Nie tak dawno wpadłem na najgłupszy pomysł w moim życiu.
Moja żona miała urodziny i długo myślałem nad prezentem dla niej. W końcu mnie olśniło, że ciągle wraca zmęczona z pracy, brak jej dobrego relaksu, więc może przydałby się jej masaż. Zamówiłem wizytę do domu. Gdy żona wróciła do domu, złożyłem jej życzenia i powiedziałem o niespodziance czekającej w jej pokoju.
Kiedy tam weszła ja poszedłem robić kolację. Po godzinie (tyle miał trwać relaksujący masaż poszedłem sprawdzić jak się czuje). Gdy otworzyłem drzwi nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Zobaczyłem moją żonę całkiem nagą i leżącego na niej masażystę... nie muszę mówić co robili, a właściwie już kończyli...
Minęło kilka miesięcy i jesteśmy w trakcie rozwodu. Nigdy nie wybaczę jej tego, co zrobiła, ale i sobie tego, że dałem jej taki "prezent".
Sam nie wiem co o tym wszystkim myśleć...
Zacznę od początku aby wszystko było chronologicznie. Ponad 2.5 roku temu straciłem ojca, bardzo boleśnie to przeżyłem, bo był mi bardzo bliską osobą i odszedł zdecydowanie za wcześnie. Przy pomocy najbliższych jakoś zacząłem normalnie funkcjonować i cieszyć się życiem, zdarzały i w sumie nadal zdarzają się wieczory, gdzie po prostu zaczynam wspominać, tęsknić i płakać. Ostatnim takim wieczorem były moje 20 urodziny. Jak wiadomo w dzień urodzin człowiek zaczyna myśleć, analizować swoje życie no i wspominać. Uświadomiłem sobie, że cholernie brakuje mi obecności ojca w życiu i oddałbym bym wszystko aby móc z nim jeszcze choć raz porozmawiać, szczególnie w dzień urodzin. Możliwe to niestety nie było, zegarek wybił 2 w nocy, więc poszedłem spać.
I teraz meritum całej opowieści. W chwili gdy się obudziłem czułem się dziwnie szczęśliwy i w głowie miałem tylko swój sen. Siedziałem z tatą w pokoju, śmialiśmy się i jedliśmy ptasie mleczko.... Była to tylko jedna krótka sytuacja, a dała mi tyle szczęścia. Przez 2.5 roku tata nie śnił mi się ani razu, a w dzień, w którym tak bardzo mi go brakowało przyszedł mnie odwiedzić...
Nie wiem i nie chce wiedzieć w jaki sposób powstają sny, możliwe i nawet bardzo prawdopodobne, że to moja wyobraźnia stworzyła tak bardzo przeze mnie pożądany obraz, jednakże było to dla mnie bardzo ważne i myślę, że tata po prostu przyszedł mnie odwiedzić :)
Mój dziadek jest weteranem II Wojny Światowej i prowadził ostatnio wykład dla licealistów. Wspominał czasy okupacji, a potem odpowiadał na pytania zadawane przez młodzież. Niektóre z nich były całkiem ciekawe, inne niestety już nie.
Dziadek liczy sobie 98 lat i mimo, że w dalszym ciągu ma bardzo dobrą pamięć i refleks, to widziałem, że po drugiej godzinie reagowania na coraz bardziej niedorzeczne pytania, był już trochę zmęczony i poirytowany. A kiedy mój najdroższy senior jest zirytowany, to potrafi rzucić mięsną ripostą. I tak też właśnie stało się tym razem.
Jakiś dzieciak podniósł rękę, prowadząca spotkanie babka dała mu mikrofon. Młody poprawił pingle, przybrał poważna minę i odchrząknąwszy rzekł:
- Kiedy zorientował się pan, że wojna się już skończyła?
Dziadek powoli nachylił się do swojego mikrofonu i z równie poważną miną odpowiedział:
- Kiedy te chuje przestały do mnie strzelać, młody człowieku...
Dziś mój ośmioletni syn powiedział, że mam nie wchodzić po niego do szkoły, tylko czekać w samochodzie w bardziej odległym miejscu. Bardzo zdziwiło mnie jego zachowanie, więc dopytywałam, dlaczego nie chce, żebym po niego przychodziła.
Dowiedziałam się od niego, że opowiedział wszystkim w szkole, że ma bardzo ładną mamę i teraz "nie chce, żeby wszyscy dowiedzieli się, że kłamał"...
Jakiś czas temu było wyznanie o radach z internetów... To ja dorzucę swoje.
Siedziałam w domu z ogromnym bólem wewnętrznej strony policzka i dziąseł, bo kilka dni wcześniej zakładano mi kolejną część aparatu, a druty się wbijały w policzki. To tyle wstępu.
