Gimnazjum. Początek moich wielkich rozczarowań miłosnych. Wiadomo - te pierwsze miłostki bolą najbardziej i wspomina się je jeszcze przez długie, długie lata.
Pewnego dnia na lekcji WF-u wypatrzyłam sobie chłopaka. Straszliwie mi się spodobał - był sportowcem (a do takich po dziś dzień mam wielką słabość). Oczywiście od razu powiedziałam o tym swojej koleżance, z którą zwykłam siedzieć na wszystkich lekcjach w ławce. Wiecie, coś w rodzaju najlepszej przyjaciółki, ale z przewagą "w rodzaju".
Męczyłam się z owym zauroczeniem przez dłuższy czas. Mijałam go na korytarzu, wzdychałam podczas lekcji WF-u i tak dalej.
Pewnego pięknego dnia siedziałam na przerwie przy sali, w oczekiwaniu na kolejną lekcję. Pamiętam, że mój obiekt westchnień wtedy obok mnie i mojej kumpeli przechodził. Należy tutaj wspomnieć, że koleżanka należała do niezwykle odważnych i pewnych siebie osób.
To była chwila - dziewczyna poderwała się z podłogi i zatrzymała zdziwionego chłopaka.
- Hej, wiesz co, jest sprawa. Podobasz się mojej koleżance! - Pokazała tutaj palcem na mnie.
Oczywiście spaliłam buraka, ale nie mogłam nic zrobić - byłam w wielkim szoku. Po prostu... Szczęka mi opadła.
Chłopak spojrzał na mnie, a następnie wypowiedział słowa, które będą odbijać się w mojej głowie do końca życia:
- O Boże, jaki paszczur...
Cóż.
Mam dość specyficzną 80-letnią babcię, m.in. posiadam zdjęcie, na którym pokazuje "fucka" bądź znak pokoju. Mimo podeszłego wieku sypie różnymi tekstami i humor jej dopisuje. Na ostatniej wizycie znowu musiałam słuchać jej rad typu "jak obchodzić się z facetami". Bo, jak to ona powiedziała, trzeba się rozeznać, czy chłopak to na poważnie rozmawia, czy robi sobie podśmiechujki.
DZIEWCZYNY! NIE DAJCIE ROBIĆ Z SIEBIE PODŚMIECHUJKÓW!
Opiszę wam dzisiaj historię mojego dziadka.
Otóż sytuacja wydarzyła się za czasów okupacji niemieckiej, a mój dziadek był wtedy małym chłopcem (miał chyba 10 lat). Mieszkał wraz z rodzicami na wsi, w sporym gospodarstwie. Gdy przyszli Niemcy i zajęli kilka domów jako kwatery, ich oficerowie i jeden SS-man upatrzyli sobie właśnie to gospodarstwo jako ich kwaterę. SS-man i jego świta, uchodzili za bardzo brutalnych. Sąsiada pobili do nieprzytomności za jakąś błahostkę.
Owi Niemcy zajmowali całe drugie piętro, które zamykali na klucz. Pewnego razu wyszli wszyscy gdzieś na spacer i nie zamknęli drzwi. Dziadek jak to mały chłopiec, zajrzał ciekawy. Od razu rzucił mu się w oczy piękny, zdobiony w czaszki, raczej wykonany na zamówienie, Luger (pistolet) tegoż SS-mana. Facet przed wyjściem czyścił i po prostu zostawił, nie przypuszczając ze ktokolwiek tam wejdzie (jak mówiłem wszyscy się go bali). Dziadek zaczął bawić się bronią, która okazała się nabita, i w trakcie zabawy - wystrzeliła mu prosto w nadgarstek rozrywając żyły.
Wystraszony pobiegł do pobliskiej sadzawki, nauczony ze rany należy płukać. Gdy zauważył ze to nic nie daje, a krwotok się zwiększył postanowił wrócić do domu. Bał się, że gdy ten wielki pan w czarnym płaszczu, odkryje ze ktoś wszedł do jego pokoju i bawił się jego bronią, to po prostu rozstrzela całą rodzinę na miejscu. Postanowił zaryzykować gdy zaczynał mieć mroczki przed oczami i wrócił. Gdy jego mama zobaczyła synka, który trzyma się za nadgarstek i do tego jest cały zalany krwią, szybko skojarzyła fakty. Od razu owinęła mu rękę szmatami, ręcznikami ale niewiele to dało. W dodatku lekarz był we wsi, ale był tylko dla żołnierzy niemieckich.
