#LUx8J
Chodziłam do tej szkoły na początku lat 90. Był w niej nauczyciel tańca klasycznego, Pan X. Wśród uczniów mojej szkoły miał bardzo charakterystyczne przezwisko, którego nie zdradzę. Pan X uwielbiał rzucać w nas przedmiotami, kiedy coś mu się nie spodobało. Sama nieraz oberwałam dziennikiem w głowę, ponieważ byłam jedną z jego ulubienic. Musicie wiedzieć coś o nauczycielach klasyki - bardzo charakterystyczne dla nich jest to, że najbardziej znęcają się nad tymi, w których widzą potencjał. Ja miałam świetne warunki fizyczne do baletu, więc moja poprzeczka była wyżej niż poprzeczka większości koleżanek. Mimo że byłam tak samo szczupła, jak każdy w naszej klasie, ciągle słyszałam, że powinnam schudnąć.
Najgorsza sytuacja miała miejsce, gdy miałam około 12 lat. Do dziś to wspomnienie żyje w mojej pamięci. W tym wieku zaczęłam bardzo intensywnie dojrzewać i się zaokrąglać, co nie jest nigdy mile widziane w tym zawodzie. To była pierwsza lekcja klasyki po przerwie świątecznej. Co miesiąc mieliśmy publiczne ważenie na początku klasyki i akurat niefortunnie wypadło na lekcję zaraz po przerwie świątecznej. Pan X spojrzał na mnie z niesmakiem:
- Ania nażarła się w święta. Może nam się pochwali, co dobrego jadła? Wszyscy ciężko pracują i decydują się na wyrzeczenia, to chociaż sobie posłuchają.
Byłam przestraszona i nie wiedziałam, co powiedzieć, więc milczałam.
- Powiesz nam sama, ile przytyłaś od ostatniego ważenia, czy chcesz się przed wszystkimi skompromitować?
- 5 kilo - rzuciłam jakąkolwiek odpowiedź w nadziei, że ważenie mnie ominie.
- Nie wierzę ci. Stawaj - rzucił i stuknął wskaźnikiem w wagę na środku sali.
Stanęłam na wadze, a ta pokazała 40 kilo.
- No i co? Oszukałaś mnie. Zejdź z wagi i stań tyłem do klasy.
Zrobiłam to, co kazał mi Pan X, a wtedy usłyszałam:
- Będzie tyle, ile przytyłaś, a drugie tyle za kłamstwo - i zanim przetworzyłam to, co zostało powiedziane, poczułam uderzenie na pupie. Pan X zaczął mnie bić wskaźnikiem. Ponieważ miałam na sobie tylko leotart i krótką, wiązaną spódniczkę - uderzenia były bardzo bolesne, a niektóre trafiły na moje gołe uda. Ale ze względu na swoją dumę zagryzłam zęby i tylko bezgłośnie płakałam.
Zapytacie, co na to rodzice? Powiedzieli, że nauczyciele tańca zawsze byli surowi i przynajmniej nabiorę dyscypliny. Ślady po uderzeniach skwitowali „nie przesadzaj”.
Ukończyłam tę szkołę z dyplomem zawodowej tancerki, a o tańcu nie chcę słyszeć.
Co za dziad, współczuję. I współczuję całej atmosfery w szkole, niestety to jest dość powszechne w zawodach artystycznych. Czasem się zastanawiam, czy warto ponosić taką cenę, chociaż na ogół artyści czują się spełnieni i twierdzą, że pomimo ciężkiej nauki i pracy nie chcieli by się zamienić na nic innego.
Balet to najgorsze, co może być dla tancerzy
Psychol. Rozumiem dyscyplinę, ale to gruba przesada.
Szczerze nie rozumiem poruszenia? W latach 90 kary fizyczne były powszechne, a od baletnic do dziś wymaga się szczupłej sylwetki. Skoro tak wtedy karano, to logiczne, że dziewczyna dostała w skórę?
Lata 90... teraz nie do pomyślenia, a kiedyś to było 'normalne', choć chyba lepiej użyć słowa powszechne.
Niestety nadal w szkołach baletowych jest przemoc i mobbing. Chociaż coraz częściej się o tym mówi
Możesz się pocieszyć myślą, że większość tancerzy klasycznych to niestety ale stare "części od roweru, którymi się kręci stopami aby rower się przemieszczał". Który facet, z tych co się ostali jeszcze "normalni" - taki statystyczny męski z charakteru - chciałby fikać nóżkami przy lustrze w getrach gdzie widać mu wszystko i do tego w makijażu na scenie).
Koledze w podstawówce nauczycielka podarła zeszyt od matmy (wychowawca klasy przy okazji) bo miała zły dzień najwidoczniej, z kolei do mnie jedna biologiczka, w szk. śr. powiedziała, że mi "nogi z D. powyrywa" (mówiła bez cenzury), za to że przechodzę po dzwonku do innej klasy przechodniej. Na szczęście linijką po rękach nie bili, to już nie te czasy.
Rodzice robią błędy wychowawcze i to co im w życiu nie wyszło przerzucają na dzieci, ktoś chciał być - stary, czy stara - łyżwiarzem - nie wyszło, no to synek i córka będą śmigać na lodzie lub chociaż wejdą w skład drużyny hokeja na lodzie. Dziecko nie lubi pływać, to nie szkodzi, nieudacznicy pływacy rodzice, tak przeszkolą dziecko, poślą na kursy, szkolenia od przedszkola już, pod okiem komandosa byłego - że będzie po wodzie chodziło jak syn boży przed wiekami...