Jestem osobą w spektrum autyzmu. Wcześniej napisałabym, że mam zespół Aspergera, ale obecnie zmieniła się nomenklatura.
Tylko mój małżonek o tym wie. Nie mówiłam nikomu, nawet pozostałym członkom rodziny (diagnoza w dorosłości), gdyż świadomość autyzmu jest na żenująco niskim poziomie.
Nie mówię nikomu, bo boję się, że ludzie zaczną mnie postrzegać jako osobę upośledzoną, albo taką, która chce zwrócić na siebie uwagę, albo próbującą na coś zrzucić ujowy charakter. Ludzie mają mnie za dziwaczkę lub po prostu mnie lubią (każdy z innego powodu). Wolę, żeby tak zostało, bo brakuje mi sił na uświadomienie otoczenia. Czuję się z tym źle, bo jestem wysokofunkcjonująca i reprezentuję grupę autystyków, którzy mogą żyć (prawie) normalnie, ale jednak chcę zachować resztkę reputacji.
O tym, że szwagier może zdradzać moją siostrę dowiedziałem się w sumie przypadkiem. Po prostu podsłuchałem niechcący jego rozmowę z kolegą. To była tylko chwila, ale wystarczająca bym zorientował się, że obaj mają zamiar wybrać się na dziwki. Nie dałem po sobie poznać, że dosłyszałem ich słowa, ale postanowiłem uprzedzić o zdradzie siostrę, w końcu to moja rodzona siostra. Poszedłem prosto do niej i wyjawiłem w czym rzecz.
- Co dokładnie słyszałeś? - spytała zaniepokojona.
- Jak twój mąż pytał tego drugiego, czy idą razem na kur*ę.
- Na kur*ę? - powtórzyła siostra ściągając brwi. - Krzysiek nie używa takich wyrazów.
- Powiedział „kierwę” czy coś w tym stylu.
- Aha - skinęła głową a na jej ustach pojawił się uśmieszek. - I co, poszli na tę kierwę?
- Nie wiem - wzruszyłem ramionami. - Chyba tak.
Parę chwil później siostra natknęła się na męża we wnęce z tyłu za garażem. Palił z kolegą papierosa.
- Ty znowu na kierwie? - zapytała z wyrzutem. - Miałeś już nie palić.
- Nie da się rzucić tak z dnia na dzień - odpowiedział lekko zmieszany i chyba trochę zaskoczony moją obecnością za plecami siostry.
Okazało się, że u szwagra „kierwa” oznacza papieros. Że w tym regionie Polski wszyscy tak mówią na papierosy. No i wyszło na to, że po*pierdoliłem własnego szwagra do jego własnej żony, że ten cichcem jara fajki. Masakra.
Mój tata dostał jeden jedyny raz od ojca. Został przyłapany na paleniu. Nie dostał za palenie, a za to gdzie palił.
A palił w stodole pełnej siana....
Opowiem wam moją historię, która w sumie wciąż trwa.
Zaczęło się parę lat temu. Praca, wyprowadzka na swoje. Jako młody mężczyzna byłem wniebowzięty – imprezy, zioło... Żyć nie umierać. Ale z czasem zacząłem się zatracać. Powrót z pracy, zioło, zjeść byle tylko „zapchać kichę”, granie, spanie i znowu praca. I tak w kółko. Zacząłem się izolować od znajomych i rodziny. Widywałem się z nimi tylko z okazji jakichś imprez (urodziny, chrzciny itp.), a i tak wpadałem tylko na chwilę, zawsze miałem jakąś wymówkę, żeby zbyt długo nie siedzieć. Trwało to kilka lat. Kontakt ograniczał się tylko do krótkich rozmów przez telefon lub wiadomości. Aż pewnego dnia stanąłem przed lustrem i zobaczyłem, co się ze mną dzieje. Skóra i kości, zapadnięte policzki, wielkie cienie pod oczami... Sam się przeraziłem. Stwierdziłem, że nie mogę dalej tak żyć.
Zacząłem od pracy – dogadałem się z szefem i od tamtej pory pracuję tylko na nocną zmianę. Jest to dla mnie dobre, bo ograniczyłem palenie zioła. Zacząłem ćwiczyć – w piwnicy zrobiłem sobie siłownię. Gotowanie jest na porządku dziennym. Świeży, ciepły posiłek każdego dnia. Remont mieszkania, zaadoptowałem nawet psa ze schroniska, żeby nie siedzieć w domu samemu i mieć pretekst do wyjścia na zewnątrz.