I wtedy wrócił SS-man. Wszedł na górę, zobaczył łuskę, dziurę w podłodze i otwarte drzwi. Skojarzył fakty. Zszedł na dół, zobaczył krew i mojego dziadka uciskającego ranę. Bez słowa podszedł wziął go za koszulę, przerzucił przez plecy i wyszedł. W domu nikt nie znał niemieckiego i wszyscy myśleli, że on go wlecze na dziedziniec żeby po prostu dla przykładu rozstrzelać. Jednak owy brutalny, zły, straszny człowiek, zaniósł mojego dziadka na rękach do swojego podwładnego, lekarza. Lekarz zszył rękę "na żywca", a wrzask dziadziusia było słychać w sąsiedniej wsi :)
Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, a mój dziadek dostał porządną nauczkę...
Wracałam z zakupów do domu ze słuchawkami w uszach. Jedną rękę miałam zajętą przez siatkę, zaś drugą przez papier toaletowy, wiecie, taki pakowany po 6 rolek z "rączką".
Nagle poczułam, że ktoś klepie mnie po ramieniu. Odwróciłam głowę do tyłu i ukazał mi się chłopak, na widok którego wręcz dostałam palpitacji, że ktoś taki zwrócił na mnie uwagę. Widzę, że coś do mnie mówi, więc wyciągam słuchawki i pytam, czy w czymś pomóc, mając cichą nadzieję, że a nuż spyta, czy nie dam się gdzieś wyrwać...
W ręku trzymał rolkę papieru i powiedział, że wypadła mi z opakowania. Lekko zażenowana i zawiedziona, że to jednak nie był podryw, przejęłam ową rolkę. Włożyłam ją do siatki, a rączkę od opakowania papieru zwinęłam i mocno ścisnęłam dłonią zawinięty rulonik, tak by kolejna rolka nie wypadła mi po drodze. Następnie ślicznie podziękowałam i ruszyłam do przodu.
Jakie było moje zdziwienie, gdy ponownie ukazał mi się ten sam chłopak, co dokładnie 15 sekund temu. Znowu trzymał rolkę papieru. Nagle w głowie pojawił mi się natłok myśli. JAKIM CUDEM ZNOWU TRZYMA JAKĄŚ ROLKĘ, SKORO DZIURĘ ZAWINĘŁAM I TRZYMAŁAM TAK, ŻE NIEMOŻLIWE BYŁOBY ŻEBY COŚ MOGŁO WYPAŚĆ?!
Zdziwiona spojrzałam na opakowanie i faktycznie, brakowało 2 rolek. Ponownie dziękując dodałam, że nie wiem jakim cudem one "wyskakują" z tego opakowania. Na co usłyszałam odpowiedź..."TO PEWNIE DLATEGO, ŻE DZIURA NIE JEST U GÓRY TYLKO NA DOLE, PRÓBOWAŁEM WŁAŚNIE CI TO POWIEDZIEĆ, ALE SZYBKO ODESZŁAŚ".
Zrobiłam się czerwona i zaczęłam się śmiać sama z siebie, a on razem ze mną.
Nie, to nie był podryw i nie, nie jesteśmy parą.Tak, jestem blondynką.
Sytuacja dosłownie sprzed chwili.
Siedzę sobie nieświadoma niczego w autobusie i grzecznie czytam książkę. Zatrzymujemy się na przystanku i do autobusu wsiada chłopak. Uśmiecha się promiennie w moim kierunku i prosi, czy mogłabym ustąpić mu miejsca pod oknem. Oczywiście ja wstaję, on siada przy oknie, a ja zajmuje miejsce koło niego. Wyglądał na bardzo zadbanego. Ubrany w ciuchy typowych blogerów czy jutuberów, sprawiał wrażenie jednego z nich. Miał naturę takiego lalusia, co sekundę poprawiał natapirowaną grzywkę, którą częściowa zasłaniała wisząca smętnie czapka. Patrzyłam się kątem oka, kiedy nagle spojrzał się w moją stronę. Od razu zaczęłam udawać, że czytam, kiedy w jego oczach zauważyłam chęć konwersacji. Nie miałam ochoty rozmawiać o lakierach do włosów czy maseczkach na pryszcze.
