Gdy miałam ok. 5-6 lat, znalazłam ślicznego, tłustego ślimaka w skorupce. Zaniosłam go do domu na rękach i zrobiłam mu domek w słoiku. Uważałam go za kochanego pupilka i nazwałam Janusz.
Pewnego razu jadłam chipsy i stwierdziłam, że mój Janusz też chce zjeść. Nie wiedziałam, że ślimak przy zetknięciu ze słonym chipsem zacznie się rozpuszczać...
Przerażona wbiłam w rozpuszczającego się Janusza termometr i stwierdziłam, że ma gorączkę. Pobiegłam ze ślimaczkiem w słoiku do mamy, wołając, że z moim pupilkiem trzeba na OIOM, ale wytłumaczyła mi, że nic mu już nie pomoże...
Widok rozpływającego się Janusza mam przed oczami do dziś, a każde wspomnienie przyprawia o wyrzuty sumienia :/
Gdy byłam mała, ojciec mnie bił. Nie tylko mnie, mamę i brata również. Nie było nigdy jakiegoś szczególnego powodu. Czasem leżałam na łóżku i znienacka wbiegał i dostawałam pasem za choćby to, że mój młodszy brat coś nabrudził i nie jest posprzątane, za to, że na łóżku, na którym leżę, koc jest nieposkładany lub czasem nawet nie wiadomo za co. Często również za to, że zachowywaliśmy się z bratem „zbyt głośno” – po prostu śmialiśmy się lub wygłupialiśmy, jak rodzeństwo. Ale kiedy widział nas uśmiechniętych, dostawał szału. Bił, nie patrząc gdzie celuje. Mogło być po twarzy, brzuchu, potrafił mnie popchnąć tak, że uderzałam o coś. Czasem wydawało mi się, że lubi patrzeć, jak cierpimy.
Gdy byłam coraz starsza, bałam się coraz mniej. Gdy chciał mnie uderzyć, sama „nadstawiałam policzek”, uprzedzając, że od razu dzwonię na policję. Mimo że byłam mała, wiedziałam, że ma wyrok w zawieszeniu za pobicie. Z czasem przestał.
Nienawidzę go za to wszystko. Mamy również. Widziała wszystko i pozwalała lać mu siebie i nas. Teraz jest dumna, że przetrwała to wszystko. Dla mnie to żałosne. Dać traktować jak jakiegoś śmiecia siebie i dzieci tylko po to, aby nie zniszczyć rodziny. Bo co ludzie powiedzą. Czekam tylko jeszcze rok, aby skończyć szkołę i nigdy więcej go nie zobaczyć.
Wczoraj były moje urodziny, ze względów zawodowych nie widziałam się z mężem od tygodnia. Dziś do mnie zadzwonił na małą pogawędkę. Życzeń mi jednak nie złożył. Niby nic wielkiego, ale jakoś tak kłuje w sercu, że po 15 latach razem druga osoba nie pamięta o takim drobiazgu.
Mam ponad 20 lat, skończone technikum samochodowe. Znam się prawie na wszystkim. Pracuję jako operator koparki – może nie praca marzeń, ale dobrze płatna. Po pracy naprawiam samochody lub pomagam w gospodarstwie. Soboty spędzam zawsze z dwoma kolegami, bo ile można pracować od 6 rano do 22 wieczorem? Nie mam życia prywatnego. Czemu mam tylko dwóch kolegów? Bo się jąkam od urodzenia i ludzie są do tego uprzedzeni. Taka mała rzecz niszczy moje życie. Każda dziewczyna, którą poznam, chce się tylko przyjaźnić. Czemu? Jestem podobno przystojny, potrafię zadbać o kogoś, na kim mi zależy, wszystko jest dobrze, póki nie odezwę. Gdy widzę, jak niektórzy mnie unikają, robi mi się przykro, czuję się samotny i uciekam w pracę, żeby o tym nie myśleć. Czy jest na to lekarstwo? Tak. Gdy mi na kimś zależy, zakochuję się, czuję się bezpieczny i jest dużo lepiej, jąkanie ustępuje, ale nasila się pod wpływem stresu. Czemu o tym piszę? Bo mam teraz dwa wesela i nie mam z kim iść. Moje koleżanki chętnie pójdą na wesele z obcą osobą, ale nie z jąkałą. Wszyscy mi zazdroszczą tego do czego doszedłem pracą, a ja zazdroszczę innym, że mają dla kogo wrócić do domu, bo czasem sobie myślę, że mogę zasnąć i się nie obudzić i nikt by nie zauważył braku mojej osoby.
Mieszkam w mieście. Pewnego dnia znalazłam rasowego psa bez właściciela. Olałam pieska i poszłam na zakupy, a po dwóch godzinach on nadal sobie biegał w okolicy mojego bloku. Popytałam przechodniów, ale nikt nic nie wiedział. Umówiłam się z dyrektorką prywatnego schroniska, bo już zamykali, że zaczekają na mnie i odstawiłam do nich psa. Nie miał czipa, na obroży nieaktualny nr telefonu, więc co innego tu zrobić?
