Mieszkam na przedmieściach dużego miasta. Rok temu po wielkiej wichurze zostały uszkodzone linie elektryczne i nie było prądu w całej okolicy. Gdy szedłem na przystanek autobusowy, wszędzie widziałem ludzi. Przed każdym domem minimum 1-2 osoby, ludzie rozmawiali ze sobą przez płoty, dzieci biegały z piłką po ulicy, ktoś rozpalał grilla.
Następnego dnia, gdy prąd wrócił, idąc na przystanek nie widziałem ani jednej osoby.
Chciałbym, żeby częściej były takie awarie. Może ludzie by sobie przypomnieli, że życie to nie tylko telewizory i komputery.
Jakiś tydzień temu wybrałam się na badania z 3-miesięcznym synkiem. Wysiadanie z auta i wypakowanie wózka chwilę mi zajmuje, więc jestem idealnym obiektem do zaczepienia o jakieś pieniądze.
Zaparkowałam koło Domu Katolika i Katedry w naszym mieście. Podchodzi do mnie starsza pani – obraz nędzy i rozpaczy. Zgarbiona, cała się trzęsła i ledwo mówiąc, poprosiła mnie o jakąś złotówkę „na bułkę”. Było mi naprawdę jej żal, ale nie miałam ani grosza w portfelu – nie lubię nosić gotówki. Z wyrzutami sumienia powiedziałam, że bardzo mi przykro, ale nie mam ze sobą pieniędzy. Starsza pani spojrzała na mnie, walnęła „a to spier****, ty głupia ku***”, wyprostowała się i dziarskim krokiem ruszyła w stronę innego samochodu, który niedaleko parkował.
Dawno mnie tak nie zamurowało.
Mój brat we wrześniu zeszłego roku brał ślub, a ja przez to prawie się znienawidziłam.
Gdy brat z narzeczoną przyszli z zaproszeniem, bardzo się ucieszyłam. Ale zauważyłam, że brat dawał „subtelne” znaki Agacie, a sam szybko poszedł. Agata powiedziała, że mój brat Arek nie wiedział jak mi to powiedzieć, więc ona, jak to kobieta do kobiety, wszystko mi wyjaśni. I wyjaśniła. Mam nadwagę i oni nie chcieli, abym zaburzyła im zdjęcia ślubne. Dodatkowo zaprosili współpracowników i szefa Arka i nie chcieli, bym przyniosła im wstyd. Miałam pół roku do ślubu, by zrzucić wagę i wtedy mogłam przyjść, inaczej nie chcą mnie na ślubie.
Zaczęłam intensywną dietę plus ćwiczenia trzy razy na siłowni. Rodzice ani nikt nie wiedział o ultimatum brata i chwalili mnie, że w końcu wzięłam się za siebie. A ja znienawidziłam swoje ciało. Płakałam dużo i w sierpniu powiedziałam dość. Nadal chodzę do siłowni, ale dietę rozszerzyłam i czasem pozwalam sobie na coś słodkiego.
Spełniłam warunek Arka i Agaty, ale na ślub i tak nie poszłam. A może moja sukienka zaburzyłaby im kolorystykę zdjęć? Po co ryzykować...
Dzisiaj podsłuchałem rozmowę mojej mamy, która rozmawiała przez telefon, mówiła:
„Noo, Grażynko. Nie bardzo mam czas rozmawiać, zadzwonię, jak będę w pracy”.
Fajna praca...
Poszłam do sklepu po sól, bochenek chleba i bułki. Weszłam do sklepu, wzięłam co miałam wziąć i poszłam do kasy. Pani ekspedientka zeskanowała produkty i powiedziała, że należy się 14 zł 15 gr. Dałam jej 20 złotych, które miałam w kieszeni. Oddała mi więcej, niż jej dałam – dostałam około 30 złotych reszty, ale tego nie zauważyłam przy kasie, pakując rzeczy, ponieważ wrzuciłam pieniądze do siatki razem z zakupami.
W domu spojrzałam na paragon, potem przeliczyłam pieniądze i mi się coś nie zgadzało. Jako że staram się być uczciwym człowiekiem, poszłam do sklepu i zaczęłam mówić do sprzedawczyni, że pomyliła się przy wydawaniu reszty, ona jednak zapowietrzyła się, przerwała mi i ze złością w głosie powiedziała: „Po odejściu od kasy reklamacji nie uznajemy”.
No trudno, jeśli nie chce, to nie będę namolna.
Jestem kobietą i nigdy nie przemawiał do mnie tradycyjny model rodziny, gdzie kobieta nie pracuje zawodowo. Moi rodzice się na taki zdecydowali, mama zarabiała bardzo dobrze, ale zrezygnowała z pracy, żeby tata mógł się rozwijać w swojej dziedzinie.
Tata jest bardzo dobrym fachowcem, ale nie umie zarabiać. Na początku lat dwutysięcznych założył firmę, jest automatykiem i elektrykiem. Wydawałoby się, że to nie może się nie udać, a jednak... Dom na kredyt, czworo dzieci i żona na utrzymaniu. Wziął więc stabilną pracę na etacie. Nie wiem, ile zarabiał, ale mama wiecznie twierdziła, że na nic nas nie stać i że jesteśmy biedni. Spłacali dom, nie przelewało się. Mama nie wróciła do pracy nawet kiedy wszyscy poszliśmy już do szkoły. Dla zasady, bo taki jest tradycyjny model rodziny.
