#f0Bxt

Piszę to, by móc się po prostu wyżalić.
Od kiedy pamiętam, ojciec wyżywa się na mnie i mojej mamie, zresztą oboje nie są święci, codziennie są krzyki. Jest on totalnym hipokrytą i panem świata, jak coś pójdzie nie po jego myśli, to każdy wokół jest debilem – innych słów nawet mi się nie chce przytaczać. Nie pozmywałam naczyń — jestem beznadziejną idiotką, chodzę w nocy do toalety — już w tle słychać bluzgi, bo mam potrzebę. Ktoś mu zwróci uwagę lub powie nie — już wiadomo, jaka litania leci.
Od kiedy pamiętam, słyszę, jaka to nie jestem beznadziejna, nic nie potrafię i czegokolwiek się nie złapię, jest to krytykowane. Do niedawna mogłam się bronić tym, że chodziłam do pracy, którą miałam, byle pomóc im finansowo i wszystko szło do nich, więc nie było mnie całe dnie w domu, aczkolwiek teraz szukam ponownie pracy i znów muszę 24/7 słyszeć to wszystko. Kompletnie nie mam gdzie iść, więc o wyprowadzce mogę pomarzyć, tym bardziej że wszystkie pieniądze, jakie miałam, oddałam mamie, aby starczyło do końca miesiąca, dlatego powoli liczę grosz do grosza, byle coś zostało do czasu znalezienia pracy i byle nie siedzieć na garnuszku rodziców.
Mam już dosyć i to całe gadanie weszło mi na tyle do głowy, że sama już cały czas chodzę zrezygnowana i czuję się do dupy. Jak tylko ktoś mi zwróci uwagę, zbiera mi się na płacz i mam wszystkiego dosyć. Już czasem mam myśli, czy nie chciałabym tego skończyć — nie ujmę w jaki sposób.
Czuję się sama w tym wszystkim i nie daję sobie rady.
Nie wiem, czy czasem też nie przesadzam...

#jpmUM

Jestem bardzo zazdrosna o wszystko. Mam wrażenie, że oprócz jako takiego zdrowia nic w życiu nie dostałam od losu ot tak. Ani rodziny, ani pieniędzy, ani domu, ani urody. Życie w biedzie mnie wykańcza. Skończyłam studia, pracując po nocach i sprzątając biurowce. Rodzice zupełnie mieli mnie gdzieś. Ojciec mnie wydziedziczył, bo wolał swoich dwóch synów z pierwszego małżeństwa. Ja byłam bękartem, jak o mnie mówił.

Mam koleżankę, piękną dziewczynę, mogłaby być modelką. Urodziła się w rodzinie stomatologów. Bardzo bogata. Wyszła w wieku 21 lat za mąż za bardzo bogatego informatyka, super faceta. Mają już dwoje dzieci. Ona też została stomatologiem. Pracuje w klinice swojej babci. Mieszkają nad morzem. Tymczasem ja nie mam kompletnie nic. Byłam gnębiona w szkole za wygląd i biedę. Jak ją widzę, to najchętniej zdarłabym z niej te piękne ubrania i je sobie wzięła. Choć zbliżam się do trzydziestki, to wciąż bieduję, płacą mi najniższą krajową i mam ciuchy jeszcze z liceum.

Wiem, że to podłe, co piszę. Ale mam wrażenie, że nie tylko nieszczęścia chodzą parami, ale szczęścia też. Bo są takie osoby, które mają wszystko i takie, które nie mają nic. Z drugiej strony to miło przyglądać się osobom, które mają życie jak z reklamy. Co do własnego życia, to mam wrażenie, że w ogóle w nim nie uczestniczę, że to jakaś wersja demo, ale prawda taka, że czas płynie, a ja tkwię w miejscu.

