#UlCfb
Po liceum wyjechałam do innego miasta i naturalnie przyjaźnie zawarte w szkole średniej się skończyły. Przyjęłam to bez większego żalu, ot co, naturalna kolej rzeczy.
Mam 24 lata, studia skończone w trybie zaocznym, więc jak się domyślacie, średnia wieku w mojej grupie była 40+. Nie zawarłam tam jakichś większych przyjaźni, oprócz wymiany uprzejmości na korytarzu.
Pracuję w korporacji, gdzie większość moich współpracowników ma już poukładane życia (czytaj żony, rodziny, psy i świnki morskie), a do tego praca zdalna nie ułatwia poznania wszystkich.
I tutaj zaczyna się mój problem. Jestem samotna, brak mi przyjaciół czy znajomych. Sama nie wiem jak do tego doszło, ale coraz bardziej mi to zaczyna doskwierać.
Wydaje mi się, że jestem dość zabawna, umiem prowadzić rozmowę nie narzucając swojego zdania. Nie odpycham też wyglądem, dbam o siebie, myślę, że jestem dość ładna (sobie się podobam, a to najważniejsze), waga w normie.
Mieszkam w jednym z większych miast środkowej Polski i nie mam kompletnie do kogo się odezwać czy zaprosić na kawę. Możliwe, że jest to spowodowane sytuacją jaką mamy, ale już zaczyna mnie dobijać ta samotność.
#FWlDZ
W ubiegłym roku szkolnym miałam spore problemy zdrowotne, frekwencja wynosiła ok. 40%. Cudem zdałam, ale wyprowadziłam się do innego miasta i doszłam do wniosku, że mam duże zaległości w nauce, poza tym zaczynam tu z czystą kartą, więc powtórzę klasę z własnej woli.
Nie zdałam.
#VaYg0
#r0JIE
#u9L2Z
Gdy miałam jakieś 15 lat wymyśliłam zemstę, a do realizacji przeszłam, gdy poszłam na studia do innego miasta. Na czym polegała? Co piątek robiłam się na bóstwo i wyruszałam na łowy do modnych klubów. Co tydzień wybierałam nową ofiarę. Bywały momenty, gdy spotykałam się z pięcioma facetami naraz. Każdemu deklarowałam uczucia, planowałam wspólną przyszłość. Biorąc pod uwagę fakt, że zdecydowanie mogę się podobać, potrafię świetnie udawać i manipulować, to nie było to zbyt trudne. Gdy już rozkochałam w sobie delikwenta, bezlitośnie go porzucałam. Nawet nie wiecie ile radości sprawiało mi obserwowanie ich smutku, niedowierzania... Aż w końcu otworzyłam oczy. Pomógł mi w tym ostatni, siódmy. Popłakał się i zapytał, dlaczego mu to robię. Dlaczego taka jestem. Dlaczego zakpiłam z jego uczuć. Poczułam się jak najgorsza świnia. Jak mój ojciec...
Poszłam na terapię, wychodzę na prostą. Wierzę, że kiedyś się zakocham i założę naprawdę szczęśliwą rodzinę.
#gqGY3
Często spotykamy się z grupami nastolatków, które przychodzą na jakąś godzinkę czy dwie posiedzieć, napić się, pośmiać, pogadać, a także zjeść. Także ze starszymi osobami, czasem nawet w pojedynkę i z psami, bo zwierzaki też mają pozwolenie na wejście. Miarowa kultura oraz zachowana jakaś "estetyka" bycia. Do tego ten lokal służy.
Jednak coraz częściej spotykamy się z obleśnymi sytuacjami kompletnie nie na miejscu. Coraz to większa grupa gości czuje się AŻ ZA jak u siebie. Nie mówię tu o parach, które chyba najczęściej u nas spędzają czas, które położą się na tych poduszkach i tak przytuleni do siebie leżą, popijają, rozmawiają czy mają randkę i potrafią się zachować. Mówię tu o takich parach, które się całują - i nie chodzi tu o jeden czy dwa kulturalne pocałunki czy delikatną czułość - zachowują jak zwierzęta, macają, dosłownie jedzą się wzrokiem, częściowo rozbierają czy nawet uprawiają seks. Pozwalają sobie na solidnie za wiele.
Już nie raz wyrzucaliśmy takich delikwentów, których przyłapaliśmy na jakichś aktach rozkoszy. Przechodzimy od czasu do czasu sprawdzić, co u gości, oczywiście nie patrząc perfidnie, a robiąc rundkę dookoła wszystkich pokoików, czy tam wszystko dobrze lub co jakiś czas idąc z zamówieniem. Nie da się nie zauważyć, gdy ona na nim "jedzie" lub on całuje jej piersi, zatapiając w nich całą głowę.
