Moja króliczka, mimo sterylizacji, jest dość porywczym zwierzakiem. O ile przed zabiegiem potrafiła rzucić się i na mnie, tak teraz nie lubi tylko obcych, zwłaszcza dzieci. Młodsi członkowie mojej rodziny się o to postarali. Ale do rzeczy.
Wkurza mnie niesamowicie jeden fakt – praktycznie za każdym razem, kiedy pakuję uszatą w transporter i idę z nią do weta czy jadę do rodziców, albo i podczas spaceru na smyczce, znajdzie się jakiś mądra/y fajna/y mamusia/babunia/tatuś/dziadunio/sąsiad/pan porywacz, który palnie do swojej małej pociechy: „ZOBACZ, KRÓLICZEK, CHODŹ POGŁASKAĆ KRÓLICZKA”. I tutaj słuch dorosłych się ucina, zawsze gdy mówię, że mała bywa agresywna i może ugryźć. Brak sygnału.
Gdy odsunę transporter, słyszę: „No co robisz, mój (wstaw imię) chce do króliczka”. Jeszcze raz ostrzegam i proponuję, by dziecko sobie popatrzyło. Zazwyczaj styka. Gorzej, kiedy moje ostrzeżenie kolejny raz zostanie olane, ba, nawet propozycja patrzenia. Kiedy małe, tłuste, paluszki nieco bardziej rozpieszczonego dziecka (lub zachęcanego przez opiekuna) przekraczają granice transportera czy bezpiecznej odległości od królika, zostają w 90% przypadków dziabnięte przez uszatą.
I co słyszę? „Panuj nad zwierzakiem, a najlepiej to go uśpij”.
Skoro już przeszliśmy na „ty”, nie zostaję dłużna ani na moment, zazwyczaj coś rzucam, żeby sam uśpił swojego bachora albo z szyderczym uśmiechem, głośno i wyraźnie, chwalę królicę za jej czyn.
No cóż, na chamstwo trzeba chamstwem odpowiedzieć. A ja chyba powinnam nazwać małą Karma, bo ta zawsze wróci w postaci siekaczy :)
Po kilku tygodniach flirtowania z dziewczyną z pracy zaprosiłem ją na randkę. Była chętna i spytała, czy to może być podwójna randka. Tak też się umówiliśmy – ja wziąłem kumpla, a ona, jak się okazało na miejscu, wzięła męża.
Ja i moja żona byliśmy wtedy przed trzydziestką. Długi staż związku, mieliśmy nawet własne mieszkanie. Uznałem wtedy, że to pora na dziecko. Prosiłem ją o to wiele razy, ale za każdym razem odmawiała, mówiąc, że nie jest gotowa i na razie wystarcza jej pies. No tak, mały kundel, którego ciągle przytulała, nosiła na rękach i nazywała synkiem. Jednak ja naprawdę pragnąłem potomstwa. Po jakimś czasie doszedłem do wniosku, że może ten pies stoi na przeszkodzie i gdyby znikł, żona w końcu zgodziłaby się na macierzyństwo, bo potrzebowałaby czegoś, czym mogłaby się zajmować. Uznałem to za dobry plan, o ile żona się nie dowie.
Gdy pewnego dnia została do późna w pracy, wziąłem kundla na spacer. Odszedłem z nim sporo od naszego osiedla, po czym włożyłem do dużego kontenera na śmieci. Pies był na tyle mały, że nie dałby rady z niego wyjść, więc pewnie by szczekał dopóty, dopóki ktoś by go nie znalazł. Gdy wróciłem, powiedziałem żonie, że uciekł. Ona niestety wpadła w jakąś panikę, zaczęła biegać po osiedlu i go szukać, wypisywać ogłoszenia i dzwonić do sąsiadów. Próbowałem jej nieco dać do zrozumienia, że go już nie ma i dziecko powinno pomóc jej załatać rany po stracie. Nic z tego, nagle stwierdziła, że ja muszę mieć z tym coś wspólnego, a nie mając na to żadnych dowodów, po prostu wywaliła mnie z domu. Wtedy nasz związek zaczął się sypać. Zamieszkaliśmy osobno, a każde spotkanie w celu naprawiania naszego związku, kończyło się kłótniami. Podczas jednej z nich byłem na nią tak wściekły, że wyjawiłem jej, co zrobiłem z psem. Wtedy urwała ze mną kontakt całkowicie. Niedługo później dostałem papiery rozwodowe. I tak o to skończyło się moje 7-letnie małżeństwo. Po jakimś czasie zrozumiałem, co zrobiłem, pojawiło się poczucie winy i żal. Gdybym tylko mógł, cofnąłbym czas. Jednak pogodziłem się z tym co się stało. I dalej uważam, że posiadanie dziecka jest bardziej priorytetowe niż posiadanie psa. Dlatego moja była żona tez jest w jakimś stopniu winna. Niewielkim, ale jednak.
