Robiąc jajecznicę, poczułam silne uderzenie na tyłku. Okazało się, że to mój ojciec walnął mnie z całej siły jakimś kablem z metalową końcówką – ból był tak silny, że prawie zemdlałam. A zrobił to dlatego, bo stwierdził, że nie zjem tyle i tylko jedzenie marnuję i jestem już gruba, dlaczego mam dalej tyć?
Mam normalną wagę do swojego wieku. Jajecznicę zrobiłam z pięciu jajek. Byłam bardzo głodna po całym dniu pomagania na polu. Mam 13 lat, zjadłam wszystko.
Drogie feministki. Całą sobą stoję za waszymi postulatami, naprawdę. Ale mam Was dość. Mam dość tego, że walcząc o całkiem potrzebne rzeczy, zachowujecie się jak dzikie fanatyczki. Mam dość Waszej obsesyjnej nienawiści do mężczyzn i wszystkiego, co męskie, którą jeszcze próbujecie usprawiedliwiać walką o prawa kobiet.
Już mi się ulewa tymi wszystkimi gównoburzami na forach internetowych, o tym jak to kobiety są molestowane, bo ktoś do nich powiedział „pani Grażynko” zamiast „pani Grażyno” albo rzucił po prostu „ładnie dziś wyglądasz” (tak, tak, komplementy też są wyrazem seksizmu). Mam dość tego, że rzucacie się jak wściekłe psy, bo ktoś na tablicy korkowej w szkole, wywieszając propozycje zawodów, wśród „męskich” nazw (piekarz, kucharz, fizyk) powiesił „kasjerka”. Twierdzicie, że to szowinizm i seksizm. Dla Waszej informacji — nie. To mogło być zwykłe zmęczenie i torowanie, nie trzeba z tego powodu robić krucjaty.
Ulewa mi się tym ciągłym krzykiem o to, że kobiety mają mieć wybór. A powiedzcie mi, gdzie go nie mamy? Ktoś Was kajdankami do kaloryfera przykuł i nie możecie opuścić domu? Albo na odwrót — ktoś stoi nad Wami z knutem i nie pozwala z pracy wyjść? Czy może problem macie z tym, że ktoś o Was powie „kura domowa” albo „karierowiczka”? Jeśli tak, to Was rozczaruję — trolle były, są i będą. Prowadźcie dalej tę swoją kampanię i dalej wyważajcie otwarte drzwi. Ale nie mówcie, że to w imieniu wszystkich kobiet.
Ulewa mi się tą hipokryzją. Żarty o blondynkach są seksistowskie, dyskryminujące i są świadectwem kultury gwałtu i ucisku. Ale żarty o Jasiu albo o zającu i niedźwiedziu (które jednak zwykle są samcami) już są spoko. Tylko z kobiet nie można żartować. Tylko kobiet nie można krytykować. Mężczyzn już tak — niech mają, niech odpłacą za winy dziadów. Teraz my będziemy przy władzy. Taka jest Wasza równość.
Ulewa mi się tą wieczną wojną i dziecinną próbą udowodnienia swoich racji.
Nienawidzicie mężczyzn i chowacie to pod hasłami o wolności i równości. Jak niską musicie mieć samoocenę, skoro WSZYSTKO jest dla Was atakiem wymierzonym w Waszą płeć?
A tą kilkakrotnie wspomnianą „równością” już mi się rzyga. Parytety, przywileje, wieczna walka o to, że kobietom ma być lepiej. Wasza równość oznacza, że mężczyźni są nam równi, ale to my jesteśmy równiejsze.
Ja nie nienawidzę swojej płci. Nie nienawidzę też mężczyzn. Wszyscy jesteśmy ludźmi. Więc nie podpisujcie się za mnie, kiedy z kobiet próbujcie zrobić nadludzi. Nie używajcie hasła „wszystkie”. Zacznijcie mówić „nas”, „nasze”, „dla nas”. „Nas feministek”, nie „nas kobiet”.