No właśnie, pryszcze. Gość, który siedział koło mnie, posiadał wielkiego syfa na czole. Wyczuł go ręką i wyciągnął z dizajnerskiej plecako-torby podręczne lustereczko. Kątem oka spojrzał, czy nikt go nie obserwuje. Pomacał i pooglądał go przez chwilę, a potem zaczął go... wyciskać. Bestia była niezłomna i nie chciała łatwo się poddać. Sąsiad niczym wojownik walczył z olbrzymim czerwonym smokosyfem. Mówię sobie, nie ma już szans, przeciwnik jest za silny. Wtedy też uderzył w niego z podwójną siłą. Erupcja była już bliska. On też wiedział, że zabije tego gada. Jego koniec był bliski. Świadomy tego nindża zadał ostateczny cios. Nagle olbrzymi wulkan wybuchnął, a z wnętrza jego krateru wystartowała obrzydliwa masa, lotem tak szybkim jak struś pędziwiatr i zakończyła swój lot w przestworzach na puszystych włosach pani siedzącej przed zdezorientowanym chłopaczkiem.
W życiu tak mną nie wzdrygnęło. Mój obiad podszedł mi do gardła i ja też miałam ochotę zrobić coś jeszcze bardziej obrzydliwego. Zrobiło mi się słabo i w jednej chwili całe życie przeleciało mi przed oczami. Wojownik też nerwowo drygnął. Jedną ręką zaczął tamować cieknącą strumieniami krew, a drugą szybko chować narzędzia zbrodni do swojego czarnego worka. Nałożył tylko szybkim ruchem czapkę na miejsce startu materii. Książką musiałam podtrzymywać sobie głowę, oby tylko nie zemdleć i nie zwrócić swego obiadu. Biedny chłopaczyna cały czas drżał i pustym wzrokiem wpatrywał się w przemijające budynki. Dotarło do niego co zrobił, ale czasu już nie cofnie. Siedział roztrzęsiony i unikał każdego spojrzenia. Powoli dochodziłam do siebie, choć nadal leżałam ledwo żywa.
Kiedy tylko autobus się zatrzymał gwałtownie wstałam, aby tylko uciec jak najdalej. Chłopaczek bił się z myślami i wiedział już, że był świadek całego zajścia. Odwróciłam się całkowicie i zaczęłam głęboko oddychać. Pech sprawił, że stała przede mną owa kobieta, a ja zderzyłam się oko w oko z obrzydliwym gadem na jej włosach i... zemdlałam.
Mam starszą siostrę, która w wieku gimnazjalnym zaczęła popalać papierosy i w ciągu kilku lat przerodziło się to w nałóg. Nienawidziłam fajek i jako mały potworek (jak się potem okazało, również hipokrytka) parę razy musiałam oczywiście podkablować ją rodzicom. Teraz palimy obie i wybaczyła mi siostrzaną "nielojalność". Rzecz w tym, że o ile moja siostra przez tych parę incydentów z fajkami straciła zaufanie moich rodziców, ja byłam uważana za złotowłosego aniołka i nikt mnie nie podejrzewał o palenie. Zresztą zawsze się ukrywałyśmy, do tego żułyśmy gumy, psikałyśmy się perfumami i regularnie myłyśmy włosy, czyli "na pewno nikt nie poczuje".
Mamy babcię, wdowę od kilkudziesięciu lat. Nasza mama, z różnym skutkiem, próbowała znaleźć babci przyjaciela, z którym babcia mogłaby spędzić jesień życia. No i w owym czasie, kiedy działa się pisana przeze mnie historia, stało się. Babcia poznała pewnego pana i po miesiącu zaprosiła go do siebie na popołudnie. Pan palił. I skończyła mu się paczka. Co robi uprzejma babcia?
Tup, tup, tup, na górę, do pokoju mojej siostry i konspiracyjnym szeptem pyta: "Angelisiu (zawsze tak do niej mówi), miałabyś może pożyczyć że dwa papierosy dla pana Zygmunta...?".
