Uwielbiam szum farelki.
Gdy miałem kilka lat i nocowałem u dziadków podczas ferii zimowych, miałem zwyczaj schodzenia do kuchni w środku nocy i włączania starej, radzieckiej farelki - za oknem prószył śnieg lub padał deszcz, obijając się o metalowy parapet, a ja po prostu siedziałem na wprost niej na podłodze opatulony kocem i gapiłem się w nią, namiętnie doglądałem, jak żarniki robią się coraz bardziej czerwone. Szum wiatraczka wprowadzał mnie w błogostan. Jedyną żywą duszą w kuchni, poza mną, był stary kocur mojej babci. Wydawał się czekać na mnie co noc, bo praktyczne nigdy nie spał, siadał mi na kolanach i dopiero wtedy zasypiał, cicho pomrukując. I tak oto razem grzaliśmy się ciepłym powietrzem farelki. W ten sposób spędzałem niemal każde zimowe i jesienne wieczory u babci. Zdarzało się, że delikatnie przysypiałem, oddając się tej rozkoszy.
Dziś, po parudziesięciu latach, często wracam wspomnieniami do tamtych chwil, nawet teraz siedzę we własnej kuchni z włączoną nowoczesną elektryczną farelką, której ciepły strumień powietrza ogrzewa moje ciało i piszę to wyznanie, czując w sobie namiastkę małego chłopca owiniętego w koc, z kotem na kolanach.
Mam takiego kolegę od czasów gimnazjum. Praktycznie jak bracia, ta sama szkoła średnia, studia, przez pewien czas pracowaliśmy razem.
W technikum wpadliśmy na pomysł, że jak skończymy studia, pójdziemy do jakiejś totalnie niepasującej do nas szkoły i ją skończymy.
Kolega odebrał dyplom w czerwcu, ale był na tyle dżentelmenem, że zaczekał aż ja się obronię, czyli do października, żebyśmy razem mogli zacząć.
Od lutego idziemy do szkoły policealnej. On na technika kosmetologii z elementami wellness i spa, ja na technika masażystę z elementami fizjoterapii.
Obiecaliśmy sobie, że skończymy! :D
Jestem normalną, zdrową nastolatką. Moje BMI wygląda idealnie. Nie zawsze jednak tak było. Kiedyś miałam anoreksję, o której nikt nie miał pojęcia. Nikt z najbliższych, bo wszyscy inni coś zauważali, ale głośno o tym nie mówili, nie chcąc się wtrącać.
Jednak jakoś z tego wyszłam, przytyłam paręnaście kilo i już jest dobrze. Dobrze, dopóki ktoś mi czegoś nie powie.
I dzisiaj nastał ten dzień. Rodzina zaczęła na mnie naskakiwać, że moja forma spędzania aktywnie czasu jest nic nie warta, że jak ja mogę coś czasem podjeść między wyznaczonymi godzinami jedzenia. Podjadam raz na jakiś czas, ale to nie ma dla nich znaczenia.
Nawet nie wiedzą, że wpędzili mnie w dół i nie jadłam nic już do końca dnia. Bojąc się, że znów będą mówić.
Nie chcę, żeby anoreksja powróciła i będę o to walczyć. Jednak co jeśli przegram?
Wiem, że nie lubicie morałów, więc takiego nie będzie. Dodam tylko, że około rok temu matka oglądała program o anoreksji w telewizji, spojrzała na dziewczynę o dokładnie moim wzroście i wadze podczas choroby i zapytała "Jak jej mama mogła nie zauważyć?".
No właśnie mamo, jak?