Gdy byłam nastolatką, byłam osobą, której wszędzie było pełno, a dom traktowałam jak hotel. Nie, że się upijałam i nie wiedziałam, jak do domu trafić, po prostu miałam masę znajomych i tak jak rano wychodziłam z domu, to wracałam dopiero wieczorem. Non stop jakieś fajne wypady, w piątki wybywaliśmy na miasto i nigdy się nie nudziłam. Po osiemnastce zaczęłam pracować, ale choć byłam osobą pracowitą i nigdy nie podpadłam szefowej, to po pracy zawsze miałam czas dla znajomych, a moim życiowym motto było „wyśpię się po śmierci”. Dodam jeszcze, że byłam szczupłą, rozgarniętą (nigdy nie miałam problemów z nauką) i atrakcyjną dziewczyną, co spowodowało, że byłam odważna i czasem do bólu szczera (po prostu wiedziałam, że ludzie lubią mnie taką, jaką jestem).
Pewnego piątkowego wieczoru, zamiast jak zwykle wyskoczyć na miasto, stwierdziliśmy, że wypijemy piwko na osiedlu i na spokojnie pogadamy. Jak tak siedzieliśmy, to pojawił się ON. Ja go nie znałam, moi niektórzy znajomi znali go z dzieciństwa. Przyszedł z piwem w ręce, ubrany w garnitur. Mówił, że świeżo po pracy, że miał ciężki dzień. Był inny niż moi znajomi, choć był tylko dwa lata starszy ode mnie, to był ogarnięty, spokojny, miał już jakieś życiowe cele, w przeciwieństwo moich znajomych. Szybko złapaliśmy wspólny temat. Tak minęły 2 godziny, a my wpatrzeni w siebie mieliśmy wrażenie, że dopiero 5 minut. Zaczęliśmy się spotykać. Szybko poznał i zachwycił moją mamę, która też go podziwiała za dojrzałość i jego cele w życiu. Po pół roku zamieszkaliśmy razem i tak jest do dziś. On załatwił mi stanowisko w firmie, w której pracował, i jego cele stały się naszymi.
Nie, to nie będzie kolejna historia o pięknej miłości.
Dziś mam 23 lata. Przytyłam 20 kg i choć mam ubrania z lepszej półki, fryzjer, kosmetyczka, nie czuję się atrakcyjna. Mój luby miesiąc temu zmienił pracę na dwa razy lepiej płatną. Niestety zaczął wyjeżdżać na delegacje. Przez pierwszy jego wyjazd przez 3 dni siedziałam sama w domu, nie mając co robić i umiejąc z tęsknoty. Gdy wyjechał po raz drugi na 6 dni, coś mną potrząsnęło. Okazało się, że przez pogoń za pieniędzmi i lepszym życiem skreśliłam moich przyjaciół. Mam dopiero 23 lata, powinnam korzystać z życia. Pod jego nieobecność odnowiłam kontakty z przyjaciółmi, znów zaczęłam wychodzić i wtedy poczułam się tak naprawdę szczęśliwa. Ostatniego dnia wolności zaprosiłam przyjaciół do mnie do domu, znów poczułam się atrakcyjna, choć mam 18 kg więcej (przez te 5 dni schudłam 2 kg). Gdy zadzwonił mój luby i usłyszał, że są w domu znajomi, powiedział: „Robisz spelunę z tego domu”, a ja się rozłączyłam... Po raz pierwszy od 3 lat podjęłam odważną decyzję. Chcę połączyć moje dotychczasowe życie z poprzednim. Albo mój luby to zaakceptuje, albo...
Geje moim zdaniem dzielą się na dwie grupy. Normalni, żyjący jak wszyscy inni ludzie w parze lub nie itp. i tacy, którzy myślą przyrodzeniem i skaczą z kwiatka na kwiatek. Wiem, bo sam jestem gejem.