Gdy miałam 15 lat, zmarł mój dziadek. Mieszkałam wtedy w jednym domu z rodzicami i dziadkami, my mieszkaliśmy na piętrze, dziadkowie na parterze, dzieliła nas długa i zimna klatka schodowa, więc starzy, schorowani dziadkowie nigdy nie wchodzili na górę, a gdy akurat czegoś potrzebowali, otwierali tylko drzwi na klatkę u siebie i wołali, najczęściej moją mamę.
Tego dnia była sobota, 7 rano, ja jeszcze spałam, gdy obudził mnie krzyk mojej babci, wołającej z dołu moją mamę. Otworzyłam oczy i wybuchnęłam płaczem, wiedziałam, co się stało. Tej nocy miałam sen, a może był to sen na jawie. Przebudziłam się w środku nocy, była około trzeciej, a ja zobaczyłam stojącego obok dziadka – nic nie mówił, tylko stał i patrzył na mnie przez dłuższą chwilę, w końcu uśmiechnął się i wyszedł... Byłam zdziwiona, chciałam pobiec i powiedzieć o tym rodzicom, bo przecież mój dziadek ledwo chodzi o lasce, jak on mógł wejść po schodach, a na dodatek może spaść, schodząc. Czułam, że coś jest nie tak, ale w końcu nie zrobiłam nic, zasnęłam i nad ranem mój dziadek już nie żył. Lekarz stwierdził zawał.
Nigdy nikomu o tym nie powiedziałam, od 8 lat żyję z ogromnym poczuciem winy, bo wierzę, że dziadek przyszedł do mnie po pomoc, a ja nie zrobiłam nic. Tak bardzo bym chciała cofnąć czas, obudzić rodziców, poprosić, by poszli sprawdzić, co z dziadkiem, zrobić cokolwiek. Nie wiem, czy to był tylko sen, czy jawa, ale wiem, że mój dziadek próbował mi coś przekazać, a ja go nie wysłuchałam. Ten uśmiech prześladował mnie miesiącami, nigdy w życiu go nie zapomnę.
Jestem studentem dziennym kierunku inżynierskiego, robię już magisterkę. W wyniku złego wyboru miejsca studiów, do którego ojciec mnie zmusił, oraz tego następstw, tj. mobbingu ze strony kilku moich „kolegów”, depresji oraz dwóch warunków, których nie było szans zaliczyć, musiałem wrócić do domu oraz przenieść się na lokalną uczelnię, na co dostałem zgodę. Nie żałuję tego, że studiuję na tej uczelni, bo tam uczę się i robię to, co lubię, mam w końcu kolegów i koleżanki, na których mogę liczyć, działam w samorządzie wydziałowym i zrobiłem świetną pracę inżynierską. Niestety, w życiu poza uczelnią jestem beznadziejny. Od kilku lat nie mogę znaleźć żadnej pracy dorywczej poza pracą w komisjach wyborczych czy jako rachmistrz. Błędne koło... Nie mam doświadczenia, więc pracodawca nie zatrudni mnie, tym samym nie dając możliwości zdobycia doświadczenia. Rodzice sypną mi na urodziny, imieniny czy święta większym groszem, ale tak to na miesiąc tylko marne 200 zł kieszonkowego, a i tak by mi najchętniej nie dawali, co sami przyznali, bo przecież mieszkam u nich i mam to, czego potrzebuję, a wystarczy poprosić. Potrafią się trochę na mnie wyładować, gdy jest im trudno w pracy lub coś denerwuje. Nie mogę za bardzo swoich potrzeb zaspokajać, bo i tak się kończą szybko (stres sprawia, że zajadam go słodyczami i innymi rzeczami, przez co przytyłem i rodzice motywują mnie do odchudzania utratą kieszonkowego). Jako że praca dorywcza jest poza moim zasięgiem, pieniędzy od uczelni nie dostaję, bo na socjalne mam za bogatych rodziców, stypendium rektora próbowałem na początku studiów magisterskich, ale nie dostałem, bo odmówiono go mimo kwalifikowania się do niego (były bezlitosne zbyt małe limity). Czuję bezradność i pustkę, którą dopełniają samotność w postaci singielstwa oraz tego, że nie mam nikogo innego bliskiego, kto byłby dla mnie oparciem.