Od tego czasu minęło półtora roku. Przytyłem 15 kg, zioło zniknęło z mojego życia na dobre, gotowanie stało się moją pasją, a siłownię w piwnicy zamieniłem na profesjonalną siłownię, na której poznałem kilku ciekawych ludzi. Odnowiłem kontakt z rodziną. Jestem częstym gościem, coraz lepiej się z nimi dogaduję. Ze znajomymi jest niestety gorzej – trochę czasu minęło, ale staram się odnowić kontakt. W międzyczasie poznałem dziewczynę. I chociaż nam nie wyszło i nie skończyło się to zbyt dobrze, to nie złamałem się, chociaż było ciężko i mało brakowało, a wróciłbym do starych nawyków.
Czasem czuję się samotny i za ten stan mogę winić tylko siebie, utraconego czasu nikt mi nie zwróci. Wierzę, że wszystko się ułoży.
Tak jak pisałem na początku – moja historia wciąż trwa, wciąż się pisze. I choć mam wzloty i upadki, nie poddaję się. Wy też się nie poddawajcie.
Jak byłem mały, to z kolegami z bloku mieliśmy wiele głupich i niebezpiecznych zabaw, ale jedna była dość nieszkodliwa (dla nas) i całkiem pomysłowa.
Do tej zabawy potrzebowaliśmy klatki schodowej w bloku i dwóch mieszkań naprzeciwko siebie. Był jeszcze jeden warunek: aby drzwi tych mieszkań otwierały się do środka. Przywiązywaliśmy linkę do klamek drzwi i dzwoniliśmy jednocześnie do obu mieszkań. Fajnie było patrzeć, jak sąsiad sąsiadowi zamykał drzwi przed nosem :)
Pamiętacie te czasy, gdy zawsze jeździliście gdzieś ze swoim rodzeństwem i rodzicami? Lekarz rodzinny, zdjęcia rtg i wszelakiego rodzaju inne dolegliwości były diagnozowane wspólnie (jeden wchodzi, reszta familii czeka, żeby wylazł i jechał razem z Wami do domu).
Miałam około 7 lat, u siostry problem z zębami, generalnie nic poważnego, krzywe kły i diagnoza noszenia niestałego aparatu. Czekam grzecznie z mamą w korytarzu (pech chciał, że tego dnia w szkole były klasowe zdjęcia – wiadomo, najlepsze ciuchy, stylizowana przez mamę fryzura, wysmarowana lekkim pudrem japa, coby się nie świecić). Wychodzi siostra, my szczęśliwe, że po NFZ-owskiej wizycie w końcu do domu, a za nią pani doktor, z krzykiem na ustach „Szukamy krzywego uzębienia!”. Biega doktorka, każdemu w poczekalni zaglądając w uzębienie „Nie ta! Nie ten! Kolejny!”. Podbiega do mnie, krzyczy „dziecko się uśmiechnie”, ja jako jeszcze wtedy grzeczna dziewczynka uśmiecham ryja, wystawiam swoje piękne uzębienie, a doktorowa drze ryja: „Panie reżyserze, mamy! Idealna! Zgryz nieprawidłowy i ładnie ubrana!”. Mama patrzy na mnie, ja na nią – konsternacja. Doktorka podbiega do mamy i z uśmiechem na twarzy pyta: „Pozwoli pani porwać córkę do materiału naukowego?”.
Mama przeszczęśliwa, dziecko w projekcie, hohoho sława, pieniądze xd, wyraziła zgodę. Doktorowa ciągnie mnie do gabinetu mówiąc: „Będziesz w telewizji w artykule o krzywym uzębieniu w dzisiejszych czasach wśród dzieci”. Nie ukrywam, zrozumiałam tylko słowa o TV. Sława... Poznam Just5 i Timberlake'a! Idę w to!
Tak oto stałam się gwiazdą Teleexpressu z 2000 r. z materiału o krzywym uzębieniu, którego nikt nigdy nie stwierdził...
Zastanawialiście się kiedyś nad najgłupszym sposobem zepsucia telefonu?
Wydaje mi się, że odkryłam jeden z nich.