Istnieje coś takiego jak Grindr. Tinder dla gejów. Przeglądam profile i nagle widzę zdjęcie, które już gdzieś widziałem. Szybki rekonesans i mam! Koleś chodził ze mną do technikum. Pierwsza myśl, że ktoś mu ukradł zdjęcie z fb. No ale cóż, wiek się zgadza, wzrost itp. też... Nieśmiało zagadałem, bo profilowego z twarzą nie mam. Ku mojemu zaskoczeniu kolega odpisał.
I tu jest punkt kulminacyjny. Kolega proponuje mi, żebym wpadł do niego – jaranko, alkohol i niezobowiązujący seks. Dlaczego jest to dziwne?
Wpadł z koleżanką z mojego roku i wzięli ślub.
Oficjalnie szczęśliwa para z małą córeczką.
Nadal jestem w szoku. Panowie, do was taka mała prośba. Zanim wpakujecie się w poważny związek z kobietą, upewnijcie się, że próbowaliście już wszystkiego. Nawet nie wiecie, jak możecie ją zranić!
To dość dziwna historia, i nie mam pewności czy to nie był sen, ale uważam to za dość... niepokojące.
Pewnej nocy postanowiłam doczytać (pod kołdrą, z latarką, a jakże) niedokończony rozdział pewnej książki, i tak jakoś wyszło, że około 3 w nocy skończyłam całą. Już miałam wstać i cicho ją odłożyć, kiedy usłyszałam zza okna jakby... gwizdanie? Z dość dużej odległości spojrzałam za szybę i zobaczyłam całkiem dobrze i lekko ubranego człowieka (zdziwiło mnie to, bo była zima), który tak po prostu chodził w kółko i gwizdał jakąś wesołą melodyjkę. Myślę sobie – wariat jakiś, zaraz sobie pójdzie, ale wtedy on się odwrócił i spojrzał prosto w moje okno. Nie powinien mnie widzieć, światło było zgaszone, ale jednak. Od razu się położyłam i cała nakryłam kołdrą, ale wtedy usłyszałam coś w rodzaju drapania i uderzenia w ścianę tam na dole.
Mieszkam na parterze, pod spodem są garaże i wydaje mi się, że (naćpany, nawalony?) koleś ubzdurał sobie, że jest Spider-Manem czy czymś w tym stylu i chciał się jakoś tu wspinać. Na początku trochę mnie to śmieszyło, bo myślałam, że za chwilę się znudzi, ale po około 15 minutach to przestało być zabawne, zwłaszcza że te dźwięki powtarzały się cały czas, a on nie miał raczej zamiaru przestać i mógł być niebezpieczny. Powinnam iść do rodziców, ale za bardzo się bałam wstać, a co dopiero skręcić w ciemny przedpokój, gdzie dalej były kolejne okna... Myślałam, że się poryczę ze strachu po kolejnej półgodzinie. Według podświetlanego zegarka trwało to godzinę i trzydzieści osiem minut, potem przestałam liczyć czas i jakimś cudem zasnęłam.
Kto normalny mógłby stać tyle na dworze i walić w czyjeś drzwi garażowe? Dalej nie wiem, ale rano na śniegu było od cholery śladów, więc to raczej nie był sen :/
Mam znajomego. Pracuję z nim już prawie 5 lat, nie byliśmy jakoś szczególnie zżyci, ot, dobry kolega z pracy. Znałem go jeszcze ze studiów, ale kontakty mieliśmy raczej dalekie, bo zajęcia mieliśmy zazwyczaj osobno i w innych godzinach. Wiedziałem, jak się nazywa, gdzie w akademiku mieszka, bo mieszkał obok mojego kumpla z roku. Czasem mówiliśmy sobie „cześć” na ulicy. Większy kontakt załapaliśmy, jak złożyliśmy papiery do tej samej firmy. Obu nas przyjęli i usadowili nas niedaleko siebie, bo zawsze lepiej być obok kogoś, kogo jednak się trochę zna. Jak się spędza dzień w dzień z kimś po kilka godzin, to tak czy siak ma się z nim jakieś relacje. No a dwóch facetów, bo dookoła nas biura miały trzy koleżanki, wiadomo, że trzyma się jakoś razem. Zamawialiśmy razem lunch, czasem wyszliśmy na pizzę czy coś takiego albo sami, albo z innymi współpracownikami. Raz czy dwa spał u mnie w domu, a ja u niego ze trzy noce spędziłem, byliśmy parę razy na rybach/biwaku, a raz wracaliśmy z imprezy firmowej i w takiej sytuacji prościej przenocować u kogoś, niż zbierać się następnego dnia bladym świtem. Po prostu wygoda i tyle. Chłop mieszka sam, dom ma ładny, normalny, jak przeciętna osoba z klasy wyżej średniej. Garaż, marmurowy blat w kuchni, czerwone dachówki i żółte ściany na zewnątrz. Nic szczególnego.