Nie wiem czemu, ale zawsze, gdy z kimś rozmawiam, wyobrażam sobie, jak wygląda przyrodzenie tej osoby... Chciałabym przestać o tym myśleć.
W pandemii zorganizowałam sobie w domu imprezę, w której wzięły udział dwie osoby: ja oraz mój kot. Upiłam się, muzyka grała na cały blok, były tańce, dźwięk otwieranego szampana oraz głośne rozmowy video na messengerze ze wszystkimi znajomymi po kolei — wszystko to toczyło się także na moim balkonie. Zabawa trwała w najlepsze, aż sąsiedzi wezwali policję, bo „naruszam zasady bezpieczeństwa i urządzam w mieszkaniu zgromadzenia ludzi”. Mandacik i po zabawie.
Rodzice nigdy nie edukowali mnie na temat higieny i budowy członka. W związku z tym do 13 roku życia byłem przekonany, że z biegiem dojrzewania napletek sam, w magiczny sposób, zniknie. Dodatkowo miałem na uwadze, że dorastam troszkę wolniej niż moi rówieśnicy, przez co byłem cierpliwy. Pierwsze myśli o masturbacji skutecznie odrzucałem, w obawie o gniew Pana Boga. Jednak wraz z zaczęciem uczęszczania do gimnazjum, burza hormonów przezwyciężyła bogobojność. Z biegiem czasu pojawiły się domysły, że chyba jednak moje przekonania co do budowy prącia nie są całkowicie trafne. Później nadszedł moment, kiedy internet wyjątkowo, naprawdę przydał się dziecku w moim wieku i wszelkie zaległości błyskawicznie nadrobiłem.
W przyszłości dopilnuję, aby mój syn przypadkiem nie żył za długo w takiej niewiedzy.
Mój chłopak poszedł do łazienki pod prysznic. Przy okazji miał ogolić sobie miejsca intymne. Siedzę, czytam książkę, słyszę pisk. No cóż, pewnie się zaciął. Wraca z grymasem na twarzy, ogłaszając: „Kochanie, postanowiłem też ogolić sobie sutki... (chodziło o kilka ciemniejszych włosków wokół) ...no i chyba zrobiłem sobie krzywdę”. Odrywam się od książki i patrzę na nieudolne dzieło mężczyzny, z którym zamierzam ułożyć sobie życie. Odciął sobie pół brodawki sutkowej.
No cóż, wnukom chyba nawymyślamy, że oberwał podczas walki czy coś.
Uwielbiam, kiedy mój partner w trakcie naszych zabaw do mnie mówi. Kręci mnie jego zdyszany głos, który prawi mi komplementy na temat mojego ciała i nie tylko to.
Kiedy zaczęłam sypiać z moim chłopakiem, długo wstydziłam się mu o owym fetyszu powiedzieć, ale tego wieczoru, kiedy podczas igraszek wypowiedziałam te magiczne słowa: „Mów do mnie”, usłyszałam tekst, który momentalnie wszystko zakończył, a rozpoczął lawinę śmiechu.
„A kwadrat plus B kwadrat równa się C kwadrat” :D
Wczoraj podczas jazdy samochodem słuchałam fajnej nuty. Wyobrażałam sobie, że jestem gwiazdą i biorę udział w teledysku. Nie, nie spowodowałam wypadku. Spóźniłam się godzinę do pracy, bo zagapiłam się i źle zjechałam z autostrady. Dzięki temu spełniły się moje marzenia o pozostaniu celebrytką. Wylali mnie na oczach całego zespołu.
Dodaj anonimowe wyznanie