I cały misterny plan w...
Babcia wie wszystko :)
Sytuacja z dzisiejszej nocy...
Przed drugą mój pies Barry zaczyna szczekać jak wariat, biega jak głupi do drzwi. Rodzice wychodzą na korytarz, a ktoś woła pomocy, schodzą w dół - całe drugie piętro we krwi i co tu zrobić, jak kogoś tam zabili czy co... Wchodzą do sąsiadki, a ta w łóżku cała zakrwawiona, jak się później okazało żylak jej na nodze pękł, mama tamowała krwawienie. Czekając na karetkę tata przy okazji zatrzymał przejeżdżający patrol z tekstem, że tam jest masakra, wszędzie pełno krwi... Podobno takiej miny policjantów nie widział. Przyjechała karetka, krew jeszcze trysnęła na ratownika medycznego przy nakładaniu opatrunku. Sąsiadkę zabrało pogotowie, cała klatka ubrudzona krwią...
Całe szczęście, że Barry to wyczuł, bo by się wykrwawiła na śmierć. Najdziwniejsze jest to, że podczas całej sytuacji zareagowali tylko rodzice, pomimo że mieszkamy dwa piętra nad sąsiadką. Jestem dumna z mojego czworonoga.
Jestem - a raczej byłam ze swoim chłopakiem rok. Niedawno przeprowadziłam się do małej miejscowości na obrzeżach miasta, nie widywaliśmy się często, ale postanowiliśmy utrzymać związek na odległość, bo bardzo się kochaliśmy. Rozstaliśmy się tydzień temu.
Od dłuższego czasu prowadzę fanpage na Facebooku - dość znany i lubiany. Staram się pomagać ludziom (psychicznie, słownie) kiedy tego potrzebują - wystarczy tylko napisać do mnie wiadomość.
Nie odczułam potrzeby podzielenia się moim zainteresowaniem z moim chłopakiem ani też z przyjaciółką. Był to mój mały sekret. Jeszcze jedna istotna informacja - na fanpage kryję się pod pewnym pseudonimem, więc nikt nie wie kim jestem naprawdę.
Kiedy przeglądałam ostatnie wiadomości niecałe dwa tygodnie temu zauważyłam znajomą profilówkę - spojrzałam - imię i nazwisko mojego chłopaka! Nie wierzyłam własnym oczom. W głowie kłębiły się myśli, czego potrzebuje, przecież mógł powiedzieć mi co mu leży na sercu. W końcu nie wytrzymałam, spojrzałam na jego wiadomość...
Kochani, możecie sobie tylko wyobrazić moją minę, gdy przeczytałam, że od kilku miesięcy zdradza swoją dziewczynę (mnie) z jej (a właściwie moją) najlepszą przyjaciółką, która na dodatek jest w 2 miesiącu ciąży (o której nawet nie zostałam poinformowana) i bidulek nie wie, jak o tym powiedzieć swojej "wybrance". W wiadomości zapytał co ma robić, bo prawda i tak wyjdzie na jaw, że kocha moją najlepszą kumpelę, a ze mną jest tylko po to, bym nie czuła się samotna i po to, że ze szczerego serduszka pomagałam mu w pracach domowych...
Mam nadzieję, że karma powróci. Jeśli to czytasz - no nic, tylko tyle powiem - dziękuję i pozdrawiam, kochanie. Dzięki Tobie sama przekonałam się, że nie warto wierzyć w żadne obietnice i rzekome "wyjścia na piwo" z kolegami po mojej wyprowadzce :).
Panowie, znacie to uczucie, gdy bezgranicznie ufacie swojej drugiej połówce, bez której nie wyobrażacie sobie życia? Ja znałem…
Zacznę od początku, byłem najszczęśliwszym facetem na ziemi, stała praca, pensja, dziewczyna, z którą mieszkałem, wieloletni przyjaciel z prawdziwego zdarzenia, nie raz mi to udowodnił swoją pomocą. Niestety to wszystko było sztucznym pięknem w akrylowym świecie.