Nie zauważyłem nigdy u niego nic dziwnego, zainteresowania normalne, samochody, sport, czasem jakieś kobiety. Typowy facet, singiel zarabiający dość, by żyć na w miarę fajnym poziomie, ale nie jakiś krezus czy też nie patologia społeczna. A tu się okazuje, że to wszystko nieprawda...
Został oskarżony o dwa zabójstwa. Znaleźli u niego zwłoki dziewczyny, a potem drugie, jak je chciał wywieźć autem. Obie zgwałcił i zabił, są też poszlaki, że zarówno zabójstw, jak i gwałtów dokonał więcej, ale udowodnić mu nie można nic więcej. Parę damskich ubrań, wyczyszczone wybielaczem podłogi to nie dowód. Więcej ciał nie ma i raczej nie znajdą. Bo gdzie mają szukać – ogród przekopali, tapety zdarli, materace wypruli.
Nigdy bym nie pomyślał, że pracuję obok mordercy i gwałciciela. Chodziłem z nim na piwo, wiedziałem o jego życiu podobno bardzo dużo, łowiłem z nim ryby w lesie 20 km od najbliższych zabudowań, spałem u niego w domu. Tyle lat kogoś znałem, a tu taka niespodzianka. Nie boję się, najpewniej nie chciał mnie zabić, skoro zabijał tylko kobiety, poza tym nie należę do strachliwych. Ale to, że nic nie zauważyłem, to jest dopiero cios.
Pamiętam, jak na 3 czy 4 roku dostał w nos i miał krwotok. Byłem razem z kumplem, nim i kilkoma innymi. Ot, z łokcia dostał przypadkiem. Zrobiliśmy mu zimny kompres. Albo jak gadaliśmy w akademiku o przyszłości i takie tam. Wtedy nie wiedziałem o nim nic – znajomy znajomego. I teraz też nie wiem najwidoczniej.
Dwa tygodnie temu wyszłam z psychiatryka.
Mam ledwie 14 lat, od zawsze byłam gruba, ale w końcu wzięłam się za siebie. Jakoś schudłam te wymarzone 30 kg, przez chwilę byłam szczęśliwa, ale pojawił się problem. Zaczęłam jeść trochę więcej, ale wciąż powoli chudłam, nie podobało mi się to, że wystają mi kości, ale zbyt bałam się efektu jojo i powrotu nadwagi. Przyznaję, że się głodziłam, ale miałam już dość ciągłych wyzwisk w szkole, chciałam jak najszybszych efektów. Mam skłonności do tycia, dlatego po tym wszystkim po prostu bałam się znowu zacząć jeść normalnie.
Rodzice zauważyli, że coś jest nie tak, gdy moje BMI sięgnęło 16. Głupio było mi się przyznać, ale w końcu zwierzyłam się im i wytłumaczyłam, co się ze mną działo. Poprosiłam, żeby zabrali mnie do dietetyka, aby ułożył mi dietę, która pomoże mi zdrowo przytyć, a potem utrzymać wymarzoną wagę. Zamiast tego zabrali mnie do psychiatry, a ten w trybie pilnym skierował do psychiatryka, bo anoreksja. Sto razy tłumaczyłam, że jestem zdrowa, że widzę, że jestem za chuda, że chcę przytyć, ale boję się, że utyję za dużo. Jak grochem o ścianę. Wszyscy uznali, że kłamię.
Przy zaburzeniach odżywiania nie dostaniesz specjalnej diety, jesz to co wszyscy, czyli najczęściej ziemniaki i kotlety, to co robią, aby cię do tego zmusić, pominę. Stało się to, czego się bałam, półtora miesiąca odsiadki i osiem kilo w górę, nie było tragedii, ważyłam mniej więcej tyle, ile chciałam (choć zrobiła się mała oponka), ale jeśli dalej bym jadła w ten sposób, znowu byłabym gruba. Musiałam znaleźć sobie lepszą dietę.
