#cKZ8h

W sumie to nie jest wyznanie, ale chcę powiedzieć, że ludzie przez ten rok stali się jeszcze bardziej chamscy, niż zwykli być wcześniej. Nie wiem, może to tylko moje odczucie, ale ludzie kilka lat temu mniej się kłócili i nie jechali tak po innych, jak robi się to teraz. Zerkam na tę stronę od czasu do czasu i widzę, że wyznania zamieniły się w opisy ludzkich problemów i ''użalanie'' się nad sobą. Rozumiem, że część ludzi może to wkurzać, że te osoby mylą trochę tę stronę z forami psychologicznymi... Ale po co tyle jadu?
Teksty typu... ''skończ się nad sobą użalać'', ''idź do psychologa, a nie siedzisz i trujesz dOOPę ludziom, zamiast się wziąć w garść'' itp. Wiem, że są i tacy, którzy lubią sobie czasem koloryzować swojego kilkugodzinnego doła, wmawiając wszystkim, że cierpią na depresję, ale niektóre osoby SZUKAJĄ POMOCY. Mamy beznadziejne czasy i to normalne, że wielu z nas ma teraz masę problemów. Naturalną reakcją jest to, że człowiek musi się od czasu do czasu wyżalić, ale nie zawsze ma do kogo. Niech kamieniem rzuci ten, kto nie czuł się samotny chociaż na moment... Trochę się rozpisałam, ale mam prośbę do niektórych czytelników, żeby zastanowili się, co piszą w komentarzach. Nie po każdym czyjaś opinia spłynie. Mniej jadu, proszę :)
Szanujmy się chociaż tutaj.

#IVmqS

Czytając ostatnio post z Anonimowych na temat poczekalni u lekarza (gdzie maDka śmiała się z podłego zachowania syna - skończyło się telefonem w toalecie). Przypomniała mi się śmieszno/żenująca sytuacja.

Tato z siostrą pojechali do przychodni na umówioną godzinę, załóżmy (ponieważ już nie pamiętam rzeczywistej godziny) 16:30, przyjechali o 16:10, bo po co wcześniej skoro i tak są wizyty na godziny. No chyba, że zleci się rodzinka: maDka, baPka oraz gromadka bombelkuf. Godzina 16:45, jeszcze jeden pan A umówiony na 16:20 czekał przed nimi, a kolejka się obsunęła. No cóż, zdarza się, ale w akcje wkracza wcześniej wspomniana rodzinka. Gdy A próbuje wejść do gabinetu nagle najstarsza z rodzinki zwraca szybko uwagę maDce, że już wolne.

Wszyscy wiemy, co to znaczy... w mgnieniu oka przepchała się przed A i zamknęła mu drzwi przed nosem. Ale A wraz z tatą się nie poddawali, zapukali grzecznie i zwrócili uwagę, że ta pani wepchała się w kolejkę. Po kilkunastominutowych kłótniach z personelem, uciszaniem dzieciaków i babci (?!?!) na jaw wyszło, że pani myślała, iż godziny nie obowiązują, a "że ona ma ma 17:15, ale była wcześniej z dziećmi bo nie miała z kim ich zostawić to przyszła z nimi wcześniej by zająć sobie kolejkę" (tylko pytanie, po co zaciągała babcie).

Tłumaczeń nie było końca, próśb iż ludzie nie po to zapisują się na godziny, aby borykać się z takimi sytuacjami... Kobieta wściekła zabrała swoją rozwydrzoną gromaDkę i wyszła trzaskając jak najmocniej się dało drzwiami. Opóźnienie 40 minutowe, personel wymęczony wraz z całą poczekalnią.

Najgorzej to chyba miał ten okulista, który jak się potem okazało nie był lekarzem tej Pani, a owa kobieta przyszła dzień wcześniej niż powinna. Krążą słuchy, że już nigdy nie wróciła do tej przychodni...

#fqPjw

Jak miałam ok 6-7 lat, byłam bardzo rozśpiewanym i rozgwizdanym dzieckiem. Gdzie nie szłam, to nuciłam coś pod nosem albo gwizdałam (podobno raz zdarzyło mi się to nawet przez sen!). Szczególnie spodobała mi się jedna piosenka, ale o niej później.

Pewnego razu byliśmy z rodzinką na wakacjach na morzem. Jako że mam dwóch starszych braci, często mnie z czymś lubili podpuszczać albo wpychać w tarapaty.
I tak jedziemy sobie z rodzinką w samo południe wypchanym po brzegi autobusem przez jedną z nadmorskich miejscowości, gdy brat wyszeptał do mnie na ucho ''Młoda, może zaśpiewasz nam swoją ulubioną piosenkę?''.
I tak mała Ania wydarła się na cały regulator ''Wysiadać z autobusu, gnoje, parobasy!
Nie przyjechaliście tu do nas na wczasy!''.

