele. Uwielbiam imprezy tego typu, więc zgodziłam się bez zastanowienia.
Wesele było tydzień później, zabawa trwała, goście pili, bawili się, ogółem super. Mój partner natomiast wolał spędzić zabawę przy stole, ponieważ ani nie lubił, ani nie umiał tańczyć (czego dowiedziałam się w trakcie zabawy). Tak czy inaczej ja bawiłam się wspaniale, pozostali mężczyźni widzieli, że ciągnie mnie na parkiet, tak że często ktoś podchodził i prosił do tańca, trochę było tańców w kółeczku, wszytko fajnie (do czasu).

Im zabawa dłużej trwała, tym ja coraz bardziej czułam się jak królowa parkietu.
Przyszedł czas na oczepiny! No to wiadomo, nie może mnie to ominąć, wszystkie konkursy moje. W końcu konkurs taneczny, a że mój partner zapowiedział, że nie ma opcji, to do konkursu wzięłam jego kolegę, który przyszedł sam. Konkurs trwa, pary odpadają, aż zostajemy my i jeszcze jedna para.

Ostatni utwór ma być decydujący, także trzeba zaszaleć, kolega stwierdził, że mnie podniesie. Ekstra pomysł! Ponieważ był baaardzo silny, bez problemu podniósł mnie nad głowę, ja rozłożyłam ręce na boki i czułam się jak prawdziwa gwiazda! Po paru sekundach (dla mnie ciągnęły się w nieskończoność), zauważyłam, ze moja sukienka zahaczyła o pasek kolegi i zsunęła mi się z piersi. Pod sukienką oczywiście nic nie miałam.... Cała sala gości zobaczyła moje piersi w pełnej okazałości.

P.S. Wygraliśmy!

#8zvzX

Historia opowiedziana przez moją 92-letnią babcię.
Babcia jest emerytowaną panią doktor. We wczesnym paleolicie chodziła na medyczne studia i ostatnio zebrało jej się na wspominki z tych czasów.
Wśród wielu nauczycieli i wykładowców był sobie jeden surowy, żylasty profesor, który słynął z wyjątkowo ekscentrycznych metod egzaminowania studentów. Każdy wchodził do sali na ustne zaliczenie jego przedmiotu. Po serii pytań, kiedy trzeba było wystawić ocenę, często zdarzało się tak, że egzaminujący wahał się. Wiadomo - różnica między 3+ a 4- nie jest wielka, ale zawsze lepiej w indeksie prezentuje się czwórka "na szynach" niż trójczyna z choćby pięcioma plusami...
Profesor wymyślił więc sposób, który pomagał mu podejmować decyzję. Otwierał okno w sali i wyrzucał indeks delikwenta. Następnie mówił: "Za 45 sekund indeks ma być na moim biurku. Jeśli zdążysz, to masz czwórkę". Studencina zapierdzielała ile sił w kopytach, po drodze gubiąc buty i wywracając przypadkowych przechodniów. Czasem się udawało. Częściej jednak nie.
Kiedy wszyscy uczniowie zorientowali się, jak wygląda egzamin u starego profesora, szybko połączyli swoje siły. Długi czas minął zanim wykładowca zorientował się, że indeks nie ląduje na ziemi tylko w dłoniach czekającego już na dole studenta, który szybko przekazywał go dalej. Kilkunastu uczniów, systemem sztafetowym podawało sobie tę "przesyłkę". W chwili kiedy egzaminowany wychodził z sali, ostatni ze studentów przekazywał mu przechwycony chwilę wcześniej indeks.
Dla pozoru trzeba było jeszcze kilka sekund poczekać przed drzwiami, zwichrzyć sobie włos i sapiąc ciężko, wycierając pot z czoła, ponownie wkroczyć do sali z trofeum w dłoniach. Profesor, pełen podziwu, wpisywał czwóreczkę, a student cieszył się, że oszukał system.

#bCtsc

Odkąd tylko pamiętam, moi rodzice wpajali mi, że jestem najlepsza, najpiękniejsza, najwspanialsza. Kasy mieli jak lodu, rozpieszczali mnie na każdym kroku. Nikt nie był godzien zadawać się ze mną. Kasia ma mamę sprzątaczkę? Absolutny zakaz zabawy z dzieckiem z takiego domu. Tata Ani pije? Ania nie ma do nas wstępu, bo nas okradnie i jeszcze mnie brzydkich słów nauczy. W grach z rodzicami zawsze wygrywałam. Specjalnie mi się podkładali, a ja, głupie, naiwne dziecko rosłam w przekonaniu, że rzeczywiście jestem najlepsza i nigdy w życiu nie spotka mnie żadna porażka. W szóstej klasie mieliśmy wycieczkę w góry. Cała klasa pojechała pociągiem. Mnie rodzice na miejsce zawieźli samochodem... Przecież ich księżniczka nie będzie się tłukła 500 kilometrów w dusznym przedziale drugiej klasy... Nic więc dziwnego, że dzieciaki mnie nie znosiły. Zawsze byłam sama, jedyne towarzystwo w jakim wolno mi się było obracać to takie, które wybrali mi rodzice, czyli inne rozpuszczone dzieciaki z bogatych domów.
Teraz jestem dorosła i nie umiem przegrywać... Nie radzę sobie z żadną, nawet najmniejszą porażką. Do tego stopnia, że popłakałam się ostatnio, kiedy przegrałam z moim synem w Eurobiznes. Nie jestem w stanie podjąć żadnej pracy, bo lęk przed krytyką ze strony potencjalnego przełożonego dosłownie mnie paraliżuje. Mąż namawia mnie na terapię...Tłumaczy, że najwyższy czas coś ze sobą zrobić. Nie wiem, czy kiedykolwiek się odważę. To będzie przecież jawne przyznanie się do porażki. Porażki, której boję się najbardziej na świecie.