Wszystkiego trzeba było sobie odmawiać, stać nas było tylko na podstawowe rzeczy. Zazdrościłam koleżance, której mama sprzątała w szkole – mieszkali w bloku, ale przynajmniej mogła iść na zajęcia dodatkowe albo wymienić meble w pokoju. Każda praca była dla mnie lepsza niż siedzenie w domu. Zaczęłam podświadomie gardzić swoją mamą, że za nic nie chce się wziąć do pracy. Często wymyślała sobie dodatkowe prace domowe, naprawdę bezsensowne, i jojczała, jak to jest zmęczona, jakie to ma niewdzięczne dzieci. Teksty jak to winni jej jesteśmy utrzymanie na starość też leciały. Mocno się kłóciłyśmy. Rozumiałam dlaczego jest jak jest i nie naciągałam rodziców na żadne zbytki, ale i tak byłam ta zła, co naciąga (bo żyje). W pewnym momencie postanowili wziąć nowy kredyt, na budynek gospodarczy. Po co? Żeby przechowywać kilka słoików i różne graty. Dom niewykończony, papa odpada z dachu, ocieplony tylko częściowo, a oni biorą kredyt, na który ich nie stać (musieli wziąć z bogatą ciocią, bo żaden bank nie chciał dać), bo chcą drugi budynek. Miałam jakieś 16 lat i kiedy się dało chodziłam do pracy, żeby zarobić na rzeczy typu buty czy kurtka (rodzice jedynie coś dorzucali), tymczasem mama do pracy nie chodziła. Nawet dodatkowej. I biorą nowy kredyt, żeby mieć następny budynek do utrzymania. Zaczęłam mamie wprost wygarniać co o tym myślę. Przy okazji wyszły ze mnie wszystkie zbierane przez lata emocje, powiedziałam kilka słów za dużo...
Może to brzmi strasznie, ale mama mimo że „odchowała” czwórkę dzieci (nie najgorszych) nie jest dla mnie żadnym autorytetem i wewnętrznie nią gardzę. Wszyscy chodzimy do terapeutów, wpoiła nam, że na miłość trzeba zasłużyć zaharowywaniem się. Przez brak wsparcia finansowego musiałam rzucić dobre studia dzienne i iść do pracy. Moja samoocena szoruje po dnie. Wypominam sobie to co jej powiedziałam, ale nie zmieniło się to, że tak właśnie myślę.
Od gimnazjum nie miałam miesiąca wolnego. Haruję, biorę nadgodziny, studiuję... Za wszelką cenę chcę być lepsza od niej. Powoli się wyniszczam.
Wracam autobusem do domu, padnięta po długim, ciężkim dniu spędzonym w szkole, i do tego jeszcze głodna. Wyciągnęłam z plecaka kanapkę. Siedzę sobie spokojnie, jem i nagle widzę przed sobą coś czerwonego. Gość z siedzenia obok podaje mi butelkę z ketchupem. I to w sumie koniec tej historii.
Drogi nieznajomy, jeśli to czytasz, to wiedz, że jestem ci wdzięczna za ten drobny gest. Poprawiłeś mi humor na cały dzień :)
Miałam 10 lat, gdy ze względu na zbyt wczesne dojrzewanie i problemy natury ginekologicznej wylądowałam ze skierowaniem na oddziale ginekologicznym miejskiego szpitala w celu obserwacji i badań. Moment przyjęcia pamiętam zbyt dobrze. Przegląd podwozia miałam robiony w pokoju pełnym pielęgniarek, zasłonięta parawanem tak, że wszystko było widoczne, przez „panią” doktor, która w pewnym momencie na cały głos stwierdziła, że jestem „niedomyta”.
Minęło sporo lat, ja wciąż pamiętam wstyd, jaki wtedy czułam i spojrzenia wszystkich zebranych. Co ważne, o higienę dbałam od zawsze (mama od małego uczyła mnie, jak ważne jest dbanie o miejsca intymne, więc kosmetyki do higieny intymnej już wówczas były nieodłącznym elementem mojej toalety). Rodzicielka, która była przy tym obecna, oczywiście zareagowała w odpowiedni sposób, ale potrzebowałam sporo samozaparcia, by jako dorosła kobieta udać się na zwykłe badanie kontrolne.
Zostałem wysłany na dwutygodniowe szkolenie do stolicy i tam wpadłem w oko jednej dziewczynie. Po trzech dniach zbliżyliśmy się do siebie i zaczęliśmy damsko-męską przygodę.
Następny tydzień pokój w hotelu mieliśmy już wspólny i nie ukrywam, szkolenie mijało wszystkim na imprezach w hotelu, a nam dodatkowo na wspólnych łóżkowych zabawach na wszystkie możliwe sposoby. Super dziewczyna, tylko szkoda, że dzieli nas prawie 700 km.
Szkolenie się skończyło i kontakt się urwał. Na jej FB nie miałem telefonu. Ale przypadkiem trafiłem na jej ślad i wiecie co?
Gdy tak nam było dobrze, ona już od trzech lat była mężatką z dwójką dzieci...
Jestem dorosła, ale wciąż jak już się wykąpię i spuszczę wodę z wanny, to lubię sobie namydlić tyłek i tak ślizgać się w jedną i w drugą stronę.
Dodaj anonimowe wyznanie