Bardzo spodobała mi się wysportowana sylwetka jednej z pacjentek. Tak jak ona, chciałam wyrzeźbionego brzucha i ładnej pupy, zamiast talerzy biodrowych wystających jak u krowy, które do niedawna miałam. Uznałam, że to dobre wyjście, aby ogarnąć moje problemy z wagą.
Po wyjściu ze szpitala po raz kolejny poprosiłam o konsultacje dietetyka. Rodzice powiedzieli, że mam nie wydziwiać i jeść normalnie. Postanowiłam poradzić sobie sama, w internecie poszukałam diety, która sprzyjała budowie tkanki mięśniowej i nieodkładaniu się tłuszczu, pokrywała dzienne zapotrzebowanie, więc chyba było w porządku. Zaczęłam ćwiczyć A6W i Mel B.
W domu awantura, bo niby znowu się odchudzam i chcę doprowadzić rodziców do grobu. Psychiatra grozi, że jeśli schudnę chociaż kilogram, to wracam na oddział. Nikt mnie nie słucha. Nie chcę schudnąć, bo teraz jest niemal idealnie, ale nie chcę też przytyć. Chcę mieć ładną i wysportowaną sylwetkę. Nikt nie rozumie, zdefiniowali mnie jako anorektyczkę i wariatkę i cały czas się tego trzymają.
Jestem świeżo upieczoną mamą, synek ma półtora miesiąca. Niby wszystko jest pięknie – partner, który we wszystkim pomaga, zapatrzony w dziecko, przy czym nie zapomina o mnie, rodzina, która nas wspiera i nie widzi świata poza młodym. Na wygląd po ciąży też nie mogę narzekać, bo ważę mniej niż przed ciążą. Mam czas, żeby ogarnąć włosy, paznokcie czy makijaż. Ale tak naprawdę przepełnia mnie ogromny żal do tego, jak zakłamany jest obraz nie tyle ciąży, ile porodu i dochodzenia do siebie po porodzie.
Dzień porodu, a raczej dzień, kiedy odeszły mi wody – nauczona wszelkimi filmami i książkami byłam pewna, że już niedługo dziecko będzie z nami, a tu niespodzianka, wody tak naprawdę nie są wyznacznikiem, tzn. nie do końca. Mały pojawił się prawie 24 godziny później.
Czas po porodzie – wszyscy mówią, że jest pięknie, że zapominasz o bólu, a dziecko kochasz od razu miłością bezgraniczną. Prawda jest taka, że przez pierwsze dwa tygodnie chcesz się spakować i uciec. Jedyne co czułam, to żal do siebie, że nie jestem w stanie pokochać swojego dziecka. Późniejsze rozmowy z różnymi osobami przekonały mnie, że to nie ja jestem nienormalna, tylko często tak jest – nieważne, że wcześniej te same osoby mówiły mi, że sielanka jest od samego początku. A ja dopiero teraz, po 6 tyg., uczę się kochać swoje dziecko. Dopiero teraz zaczynam się czuć sobą. Całe 6 tygodni po porodzie to walka z samym sobą – uciec, nie uciec, płacz średnio trzy razy dziennie, zajmowanie się dzieckiem, do którego nie czuje się nic poza obowiązkiem, żal do siebie o brak uczuć, żal do partnera i rodziny, bo kochają twoje dziecko, a ty nie jesteś w stanie. Pomoc lekarska – zalecili mi urlop od macierzyństwa.
Nie mówię, że wszyscy tak mają, tylko nie zawsze macierzyństwo jest kolorowe od samego początku. Przykro mi, że wszędzie pokazany jest tylko obraz cudownego macierzyństwa, gdzie najgorszą rzeczą jest nieprzespana noc czy pełna pielucha. Przykro mi, że matki wstydzą się tego, że początki nie były dla nich tak cudowne. A prawda jest taka, że nie ma czego się wstydzić, dopiero teraz to widzę, że to normalne.
Razem z maluszkiem poznajemy siebie nawzajem i uczymy się kochać.
Mając 19 lat, podczas kłótni rodziców dowiedziałam się, jak to rodzina od strony ojca namawiała moją mamę na usunięcie ciąży, czyli mnie.
Może mało anonimowe, ale nie mam sumienia powiedzieć o tym choćby przyjaciółce, jest mi wstyd i czuję się naprawdę niepotrzebna na tym świecie.
Dodaj anonimowe wyznanie