Ja, lat 28, więc nie taka stara, 4 lata po ślubie. Mój mąż to cudowny człowiek, ale od jakiegoś czasu nie układa nam się w łóżku. Praca, stres, pięcie się po szczeblach kariery, wieczne zmęczenie, problemy rodzinne, no i mamy skutek – seks stał się wyczekiwaną rzadkością. Nie mam do nikogo pretensji, taki etap w życiu, ale radzić sobie jakoś trzeba. Własna ręka przestała wystarczać, ile można, frustracja osiąga poziom krytyczny. Męża zdradzać nie chcę i nie zdradzę. Wibrator – mogę zapomnieć, bardzo przeszkadzałoby to mojemu facetowi.
No i wpadłam na genialny pomysł. Przecież komórka ma wibrację! Nie wiem jak mogłam wpaść na tak głupi pomysł. Po udanej zabawie komórka zaczęła świrować, wyłączała się, wieszała, aż całkiem padła...
Cóż – zalałam telefon.
Bardzo dziwi mnie pewna rzecz – namawiają cię na rodzenie dzieci za wszelką cenę. Nieważne, że z partnerem nie macie stałej pracy, mieszkania ani dobrego zaplecza finansowego. Zawsze się jakoś wszystko ułoży, a dziecko potrzebuje tylko waszej miłości. Dziecko to najlepsze, co może was spotkać.
Jeśli powiecie, że chcecie adoptować psa, ludzie łapią się za głowy i odradzają wam to, bo przecież nie macie ogrodu, z psem trzeba wychodzić na spacer przynajmniej dwa razy dziennie, w mieszkaniu będzie się męczył itd.
Uważacie, że z psem sobie nie poradzę, a namawiacie na urodzenie dziecka...
Siedzę sobie na dworcu PKS i widzę ich. Rodzice z dwójką małych dzieci, chłopcem i dziewczynką. Ojciec w mundurze wojskowym. Chłopiec idzie za rękę z nim, a dziewczynka idzie za mamą. Nagle zobaczyła patyk. Chciała się nim pobawić, krzyknęła ze śmiechem „Patrzcie!”. Ojciec drze się do niej „Liczę do trzech i masz to rzucić. Raz... dwa... trzy”. To, co zobaczyłam, przeszło moje oczekiwania. Puścił chłopca, który nie spodziewał się tego i upadł z płaczem, i podbiegł do dziewczynki, wyrzucając jej patyk i fundując jej paręnaście mega klapsów przy okazji.
Myślicie że to koniec? Nie. Chłopiec również dostał, bo „prawdziwy facet nie beczy”. A co na to matka? Nic, stała obok.
Ludzie popadają w paranoję – jak nie bezstresowe wychowanie „na ciapę”, to wpi***ol za byle co...
Jajka niespodzianki zawsze miały w sobie jakieś zabawki wypuszczane seriami: świstaki na sankach, hipopotamy itp. figurki. W opisywanym tu czasie, gdy miałam jakieś 5 lat, był sezon na gumki w kształcie zwierzątek – można je było wsadzić na ołówek dzięki specjalnemu otworowi w spodzie zwierzaka. Posiadałam wtedy kilka z tych gumek, w tym szczególnie lubianego niebieskiego misia. Biedny misiek był gryziony, rzucany, topiony, aż pewnego dnia został wciągnięty – w moją zatokę... Co miałam w głowie sprawdzając jak daleko mogę go włożyć, żeby dało się go wyciągnąć – tego nie wiem. W pewnym momencie się zagapiłam i ślup... miśka nie ma. Przerażona nic rodzicom nie powiedziałam... Jednak jest i happy end – kilka dni później brat rozbawił mnie tak bardzo, że wręcz zanosiłam się śmiechem. W pewnym momencie zakręciło mnie w nosie i kichnęłam. Raz. Wyglądało jakbym wykichała pół mózgu, a w środku tego mój niebieski misiek! Brat nigdy się nie dowiedział, co to takiego urodziłam nosem. A ja do dzisiaj nie wiem:
1. Jak coś tak dużego weszło do nosa kilkuletniego dziecka?
2. Czy wtedy przypadkiem nie wyczerpałam swojego życiowego limitu szczęścia, bo rozumu nie było w tym ani grama...
PS Jako jedyna w rodzinie nie mam problemów z zatkanymi zatokami ;)
Dodaj anonimowe wyznanie