Nigdy dla nikogo nie byłam najważniejsza. Od dziecka nie czułam się ani kochana, ani ważna. I nie byłam również dla żadnego z moich partnerów, byłego męża, ani nawet tego jedynego, który miał być tą brakującą połówką i twierdził, że jestem miłością jego życia i że zrobi wszystko, żeby mnie uszczęśliwić. A nie był w stanie zrobić dla mnie niczego, co dałoby mi poczucie bezpieczeństwa i pewności. Każda moja prośba o zrozumienie moich uczuć kończyła się awanturą, ignorowaniem i bagatelizowaniem moich emocji. Nawet relacje z byłą, z którą ma syna, są dla niego istotniejsze niż relacje ze mną. Mi potrafi powiedzieć, że nie ma czasu, po czym jedzie do niej. Ja go od miesiąca o coś proszę, a on codziennie o tym zapomina. Ona go poprosi raz i wystarczy. Umówili się, że finansują sprawy dziecka po połowie i oczywiście ja to akceptuję. Jest jednak coś, co mnie boli... Jestem z nim w ciąży i ani razu nie wsparł mnie nawet złotówką, jeśli chodzi o wizyty u lekarza. Nawet nie zapytał, czy nie trzeba.
Dlaczego mój ukochany mężczyzna zachowuje się, jakbym nie była warta niczego? Ani żeby się starać, ani żeby od siebie dawać, ani żeby walczyć o mnie, gdy ja robiłam wszystko, żeby go uszczęśliwić. Jakbym mogła, nieba bym uchyliła jemu i jego synkowi.
Strasznie mnie to wszystko rozwaliło. Na co dzień jestem dosyć silną osobą, ale dzisiaj coś we mnie pękło. Nie mogę się pozbierać. Wyprowadziłam się, zresztą nie pierwszy raz, i czuję, że on znowu nic z tym nie zrobi. Że nie spróbuje nawet o mnie zawalczyć, bo uważa, że nic złego nie robi.
Mam 27 lat. Cały czas pracuję, nie jestem wybitnie uzdolniony, nie jestem typem przedsiębiorcy.
Lubię pracować, na początku życia na własny rachunek pracowałem 8 godzin dziennie. Zauważyłem, że nie wystarczy to na wszystkie opłaty i by coś odłożyć. Zacząłem pracować 9 godzin dziennie. Potem 10 i już więcej nie mogłem... Więc zacząłem dorywczą pracę. Pracowałem po 12 godzin dziennie. Zmieniłem główną pracę, zostałem przy tej dorywczej też, wciąż pracowałem po 12 godzin. I nadal nie stać mnie było na życie na jakimś normalnym poziomie...
Do tego doszła pandemia, śmierć bliskiej osoby, zamknięcie i izolacja. A na to wszystko jeszcze kraj, który tak bardzo kochałem i na który tak bardzo liczyłem, że będzie piękny i będzie się rozwijał, zaczął się zwyczajnie stawać na nowo koszmarnym PRL-em.
Wyjechałem. Pracuję 8 godzin i... jest normalnie.
Tylko czemu na obczyźnie?
Polowa lat 90. Ja, uczeń podstawówki, wracałem po szkole do domu. Przez cały dzień myślałem o kasecie VHS, na którą nagrałem kawałek filmu porno z kablówki, z jakiejś niemieckiej stacji ZDF czy Kabel1. Oczywiście chciałem to oglądać w wiadomym celu. Rodziców nie ma w domu, siostra miała na 10 do szkoły, więc spokojnie mam z 1,5 godziny. Drzwi bez "naciskanej klamki" na zewnątrz, szybko otworzyłem, plecak w kąt. Kaseta do video i jadę.
Po dwóch minutach otwierają się drzwi od balkonu i wchodzi ojciec, który tam palił. Przełazi koło mnie i rzuca "Nie tak mocno, bo sobie urwiesz".
Kurtyna.
Do dziś nie wiem, dlaczego był wtedy w domu. Nigdy więcej o tym nie gadaliśmy.
Od niedawna mam swój pierwszy samochód, w którym ostatnio zepsuł się jeden kierunkowskaz. Brat powiedział, że kupi na drugi dzień i mi wymieni, no to nie zawracałam sobie tym głowy. Jednak gdy minął tydzień, postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce.
Pojechałam na stację paliw. Widzę całkiem przystojnego pana sprzedawcę i mówię do niego, że potrzebuję żarówkę do kierunkowskazu. Pada pytanie "Jaką?", na co ja po chwili zastanowienia błyskotliwie odpowiadam "Nooooo żółtą...". Przystojny pan aż poczerwieniał i parsknął śmiechem, ja po chwili też.