Na rocznicę naszego kilkuletniego związku dostałem od dziewczyny prezent, wspaniałą Nokię 730, jej główną zaletą był DUAL SIM, sobie też wzięła jakiś inny model telefonu, ponieważ w sklepie była zniżka przy zakupie dwóch smartfonów (sobie również wybrała telefon z dual simem), kupiła dwa nowe startery i powiedziała mi, że to będą tylko nasze numery, nikt inny ich nie będzie miał. Jakież to było urocze, gdy mi o tym powiedziała, rozpłakałem się, że Bóg obdarował mnie takim szczęściem. Następnego dnia w pracy widzę, że mój przyjaciel ma taki sam model telefonu, zdradził mi, że to on pomagał w doborze prezentu dla mnie i tak mu się spodobał, że sobie kupił taki sam model. Uwierzyłem, bo co w tym dziwnego, dziewczyna nie wiedziała co mi kupić, to poprosiła o radę najlepszego przyjaciela – proste. Dał mi do niego nawet bardzo fajną naklejkę w postaci uśmiechniętej buźki, żebym nakleił na telefon – oznaka optymizmu (sobie również nakleił taką samą).
Minęło kilka miesięcy (telefon dostałem w lutym 2015 roku) i wychodząc do pracy zapomniałem telefonu, miałem zakręcony dzień, tak że nawet nie zwróciłem uwagi, że nie mam go przy sobie. Wróciłem zmęczony, kładąc się na sofie w salonie poczułem, że coś mnie uwiera w plecy, sięgnąłem ręką – a tu mój telefon! Zdziwiłem się trochę, bo zawsze kładę go na półce, no ale jak gdyby nigdy nic wziąłem go i położyłem na swoje miejsce. Następnego dnia wychodząc do pracy już go nie zapomniałem i wziąłem zwyczajowo ze sobą.
Podczas przerwy coś mnie tknęło do przejrzenia galerii zdjęć, zdębiałem, gdy zobaczyłem tam swojego najlepszego przyjaciela z moją dziewczyną w różnych pozycjach seksualnych! Ten idiota pomylił swój telefon z moim i robili sobie zdjęcia podczas uprawiania seksu! Co było dalej nie muszę opowiadać... Czekam na rozprawę sądową za pobicie, dziewczynę wyrzuciłem z domu i zostałem sam z tym jej pięknym prezentem...
Telefon do kupienia na allegro :)
Kilka lat temu, wracając do domu, spotkałam po drodze "wróżkę" przepowiadającą przyszłość, która wyglądała gdzieś tak na czterdziestkę. Choć nigdy nie wierzyłam w te bzdety, dałam się namówić na to, żeby powróżyła mi co nieco.
Przyjrzała się mi uważnie, po czym zapytała: "Jesteś singielką?". Pomyślałam, że ona sama powinna to wiedzieć, skoro jest wróżką, jednak potwierdziłam, że nie mam obecnie chłopaka. Wtedy rozbawionym głosem wróżka dodała: "To świetnie! Bo miłość wreszcie puka do twych drzwi i dziś wieczorem spotkasz swojego jedynego". Gdy zapłaciłam za wróżbę, szybko wyszłam i w ciszy wyśmiałam wróżkę i tę jej przepowiednię. Jednak gdy szłam ulicą, wpadłam przez przypadek na jakiegoś chłopaka. Był mega przystojny, charyzmatyczny, a to jego umięśnienie... Każda by go chciała. Wtedy zrobił coś, czego nigdy bym się nie spodziewała - zaprosił mnie na "randkę", żeby się lepiej poznać.
Tak zaczęła się nasza znajomość. Zaczęliśmy się spotykać, chodzić razem na spacery. Pewnego dnia postanowiłam wrócić do wróżki, która wtedy przepowiedziała moją przyszłość. Kupiłam jej kwiaty w ramach wdzięczności. Jednak o dziwo spotkałam u niej mojego chłopaka, który z nią rozmawiał, jakby byli spokrewnieni. Potem wyjaśnił mi, że ta wróżka była tak naprawdę jego ciocią, a ta cała sztuczka była ukartowana, by znaleźć kawalerowi jakąś ładną dziewczynę.
Historia skończyła się dobrze. Nie złościłam się na niego długo, jednak po dziś dzień domagam się zwrotu pieniędzy za tamtą wróżbę...
Dodaj anonimowe wyznanie