#LlJa5

Jestem osobą związaną ze środowiskiem medycznym, aktualnie nie do końca zawodowo - w najbliższym czasie jednak już zostanie to moim zawodem.
Czytałam komentarze pod wyznaniem o pijaczku co utknął w bagnie z powodu bólu brzucha, wskutek którego zmarł. W komentarzach pojawili się empaci - "szkoda, że chłop tak skończył", "szkoda człowieka".
Z mojego punktu widzenia? Nie, wcale nie jest ich szkoda. Ci ludzie robią to jedynie na własne życzenie i w żaden sposób ich krzywda nie budzi mojej empatii.

Na oddziale intensywnej terapii leżał mężczyzna. Drgawki miał cały czas, nawet pomimo otrzymywania leków przeciwdrgawkowych, były przerywane na minimalną ilość czasu. Było wiadomo, że z tego nie wyjdzie. Przyczyna? Ogólne wyniszczenie organizmu i martwica organów spowodowana spożywaniem alkoholu.
Pojawiła się jakaś kobieta u nas. Podejrzewam, że jego żona. Udało mi się zasłyszeć rozmowę z lekarzem.
- Panie doktorze, co z nim?
- Niestety, stan pacjenta jest bardzo ciężki i nie rokuje w żaden sposób poprawy.
- Panie doktorze, on już kilka razy lądował w szpitalu i zawsze udawało się mu pomóc.
- Owszem, ale każda wizyta tutaj to coraz trudniejszy do wyprowadzenia stan. Na tę chwilę przestały działać (wymienił kilka istotnych organów).
- Ale przecież one działały jeszcze niedawno, on prawie wszystko miał sprawne, tylko marskość wątroby...

Tylko marskość. I nawet pomimo tej "tylko marskości" trafił na oddział ratunkowy, mając ponad 4 promile.
Tacy ludzie niejednokrotnie najpierw agresywni trafiają na OIOM. A tam rodzina liczy, że zrobią cud. Poskładają człowieka na nowo z gruzów.
Rodzina, która nie interweniowała. Nie podjęła prób ubezwłasnowolnienia, zaszycia takiego człowieka.
Jeśli interwencja ze strony rodziny była - wtedy potwierdzają się moje słowa, że ich śmierć jest tylko na własne życzenie umierającego.
Leczony na koszt państwa, niejednokrotnie bez ubezpieczenia. Ratowany na siłę i tak w końcu wróci. W stanie jeszcze gorszym niż był.
Właśnie dlatego nigdy takich ludzi nie będzie mi szkoda. Wszystko co się z nimi dzieje jest tylko i wyłącznie ich wolą.

Zanim ktoś napisze "gdyby tak było w twojej rodzinie..." odpowiadam - było. Próbowaliśmy, stawaliśmy na rzęsach. Woziłam wujka po lekarzach. Chwilę miał wolę walki. Potem już odpuścił. Dalej... Standardowa droga przez oddział ratunkowy, OIOM, aż do samego grobu.
Do tej pory robię za czarną owcę rodziny mimo że mam rację. Wykończył się na własne życzenie mimo pomocy.

Dlatego nie jest mi szkoda pijaków. I nigdy nie będzie.

#8I2ij

Muszę to z siebie wyrzucić, bo aż mnie krew zalewa.

Moja mama jest obecnie po ślubie ze swoją "największą pierwszą miłością życia" - facet jej nigdy nie chciał, wolał inne, a znają się od jakiś 30 lat.
Moja mama mało nie zarabia, nigdy nie było tak, że jej kasy brakowało, dawała mi na wszystko co chciałam, i jeszcze znajomym pomagaliśmy.