Na szczęście był też miły, zobaczył jaki gwint, dobrał. Nawet wymienił na miejscu ;)
Sytuacja sprzed lat, kiedy jako świeżo upieczony magister inżynier zacząłem pracę w technikum dwa miasta dalej. Jako że byłem dopiero co po studiach, to nie ukrywajmy, że całkiem dorosły jeszcze nie byłem i z pewnością nie wyglądałem na swój wiek. Pierwszego dnia mojej kariery pedagogicznej nie zapomnę nigdy.
Na starcie, zestresowany jak karp przed świętami, wchodzę do pokoju nauczycielskiego, gdzie nie zdążyłem powiedzieć ''dzień dobry'', a nauczycielka WF-u zaczęła się na mnie wydzierać, z jakiej racji pozwalam sobie tu wchodzić, pokój nauczycielski nie jest dla uczniów, proszę wyjść. Moja twarz przybrała koloru krwistej czerwieni i lekko drżącym głosem musiałem się tłumaczyć. No cóż, zdarza się. Można to nawet uznać za komplement. Lecz nie w następnym wypadku.
Pierwsze zajęcia tego dnia miałem w sali na 1 piętrze. Idąc w stronę drzwi, zauważyłem że pod tą salą stoi 3 uczniów. Spojrzałem na nich, oni na mnie, aż jeden z nich do mnie:
- Na ch*j się patrzysz? Coś nie pasuje?
Szczerze mówiąc, wyglądał starzej ode mnie. Mimo że nie powinienem, bo w końcu nauczyciel, to jednak niedojrzałość wzięła górę i odparłem:
- A co, kur*a, nie mogę?
Po czym pospiesznie otworzyłem salę i dodałem:
- Zapraszam do środka, jestem nauczycielem mechaniki budowli.
Wyraz twarzy tego chłopaka był nie do opisania. Przez całą lekcję siedział cicho, a potem wyjaśniliśmy sobie, że przez takie odzywki do mnie może mieć problemy i odwrotnie - więc sprawa poszła w zapomnienie.
Co prawda nie uczyłem tam długo, ale chłopaka pamiętam do dziś, on mnie zapewne też :)
Jeśli uważacie, że jesteście mało asertywni, to spróbujcie to przebić.
Dzisiaj wychodząc z supermarketu zostałem zaczepiony przez pijaczka z prośbą o 1 zł na piwo. Ja od tego nie zbiednieję, a on przynajmniej powiedział wprost o co chodzi, a nie oszukiwał, że zbiera na jedzenie, więc się zgodziłem. Okazało się, że wziąłem tylko kartę, ale już obiecałem i widział, że szukam pieniędzy, więc głupio było odmówić.
Obiecałem mu, że jak poczeka, to zaraz przyniosę z domu 2 zł.
Tak, zamiast po prostu zostać w domu, wróciłem się w tamto miejsce z obiecanym hajsem.
Przynajmniej pijaczek życzył mi miłego dnia i obiecał wypić moje zdrowie.
Beztalencia mogą zdarzyć się w każdej dziedzinie, ale największy problem jest z nimi w teatrze.
Dyrektor teatru miał u jednego kolegi dług wdzięczności, więc zgodził się przyjąć do zespołu młodego, obiecującego aktora. Młodzian ów rzeczywiście był "obiecujący" - w serialu, gdzie przed kamerą można zrobić klika dubli, poszło mu jako tako, ale na żywo w teatrze każde jego wejście na scenę groziło położeniem przedstawienia. Dostawał coraz mniejsze epizody, ale nawet w roli niemej wypadł mało przekonująco, a w dodatku działał na nerwy aktorowi grającemu główną rolę. Ale słowo się rzekło - jak ma zagrać w każdym spektaklu, to zagra!
Następna w planie była komedia kryminalna typu "kto zabił". Reżyser wpadł na genialny pomysł – żeby Młody grał zwłoki.
Na premierze Młody zagrał zwłoki... i głośno pierdnął.
Dodaj anonimowe wyznanie