Gdzieś w internecie przeczytałam, że ból w jamie ustnej minie, jak się przebije kapsułkę przeciwbólową i płyn wyleje na bolące miejsca. Szczęście ogromne, no bo wow! Kilka minut i koniec katorgi! Jeść normalnie będę mogła!
Igła poszła w ruch, kapsułkę przebiłam, i pełna nadziei wylałam sobie na dziąsła płyn...
Osobo, która napisała tę radę... Spłoń w piekle. Od razu po kilku kroplach poczułam ból, jakby miliony rozgrzanych do czerwoności igieł, polanych przeraźliwie gorzką substancją, wbijały mi się w policzki, język i dziąsła. A co najgorsze, rany zaczęły mnie boleć jeszcze gorzej, a cały ten paskudny stan rzeczy utrzymywał się 4 godziny! RÓWNE, NAJGORSZE W MOIM ŻYCIU 4 GODZINY, PODCZAS KTÓRYCH NIE MOGŁAM ZROBIĆ JAKIEGOKOLWIEK RUCHU BUZIĄ, BO WSZYSTKO EKSPLODOWAŁO BÓLEM! Nosz kurrczaki pieczone!
Nie polecam.
Wyznanie chłopaka, który w półśnie zmacał swojego kumpla, skłoniło mnie do opisania sytuacji, z którą do teraz nie potrafię sobie poradzić.
Mojego najlepszego przyjaciela poznałem w gimnazjum. Pierwszy papieros, alkohol, te sprawy. Mieliśmy klasę śmieszków, która uwielbiała docinać sobie nawzajem, wyzywając się (to nie jest dobre słowo, bo cały proceder był powszechnie akceptowany i nikomu to nie przeszkadzało) od gejów/lesbijek. Tak jakoś wyszło, że zaczęliśmy ze wspomnianym przyjacielem rozmawiać na tego typu tematy, ale nic na serio nigdy między nami nie było, ja miewałem dziewczyny, on też.
Kiedy pierwszy raz nawaliliśmy się obaj jak stodoły, po pijaku pieprzyłem coś, że całe życie na niego czekałem, on mi wtórował, ale rano obiecaliśmy sobie do tego nie wracać (naprawdę, nic do niego nie czułem, kompletnie nic poza zwykłą, przyjacielską sympatią. Uważałem go za przystojnego faceta, ale nie na tej zasadzie, na której patrzyłem na ładne dziewczyny). Później jeszcze parę razy zdarzyło nam się obściskiwać po pijaku, raz chyba nawet go pocałowałem, nie wiem, niewiele pamiętam, a nigdy nie miałem odwagi doprowadzić się do stanu takiej nietrzeźwości przy kimś innym niż on. Zwyczajnie mu ufałem.
Wszystko skończyło się w momencie, kiedy on poznał pierwszą swoją dziewczynę na poważnie. Nie potrzebowaliśmy żadnej umowy, zwyczajnie przestaliśmy pić razem, żeby nie kusić losu. Nadal chodziliśmy do tej samej klasy (liceum) i tak sobie czas leciał. Aż do dwudziestego pierwszego września tego roku.
To były moje urodziny. Moja dziewczyna wyjechała do swoich rodziców (uroki internatu), więc, choć w innych warunkach spędziłbym ten dzień z nią, a z przyjacielem dzień później lub wcześniej, zaprosiłem go do swojego mieszkania (mieszkam sam, ale to oddzielna historia). Siedząc na kanapie sporo wypiliśmy, włączył się tryb mówienia rzeczy, o których się nigdy wcześniej nawet nie myślało, i tak od słowa do słowa sytuacja przybrała niebezpieczny kierunek. Jego dłoń tam, gdzie nigdy nie powinna się była znaleźć, ja uwieszony na jego szyi niemal błagam o więcej... Na szczęście po kilku minutach się opamiętaliśmy, do teraz nie wiem, jakim cudem.
Sytuacja co najmniej niezręczna, od tamtego wydarzenia trudniej nam się rozmawia, choć spędzamy ze sobą nadal dużo czasu (to chyba siła przyzwyczajenia po takim okresie czasu, no, i nie jest obojętne to, że jako osoba raczej aspołeczna nie mam zbyt wielu znajomych poza nim, moją dziewczyną i paroma innymi gośćmi od „cześć”).
Moja dziewczyna nic nie wie, jego też, bo do niczego w gruncie rzeczy nie doszło. Kocham ją, tak sądzę, ale mam świadomość, że nie żałuję tego, co się stało i... sam już nie wiem.