Miny rodziców - nietęgie. A inni podróżnicy chyba nie byli fanami Kazika, bo braw nie było :D

#dPdsz

Jako 7/8-latka miałam w zwyczaju wracać ze szkoły na piechotę. Tego dnia akurat wracałam sama. Zatrzymał się przy mnie samochód, a w nim dwóch panów.
Pytali jak dojechać do pewnej ulicy znajdującej się tuż pod lasem. Wiedziałam dokładnie gdzie to jest, ale mojemu małemu wtedy móżdżkowi było bardzo ciężko przelać to na werbalną instrukcję dojazdu.
Panowie zapytali czy mogłabym wsiąść z nimi do auta i ich tam pokierować nawigując trasę. Jako, że byłam bardzo uczynnym i naiwnym dzieckiem, to bez zastanowienia wyskoczyłam do auta i pokazałam drogę do lasu.

Tu was trochę rozczaruję, bo ta historia kończy się happy end'em, ale jak każdy się domyśla mogło być zupełnie inaczej. Uważajcie na swoje dzieci i uświadamiajcie o zagrożeniach.

#uTUXt

Zacząłem z żoną oszczędzanie. Kupiliśmy ogromną metalową skarbonkę. Skarbonka nie ma żadnego otworu na wyciągnięcie zawartości, ma tylko jeden ciasny otwór do wrzucania. Wrzucamy tam po dziesięć złotych. Nie wiedzieliśmy z jakiego powodu wrzucać, żadne z nas nie przeklina, nie kłócimy się.

Wrzucamy po każdym stosunku. Dodatkowo gdy ja jej zrobię dobrze ustami w trakcie gry wstępnej, ona dopłaca dychę. Oczywiście działa to w dwie strony, więc gdy mnie dobrze będzie, to też dorzucę. Pieniądze odkładamy na wspólną wycieczkę. Jej rodzice, z którymi mieszkamy wiedzą o skarbonce i na co odkładamy. Ale od czego zależna jest częstotliwość wpłat, to nie wie nikt. Tylko my.

#yPxjS

Wyglądam na dużą młodszą niż jestem - mam 18 lat, a wszyscy mówią, że więcej niż 13 by mi nie dali. Kiedyś bardzo mnie to wkurzało, ale pewnego czasu przestało mi to przeszkadzać.

Historia zdarzyła się, gdy wracałam z kursu teoretycznego na prawo jazdy. Było już ciemno. Wracając szłam do cioci (tam na mnie czekał ojciec, bo kurs trwał 3 godziny). Idę sobie, idę, aż nagle słyszę jak kilku chłopaków (około pięciu) coś krzyczy w moim kierunku. Ja już przerażona, że podejdą i będą mnie zaczepiać... i nagle słyszę śmiech (a wręcz ryk) jednego z nich, który przez śmiech mówi: "Jaka laska!? To dziecko! Zostaw ją!".

To właśnie od tamtej pory przestałam narzekać na swój niski wzrost. :) Nawet zaczęłam dostrzegać pozytywy. Wchodzę z biletem ulgowym na basen, zamek czy inne atrakcje turystyczne bez problemu, nawet gdy zapomnę legitymacji szkolnej. Mina kasjerek też jest niezła, gdy kupuję piwo, albo fajki dla brata :P

#niJ9a

Mieszkam zagranicą już kilka lat. Znalazłam tam swoją miłość. Uczę go polskiego. Nawet ładnie mu wychodzi. Podczas pobytu w Polsce podłapał trochę słówek. Byliśmy akurat w Empiku, gdy dość głośno powiedział do mnie po polsku: "Chodź tu dzi*ko!". Miny ludzi były bezcenne, ale jemu chodziło o "Chodź tu szybko!". 

Tak nadal z nim jestem i już nigdy więcej tak się nie odezwał do mnie.

#BdHvt

Od dawna zastanawiam się na ten temat i długo myślałam o tym, gdzie szukać sensownych odpowiedzi, gdzie ludzie mogą być naprawdę szczerzy? No i gdzie szukać szczerych odpowiedzi, jeśli nie tam, gdzie można ich udzielić będąc anonimowym?

Do rzeczy. Jak kochają mężczyźni? I czy w ogóle kochają w podobny sposób co kobiety?

Absolutnie NIE jest to pytanie złośliwe ani w żaden sposób negatywne. Zwyczajnie mnie to ciekawi. Wiem, jak kochają kobiety, jakie mechanizmy przebiegają w ich głowach itd.

Ciekawi mnie natomiast JAK zakochują się mężczyźni.

Długo miałam swoją wizję i swoje zdanie na te tematy, ale powiem szczerze, że ucząc się na różne psychologiczne i biologiczne tematy (studia, później praca i tak dalej...) i poznając takie sprawy od czysto bardziej biologicznej strony... No, to potrafi odrzeć z "magii" miłość, relacje i itd.

I szukam teraz w tym złotego środka, chcę to po prostu zrozumieć.

Najważniejsze pytanie brzmi: czy to się w ogóle da zrozumieć i czy jest sens w ogóle próbować to zrozumieć? Czy na takie rzeczy jak miłość nie powinno się patrzeć w taki sposób, powiedzmy sobie.. mierzalny?