Ludzie są paskudni i nie mają za grosz kultury czy pohamowania. A najwięcej w nich tupetu, bo pomimo wyrzuceń, nadal się pojawiają oraz robią swoje. Oczywiście, że nieraz takich po prostu nie wpuszczamy czy nie sprzedajemy im tej herbaty i/lub dodatków do niej, grzecznie prosimy o opuszczenie lokalu - lecz i są bardziej uparci oraz chamscy, którzy i tak się wryją, siądą i każą dzwonić po szefową.
Co na to szefowa?
Leci na pieniądze, więc każe gości przyjąć oraz ich obsłużyć jak trzeba, mieć na oku. A gdy coś będzie nie tak, to upomnieć albo wyrzucić, ale po zapłaceniu.
Coraz bardziej obrzydza mnie ta praca, ci goście oraz sprzątanie salek po nich.
Ludzie, ogarnijcie się i nauczcie kultury.
#vSbpp
#ffr03
Mój problem polega na tym, że w tej przeszłości byłam mocno na bakier z higieną. Prawie w ogóle się nie myłam. Waliło ode mnie na kilometr, co mi nie raz wypominali i wtedy się obrażałam, ale teraz się tym ludziom nie dziwię. Od 2 lat dbam o higienę i mam wręcz, można powiedzieć, psychiczny problem, bo jestem przewrażliwiona na punkcie czystości. Jeżeli nie ma możliwości się umyć (na szczęście, zdarza się bardzo rzadko), odczuwam ogromny dyskomfort. W zeszłym roku w podobnej sytuacji miałam napad agresji, ponieważ w takich sytuacjach wydaje mi się, że znowu staję się tą okropną osobą z przeszłości. Dotyczy to nie tylko higieny osobistej - bardzo się denerwuję, gdy w moim pokoju nie jest idealnie czysto.
#79bmd
Pewnego dnia (to już znam z opowieści, niewiele pamiętam), mama siedziała cała zapłakana otoczona mną i moim rodzeństwem. W ten dzień bowiem okazało się, że moja ciocia, ta najlepsza i najukochańsza ze wszystkich, popełniła samobójstwo. Podobno później wypytywałam, gdzie ona jest. Mówiono mi, że wyjechała, a z czasem jakoś zapominałam, przestałam pytać.
I tak, od kilku dni ryczę w poduszkę, ponieważ zdałam sobie z czegoś sprawę. Otóż ciocia wtulała się we mnie, często do nas przychodziła głównie po to, by czuć się potrzebną. Była strasznie samotna. Tak napisała w liście pożegnalnym. Była samotna, a ja, choć małe i nierozumne dziecko, nie umiałam usiedzieć w jej ramionach kilku sekund. Jest mi z tym potwornie źle. Nie potrafię sobie poradzić z tym, że mogłam coś zrobić, a tego nie zrobiłam. Tłumaczę sobie, że byłam dzieckiem, że mało rozumiałam, a ona była dorosła i sama podjęła taki wybór, ale to na nic. Sumienie nie daje mi spokoju.
Czemu tak późno? Bo jakoś przez te wszystkie lata wciskano mi, nie wiedzieć, czemu, kit, że zginęła w wypadku. Niedawno była 20. rocznica jej śmierci i wtedy moja matka wyjawiła mi prawdę, nie obwiniając nikogo. Ja sama siebie obwiniłam. Nienawidzę siebie za to, że szkoda mi było poświęcić kilka sekund z życia, żeby się do niej przytulić. Wiem, że było jej to potrzebne. Bardzo.
Skąd to wiem? Otóż historia lubi się powtarzać, tym bardziej w rodzinie. Mam siostrę z trójką małych dzieci. Ostatnio prosiłam jedno z nich o przytulenie. Oczywiście odpowiedź brzmiała stanowcze "nie". Samotność to okropne uczucie, uwierzcie mi. Jeśli nie najgorsze na świecie.
Każdy może mieć taką osobę w otoczeniu. Wiecznie smutną, nieobecną, małomówną. Nie mówię, aby każdemu rzucać się na szyję, z każdym się spoufalać. Jedynie jakoś ludzko zareagować na widok podłamanego człowieka. Moja ciocia z tego, co wiem, była często smutna, ale jakoś bez wsparcia. Czasem pytanie "Jak się czujesz?", czy zwykłe poklepanie po ramieniu działa prawdziwe cuda...