Obecnie jest po ślubie ze swoją wielką love, i ona już dwa tygodnie po wypłacie... nie ma pieniędzy! Znajomym nie pożyczamy, bo nie ma takiej potrzeby, mi nie daje na jakieś wydatki, bo pracuję i mi to wystarcza, i przychodzi do mnie, bym jej pożyczyła... Gdzie jej mężuś oczywiście też pracuje (jeszcze pracuje), i dostał tę pracę po naszych znajomościach i zarabia cztery razy więcej niż zarabiał, lecz pomimo tego, książę jaśnie panie powiedział, że on pieprzy robotę, bo mu się nie chce, i będzie siedział w domu na fotelu przed tv na rencie za 1200 zł...
Nie było ślubu - były pieniądze, jest ślub i nie ma kasy. Chyba logika nasuwa się sama, prawda?

Kiedy mama nie miała kasy, domu, on miał ją gdzieś, a teraz? Wielka miłość, cudowne szczęście, moja mama jak ta zaślepiona głupotą nastolatka wpatrzona w niego, a mnie po prostu ch** roznosi, ja już nie wytrzymuję z takim czymś, z tą jego dwulicowością. On mi sam przyznał, że "jej nie docenił, kiedy nic nie miała, a teraz docenia bo ma dużo".

I ci jego znajomi. My nigdy nie robiliśmy imprez w domu, a teraz co dwa tygodnie jest wielka impreza, posiadówa przy wódce dla jego znajomych, i chwalenie się "ile to on teraz nie ma, jaki to ma cudowny dom, to wszystko JEGO!". Noż kurwa mać.
Przed obecnym mężem był facet, który nie miał niczego, ten facet serio nie miał niczego, nawet złotówki w portfelu, ale go uwielbiałam. Wiedziałam, że jest szczery i nie dwulicowy, polubiłam go od razu. A tego nie cierpię, nie trawię, nie toleruję, serce mnie boli jak to widzę. Nie lubiłam go od samego początku, odpychał mnie czymś, i marzę o tym by zniknął z mojego życia, bym nie musiała go oglądać, tym bardziej, że wlazł do mojego domu i chce się w nim rządzić, a na dodatek - ja mu przeszkadzam.

I nie, z moją mamą nie da się porozmawiać, bo do niej nic nie dociera, ona widzi tylko jego, a jak mi coś nie pasuje, to od razu zostaję zmieszana z błotem.

#hWZJj

Jestem dziewczyną. Od dawna się sama zadowalam. Ostatnio zaczęłam używać do tego szczotki wiszącej w łazience, która ma wyjmowalny trzonek. Szczerze - nic wcześniej nie zapewniało mi takiej ekstazy. Po pewnym czasie mój ojciec zaczął zadawać pytania typu "gdzie jest trzonek od szczotki?", "Co z nim robisz?". Coraz trudniej było mi odpowiadać wymijająco na te pytania. Moja siostra domyślała się prawdy, dlatego za każdym z tych pytań uśmiechała się pod nosem.

W końcu tata widać uznał, że trzonek znikał zbyt często. Pewnego dnia zastałam go... przyklejonego :D.

#kjc7a

W pewnym mieście była pewna parafia. W tej parafii pojawiali się swego czasu księża zaraz po seminarium. Jeden z nich, nazwijmy go Michał, był na swój sposób wyjątkowy. Młody ksiądz, mentalnie dzieciak z wielodzietnej rodzinki. Posiadał rękę do młodzieży. Organizował wyjazdy, ogniska, a nawet czas wolny tak po prostu po mszy. Dzieciaki, w tym ja, go uwielbialiśmy. Prowadził zabawne kazania. Wpajał dzieciakom prostą i potrzebną wiedzę, a nie stereotypowe pieprzenie dla sportu jak w innych kościołach. Grał z nami w berka i skakał w grze w klasy.

W pewnym momencie poszła plotka, że jest pedofilem. Znałam całą "ekipę" księdza Michała. Wszystkich ministrantów, całą scholę i dzieciaki bez ugrupowań, które po prostu się z nim bawiły. Nikt z nich nic nie wiedział, bo to były bajki wyssane z palca. Gość miał mentalność dziesięciolatka. Plotka poszła od dorosłych. Od moherów, które nie rozumiały, że ktoś po prostu może mieć dobry kontakt z dzieciakami i pomimo dwudziestu paru lat potrafić zachowywać się jak gówniarz.
Księdza odesłali.