No kurczę, gnębi mnie to od kiedy jako nastolatka usłyszałam sformułowanie, że "no marzy o tym jak młoda dziewczyna o wielkiej miłości". Czy to oznacza w takim razie, że chłopcy nie marzą o miłości? Ok, to dlaczego w takim razie dziewczynki to robią? Czy naprawdę jest tak, że nastolatki (dziewczyny) zakochują się emocjonalnie, a chłopcy głównie fizycznie? (Co nie oznacza, że dziewczyny nie patrzą na wygląd.) To by naprawdę obdzierało miłość z jakiejkolwiek magii. Może w takim razie magia miłości wzięła się tylko z filmów, książek i tak dalej? Dlaczego w takim razie w dawnych czasach dziewczyny dalej marzyły o miłości? Z jeszcze starszych książek? Czy w takim razie romanse to czysta fantastyka dla kobiet? To smutne, że fantazjujemy o byciu kochaną w taki sposób, który nie odpowiada rzeczywistości. I nie mówmy tu o tym, czy romanse są szkodliwe - skoro duża część kobiet je chłonie, to widocznie tego potrzebujemy. Teraz pytanie, dlaczego. Skąd to się wzięło?

I znalazłam na ten temat nawet kawałek w Biblii (nie jestem fanatykiem, nie jestem nawet wierząca, naprawdę po prostu szukam źródeł) :
"16 Do niewiasty powiedział: «Obarczę cię niezmiernie wielkim trudem twej brzemienności, w bólu będziesz rodziła dzieci, ( ku twemu mężowi będziesz kierowała swe pragnienia, on zaś będzie panował nad tobą»." )

Czy to taki już los? Zwykła biologia? To też nie do końca ma sens, kurczę.

Masakra, wpadłam w spiralę szukania odpowiedzi ;)

#01JrS

Jestem ateistą - do samej wiary chrześcijańskiej nic nie mam, ale kościoła nie lubię, a za klerem absolutnie nie przepadam - tyle wstępu.

Wyznanie #VnMCJ jakoś przypomniało mi moją krótką historię z księdzem, który dawno, dawno temu chciał odwiedzić moje domostwo, po kolędzie.
Tego dnia byłem akurat sam w domu, rodzice załatwiali swoje sprawy na mieście, a po osiedlu kręcił się on...
Nie zdawałem sobie z tego absolutnie sprawy i byłem totalnie zaskoczony, kiedy zadzwonił mój domofon, a ja usłyszałem standardową regułkę.

Nie miałem zamiaru go wpuszczać do środka - nie chciałem wysłuchiwać jego moralizmów, a na końcu bulić kasę za to, że włazi mi butami do domu i chlapie wodą po ścianach i meblach... Co więc wymyśliłem na szybko?

17-, 18-letni ja, przyparty do muru, wzniosłem się na wyżyny intelektualne i naśladując głos małego dziecka, powiedziałem do domofonu mniej więcej tak: "Mamusi i tatusia nie ma w domu i nie mogę panu otworzyć".

Poskutkowało, nie dzwonił ponownie...

#G19Mk

Uczę się zaocznie. Niedawno dołączył do nas chory chłopak, prawdopodobnie jest to porażenie mózgowe. Co w tym anonimowego?

To, że patrząc na niego jest mi po prostu niedobrze. Brzydzę się nim. Tym, że nie nadąża pisać i spowalnia tempo grupy. To, że nie do końca rozumie, co się dzieje wokół (pytanie nauczycielki od prawa - co to znaczy, że ktoś działa w złej wierze? Jego odpowiedź: "wierzy w jakiegoś innego boga"). To, że nie jest w stanie sam wstać z krzesła, że ma niedorozwinięte nogi i musi chodzić z balkonikiem.

Brzydzą mnie chore umysłowo i zdeformowane osoby. Możecie mnie zlinczować. Ale jestem pewna, że gdybym dowiedziała się, że moje dziecko ma być niedorozwinięte, to wolałabym je usunąć niż urodzić i oddać, żeby tułało się max 20-30 lat po ośrodkach, żeby ktoś musiał czuwać nad nim, wycierać ślinę czy tyłek, bo niestety tak chore osoby długo nie żyją. Chciałabym, żeby moje dziecko było przeze mnie kochane, a nie czuło, że czekam tylko na moment, aż umrze, bo mam dość zajmowania się nim 24/7. Tak, "zwykłym dzieckiem'' też trzeba się zająć 24/7, ale przez kilka lat, później robi się coraz bardziej samodzielne.

Na szczęście mój narzeczony też myśli tak jak ja. Nawet opracowaliśmy plan "a co gdyby'', żeby nikt z otoczenia się nie dowiedział. Niestety ludzie mają tendencję do moralizowania i ustawiania życia innym, ale nikt takiego dziecka by nie adoptował.
Dodaj anonimowe wyznanie