#shWVH

Jak zawsze szłam rano na zajęcia. Wychodząc z bloku zauważyłam ochroniarza, który stał sobie przy schodach. Z racji tego, że humor mi dopisywał, uśmiechnęłam się do niego, co ochroniarz odwzajemnił. Jednak moją uwagę przykuł pewien obiekt znajdujący się na ziemi.
To była kupa. Ogromna psia kupa.
I niestety, musiałam skomentować jej obecność w miejscu, gdzie nie powinno jej być. Niewiele myśląc mówię do ochroniarza:
- Oho, ale ktoś się zesrał.
Ochroniarz zdziwiony, ja jeszcze bardziej, bo myślałam, że powiedziałam to w myślach, a nie na głos. Zatem wraz ze swoją głupotą pognałam w te pędy na uczelnię.

Gdy wracałam do mieszkania, znowu spotkałam tego ochroniarza. Unikałam jego spojrzenia jak mogłam. Już kończę wpisywać kod do klatki... A on podchodzi do mnie i zmieszany mówi:
- To nie byłem ja, naprawdę.

#tNgzl

Zima, gdzieś koło 11, czekam na autobus na przystanku, widzę na ulicy 3 pasy śniegu:
środkowy - z kół wewnętrznych, który zakrywa cała linie i dwa na środku (te pod jadącym samochodem). Ulica pusta, nagle karetka wyłania się zza zakrętu i szybkim pędem przejeżdża oponami centralnie po pasach, fala brudnego śniegu leci ludziom prosto w twarz. Myślę sobie, że mi to tam wisi, i tak gacie do prania muszą iść. Ludzie się gotują jak woda w czajniku, kiedy nagle ni stąd, ni zowąd wyłania się on! Srebrny 4-kołowy potwór, BMW. I niczym władca przestworza i ulic pędzi dokładnie jak ta karetka, obsypując ludzi na przystankach... Kolejna dawka tego czarnego, mokrego, brudnego śniegu. Niestety ekipa sprzątająca śnieg z chodnika również od niego dostała. Na nieszczęście kierowcy światło nie było zielone, więc monstrum musiało czekać.  Nie myśląc długo, dwóch rycerzy gotowych oddać życie za innych ruszyło z kopyta do potwora. Jeden bez uzbrojenia, z samymi rękami! W głowie +7 do waleczności i ubijania bestii. Drugiemu zaś artyleria ciążyła w dłoni, długa łopata załadowana po brzegi czarnym i brudnym jak śmierć śniegiem.

Podeszli do bestii. Otworzyli drzwi od kierowcy rzucając "zaklęcia" i wrzucili do środka całą łopatę śniegu, następnie zamknęli i jakby nigdy nic udali się zadowoleni dalej walczyć ze śniegiem, podczas gdy reszta ludzi z przystanku dzielnie klaskała swoim bohaterom. Łepek wyszedł z samochodu, niczym nabuzowany pawian, nie rozumiejąc co się ani dlaczego to się stało, chciał od razu oddać swoim sprawcom, jednak kiedy zobaczył przeważającą ilość samców alfa (6) z  MPGKiM, wszedł przestraszony jak dziecko z powrotem do potwora i odjechał ze skulonym ogonem w siną dal :D

#45Fbn

Dzisiaj w nocy śniło mi się, że jestem w swojej pracy, w restauracji. Goście właśnie bardzo ubrudzili obrus, więc trzeba było go wymienić. Miała przyjść po niego pani Krysia, żeby wziąć go do pralni. A ja, cóż... będąc kulturalnym człowiekiem, postanowiłam poskładać obrus w kostkę i położyć na ziemi. Tak też zrobiłam.

...jakiś czas później przebudziłam się, strasznie zmarznięta.
Okazało się, że śpię bez kołdry, bo ta leży sobie pięknie poskładana w kostkę obok łóżka :)

#smNXx

Ojciec zostawił nas jak miałem 3 lata, matka nigdy nie potrafiła okazać mi uczuć. Najczęściej wnerwiała się na mnie i brata, i po pracy siedziała w książce albo oglądała TV. Kiedy coś zaczynała z nami robić, kończyło się awanturą, wyzywaniem nas i oskarżaniem o całe zło świata. Nie byłem bity, matka nie piła, nie byłem głodny, ale nie nauczyłem się czym jest miłość.

Jestem dorosły, mam własną rodzinę i już dawno nie mam pretensji do rodziców, ale nie potrafię kochać i sprawić, że ktoś kocha mnie. Całe życie szukam miłości, nieraz myliłem ją z zauroczeniem, ale kiedy mijało, znowu czułem się pusty. Teraz wiem, że jeśli ktoś nie zaznał miłości po urodzeniu, zawsze będzie jej szukał, jest zepsuty. Oczywiście wiem co trzeba robić, aby inni myśleli, że się ich kocha, uśmiechy, miłe słowa, przytulanie, prezenty, wyręczanie itd. ale nic nie czuję, więc wszystko co daję jest puste, jest kłamstwem. A bliscy w końcu rozpoznają kłamstwo i wtedy przestają kochać i zostaje tylko prawda bez miłości i starania, by poukładać życie, polepszyć warunki, gdy i tak wszystko nie ma znaczenia.
Dodaj anonimowe wyznanie