Boli mnie to do dziś i wnerwia mnie, gdy widzę, jak ktoś szkaluje księży, że wszyscy to pedofile, chociaż sama od dawna nie byłam w kościele. Stereotypy czasem są bolesne nawet dla osób postronnych.

#DzV92

Kocham zwierzęta, wszystkie bez wyjątku. Ale gołębie - przynajmniej ta szara miejska odmiana - są po postu głupie w cholerę. Na moim osiedlu widziałam kiedyś sytuację, w której gołąbek spaceruje pośrodku jezdni, a na niego jedzie powoli dostawczak. Kierowca jedzie tempem ostrożnie parkującego, droga wąska więc z manewrowania nici, patrzy na gołębia i ma minę pt. "nie no, głupi nie jest, zejdzie", a gołąb przechyla łepek i myśli "nie no, głupi nie jest, zatrzyma się". I tak patrzył na tę zbliżającą się oponę to jednym, to drugim okiem, dopóki go w zwolnionym tempie nie rozjechała w gołąbkowego naleśnika...

PS. Ja też byłam pewna, że ptaszysko oddrepce przynajmniej ze dwa kroki i uniknie śmierci.

#LQ4SG

Poznałam go przez moich rodziców.
Pracowali razem z nim. Choć od nich był młodszy o jakieś 15 lat, dobrze się dogadywali. Ja z kolei byłam młodsza od niego jakieś kilka lat. On był już dorosły od dawna, ja chodziłam do liceum. Nie pamiętam jak to się stało, ale bardzo się polubiliśmy. Dość często się widywaliśmy, pisaliśmy SMS-y. Lubiłam go tak po prostu. Pamiętam, jak złamał mi serce, gdy się ożenił, nie wiem skąd wzięło się we mnie to uczucie. Przecież wiedziałam, że ma narzeczoną, między nami nigdy do niczego nie doszło... Może to było zauroczenie, może po prostu bałam się, że żona zmieni coś w naszej relacji. Nic się jednak nie zmieniło, nadal się kontaktowaliśmy. Pamiętam jak dziś, że lubiliśmy tę samą muzykę, podobnie pasjonowały nas podróże, samochody - z tym że on już zwiedził sporo świata, będąc zawodowym kierowcą.
Pamiętam, jak jego żona zaszła w ciążę, pamiętam, jak się cieszył, jak opowiadał, że jeżeli syn mu się urodzi, to on wybiera imię, jak córka, to wybiera imię żona.
Wiele dni przesiedzieliśmy razem na wybieraniu imion. Jedno z nich wyrwało mi się ot tak, potem okazało się, że bardzo mu się spodobało....

Potem były narodziny, radość, alkohol, telefon "mam syna!". Byłam szczęśliwa wiedząc, że on jest szczęśliwy...
Potem dowiedziałam się, że dał synowi na imię tak jak ja wybrałam...

Nigdy nie określił wprost kim dla niego jestem. Lubiłam go - a on mnie, ceniłam i liczyłam z jego zdaniem, tak jak on z moim, nigdy nie sprawiłam, aby jego żona była zazdrosna o mnie, o nasze kontakty. Jednak wiem, że ona miała do mnie pretensje... Z perspektywy czasu wiem, że sama bym pewnie miała...

Kasując SMS-y od niego w telefonie komórkowym myślałam, że jeszcze wiele razy do mnie napisze. Nie napisał.
Zdarzyło się coś, czego nie można pojąć... Taki młody człowiek, ułożone życie... zginął w wypadku, jego syn miał pół roku, zaczynaliśmy przygotowania do sylwestra, a tu taka wiadomość... A jeszcze 4 dni wcześniej z nim rozmawiałam...