Okazało się, że pies był sąsiadów. Wypuszczali go z bloku samopas i nikt go nie pilnował. Za odbiór psa ze schroniska musieli zapłacić.
Mają za swoje. Nieodpowiedzialne dupki.
Poranek – szybka kawa, lekki makijaż, mały kac, niewyspanie po imprezie i do pracy na ósmą. Mieszkam spory kawałek od pracy, więc niestety muszę jeździć wcześnie rano autobusem o 6.35, aby być na czas. W moim budynku znajduje się winda, na szczęście. Mam mieszkanie na szóstym piętrze, więc oczywiste jest, że codziennie korzystam z windy. Jak to zwykle bywa, o 6.15 wchodzę do windy. Niestety, okropny ból brzucha i wiem, co nadchodzi po kawie z mlekiem i alkoholem zmieszanym wczorajszej nocy... kacowa sraka. Myślę – dam radę, nie mogę wrócić do domu, bo się spóźnię, przetrzymam. Zwykle nikt nie wchodzi o tej porze do windy, czasami starszy pan z psem z czwartego piętra. Mijając to piętro, puściłam głośno wiatr, aby trochę sobie ulżyć i zadowolona jadę dalej. Smród był okropny. Nagle winda zatrzymuje się na drugim piętrze i wchodzą dwaj mężczyźni – chyba goście od sąsiada, po świętowaniu urodzin. Tej ciszy nie zapomnę do końca życia... Sprawdzając nerwowo telefon, zobaczyłam, jak zakrywali nos i coś szeptali między sobą, śmiali się.
Wracając z pracy, rozglądałam się, czy nie spotkam przypadkiem tamtych dwóch mężczyzn. Wchodzę do windy... i zaniemówiłam Wiecie dlaczego? Na szybie widniał napis: „TAKA ŁADNA, A TAK SIĘ ZESRAŁA”.
W związku z rozwojem mojego hobby, jakim jest szycie, podarowałam koleżance wykonany przez siebie komplet pościeli dla jej córeczki. Specjalnie użyłam naturalnych materiałów, prałam w płynach dla bobasów, pytałam o rozmiar łóżeczka, kolory, wzory i wszystko, na co chciałaby mieć wpływ. Starałam się bardzo i byłam z siebie bardzo dumna.
Sprzedała go na Olx-ie...
Nigdy niczego się nie bałam. Zawsze byłam odważna, nie bałam się bólu, nie bałam się adrenaliny, nie bałam się być sama, nie bałam się nienawidzić, nie bałam się być bezczelną, nie bałam się mówić tego, co myślę, nie bałam się ryzyka, nie bałam się śmierci, nie bałam się życzyć innym źle. Bawiłam się, piłam i lubiłam sobie zapalić.
Miesiąc temu usłyszałam od lekarza, że moja mama ma przerzuty raka do głowy, chociaż nie mieliśmy pojęcia, że w ogóle on jest w jej ciele.
Mój świat się zatrzymał. Pierwszy raz w życiu boję się. Boję się każdego kolejnego dnia, każdego nieodebranego od mamy telefonu, każdego jej zawrotu głowy, każdego jej ruchu, bo może upaść, każdego pożegnania z nią wieczorem, bo mam w głowie, że może być ono tym ostatnim.
Od miesiąca boję się żyć. Boję się otwierać rano oczy, boję się, że nie zdążę czegoś zrobić czy powiedzieć.
Boję się, że kończy mi się czas, w którym mam ją obok siebie.
Mam dość specyficzną umiejętność, potrafię rzygać na zawołanie, bez wkładania palców ani niczego takiego. Gdy byłem w podstawówce i nie nauczyłem się na sprawdzian... zwymiotowałem na niego. Później, gdy podeszła do mnie pani, zwymiotowałem i na nią. Kolega odprowadził mnie do toalety, obrzygałem po drodze korytarz dwukrotnie. Jako iż skończył mi się materiał na dalsze wymioty, postanowiłem udawać, że płuczę sobie usta, podczas gdy naprawdę uzupełniłem zapasy wody. Gdy przyjechała po mnie mama, poszliśmy razem do pani, przeprosiłem ją, mama zaproponowała odkupienie jej ubrań, nie chciała się zgodzić. Rzygnąłem jej więc jeszcze na buty (całe szczęście samą wodą) i odeszliśmy.
Po tym wydarzeniu spędziłem tydzień w szpitalu i zostałem przepisany do innej szkoły. Mama do dziś nie wie, że nic mi nie było i tylko udawałem.
Dziś zdałam sobie sprawę, że jestem bardzo samotna.
– Pół roku temu uśmiechnął się do mnie chłopak, który mi się podobał, a ja przeżywałam to chyba z miesiąc.
– Kilka dni temu kolega spytał, czy nie jest mi zimno, a ja poczułam taką radość „Martwi się o mnie!”.
– Kiedyś koleżanka, pisząc luźną wiadomość, nazwała mnie „słońcem”, a potem „Mycha”, od tamtej pory to moje ukochane słowa.
To tylko kilka przykładów.
Sprawdza się mój ulubiony cytat: „Samotny człowiek przywiązuje się do każdego ciepłego słowa, które usłyszy”.
Dodaj anonimowe wyznanie