Wiadomość przekazała mi koleżanka... Od razu wiedziałam, że chodzi o niego... (może kiedyś napiszę o moim darze przewidywania - jeżeli będziecie chcieli). Zginął praktycznie pod domem.

Pogrzeb to była tragedia, nie potrafiłam przeczytać na jego pogrzebie czytania w kościele, a byłam lektorką od kilku lat. Wtedy czytałam ostatni raz słowa Pisma Świętego. Już nigdy więcej nie stanęłam na ambonie kościelnej, aby przeczytać jakiekolwiek czytanie.

Dlaczego o tym piszę?
Bo wciąż o nim myślę, jak by to było, gdyby żył. Dlaczego tak się stało? Czy polubiliby się z moim mężem?
Tęsknię za nim... Zapomniałam już jego głosu, twarzy i nie mam nawet zdjęcia.. To już ponad 10 lat...
Nie mam komu się z tego wygadać, a najbardziej boli to, że ja wiedziałam, że on umrze. Nie potrafiłam temu zapobiec ani powiedzieć kim dla mnie jest.

#UEzlN

Studiuję w jednym z większych miast. Pewnego pięknego dnia, jak to typowy słoik, wracałam z domu z dwiema torbami wypchanymi po brzegi w zapasy. Dojechałam na dworzec, sprawnie przetransportowałam się do mocno zatłoczonego tramwaju. Dopiero po kilku przystankach zaczęło się robić trochę miejsca, później nawet wolnych było kilka siedzeń, z czego chętnie skorzystałam - torby na ramionach dawały się we znaki.

Jadę sobie, beztrosko patrzę przez okno i nagle, gdy tramwaj zbliżał się do kolejnego już przystanku, czuję, jak coś zaczyna opierać się o moje ramię. Tym czymś okazało się być brzuszysko pani moher, która w tym samym momencie donośnym i irytującym do granic możliwości głosem powiedziała "No może byś mi ustąpiła miejsca?". To ten ton, który po usłyszeniu powoduje otwarcie noża w kieszeni i zaciśnięcie pięści.

Już wtedy się we mnie zagotowało, ale postanowiłam nie robić cyrku, więc wstałam, jednak nie potrafiłam wstrzymać się od komentarza i powiedziałam: "Wystarczy poprosić, a nie od razu odnosić się do człowieka takim tonem". Na co pani moher stwierdziła: "O co ci chodzi, przecież ładnie poprosiłam. Gówniara posadzi tyłek i udaje, że mnie nie widzi, zero szacunku do starszych". (Dodam, że siedziałam tyłem do wejścia, więc jak miałam ją widzieć?) Już myślałam, że litania na tym się skończy, ale nie! Nagle nie wiadomo skąd wyskakuje drugi moher trzymający w ręku laskę (nie żeby się nią wspierała, po prostu ją trzymała) i wtórując temu większemu moherowi wskakuje na wolne miejsce tuż obok. Wtedy dopiero się zaczęło. "Tak, tak, pani ma rację, młodzież w ogóle nie ma do nas szacunku", "Nad głowami naszych rodziców kule latały, a im jest teraz za wygodnie, wszystkiego pod dostatkiem, to po co szanować starszych" (wtf), "Musimy ich sami uczyć kultury, bo z domu nic nie wynoszą". Nie wytrzymałam. Powiedziałam damom, że jeśli takim zachowaniem mają zamiar uczyć kultury, to życzę powodzenia. Na co tłusty moher postawił kropkę nad i: "Zamknij już mordę, dziewczyno, jeszcze mi tu pyskować będziesz". Jestem dość wygadaną osobą, ale przyznam, że wtedy mnie zamurowało. Przez moment myślałam, że to ze mną jest coś nie tak, ale zszokowane i pełne współczucia miny innych pasażerów przekonały mnie, że nie.

Może ktoś z Was, Anonimowi, wie dlaczego często starsi ludzie uważają, że szacunek należy im się "z urzędu"?
Dodaj anonimowe wyznanie