Moja była szkoła to gimnazjum połączone z podstawówką. Przez całe ten okres w naszej klasie był chłopak, syn dyrektorstwa. Zawsze dostawał wyższe oceny od wszystkich w klasie. Uważano go za mądrego, przynajmniej na początku. Później okazało się, że chłopak dostawał piątki i szóstki nawet gdy nie napisał zupełnie nic. Nauczycielki dopisywały mu prawidłowe odpowiedzi, a więc fałszowały sprawdziany. Gdy to się wydało, chłopak został znienawidzony przez klasę, bał się chodzić do szkoły, ale był do tego zmuszony.
Ja byłem tym chłopakiem. Moi rodzice zmuszali nauczycielki do stawiania mi dobrych ocen pod groźbą wyrzucenia ich z pracy. O całym procederze dowiedziałem się dopiero w piątej klasie podstawowej, kiedy to pierwszy raz na sprawdzanie nie napisałem zupełnie nic, a dostałem z niego piątkę. Poprosiłem wtedy nauczycielkę na lekcji, aby wpisała mi uczciwie jedynkę, ale ona udawała, że nie wie o co mi chodzi, i wtedy właśnie moja klasa mnie znienawidziła. Dopiero na przerwie nauczycielka opowiedziała mi jak jest. Jednak koledzy nie dawali się przekonać, sprawy nie polepszały kolejne sprawdziany, z których miałem najlepsze oceny w klasie mimo zupełnego braku wiedzy. Gdy w gimnazjum się zbuntowałem, mój protest rodzice skwitowali słowami: "Powinieneś się cieszyć, że tak dbamy abyś miał dobre oceny, jesteś niewdzięczny!".
Przyszedł czas testów gimnazjalnych, a ja nie wiedziałem kompletnie nic. Miałem zaledwie po kilkanaście procent z każdego z testów.
Teraz jestem w pierwszej klasie zawodowej, uczę się wszystkiego od podstaw, chodzę na korepetycje. Oczywiście, dla moich rodziców wstydem i hańbą jest syn w zawodówce, który przecież miał takie świetne świadectwo, ale mimo możliwości nie chciałem iść do "lepszej szkoły", ponieważ wiem, że nie dałbym sobie tam rady.
Drodzy rodzice, to apel do was. Nie niszczcie życia swoim dzieciom przez własne ambicje. Wiemy, że oceny są dla was ważne, ale nie zawsze są odzwierciedleniem faktycznego stanu wiedzy.
Do moich rówieśników: Zawodówka to nie hańba, to szkoła jak każda inna, tyle że nie musisz po niej iść na studia, żeby zdobyć pracę. Jestem w tej szkole i czuję się z tego dumny.
Odkąd skończyłam 5 lat moja mama wychowywała mnie sama. Ojciec po prostu nas zostawił. Zawsze chciałam aby sobie kogoś znalazła, była znów szczęśliwa, zwłaszcza, że ja dorastałam i nie chciałam żeby pewnego dnia została sama w domu. Teraz do rzeczy. Gdy miałam 20 lat poznałam chłopaka. Cudownego, miłego, kochającego.
Zostaliśmy parą, spędziliśmy razem wiele cudownych chwil. Jako, że on wynajmował pokój i miał współlokatorów za którymi nie przepadał a ja mieszkałam z mamą w dość dużym domu, postanowiliśmy, że się do mnie wprowadzi. Mama nie miała nic przeciwko. I tak też się stało, kolejne cudowne dwa lata upłynęły.
Jednakże przez cały ten czas miałam dziwne wrażenie, że coś się święci, że jest zbyt cudownie. No cóż... rok temu mój ukochany wyznał mi, że nie jest ze mną szczęśliwy, bo woli kobiety... dojrzalsze. Powiedział, że chce się wyprowadzić. Zostawiając mnie w totalnym szoku spakował swoje walizki i przeniósł je... piętro niżej do sypialni mojej matki!!
Rok później... tak, nadal są razem. W grudniu przyjdzie na świat mój brat. Na początku przyszłego roku planują się pobrać. A ja nadal dziwnie się czuję przechodząc obok mojego rodzinnego domu. Ale co zrobić... witaj w rodzinie tatuśku!
Rzecz się działa w przedszkolu.
Była już późna pora, wszystkie dzieci poszły do domu, tylko nie ja. Zniecierpliwiona i znudzona czekałam na powrót mamy, jednak ona się nie pojawiała. W końcu wpadam na pomysł, aby zapytać pani, czy mogę sama iść do domu, w końcu mieszkam dwa kroki od przedszkola ( w bloku obok). O dziwo, pani się zgodziła. Ubrałam się i szczęśliwa wyszłam z przedszkola.
Niestety do domu nie dotarłam. Po drodze spotkałam koleżankę, która zaprosiła mnie do siebie do domu. Zgodziłam się bez wahania. Bawiłyśmy się na całego zapominając o bożym świecie. Co było dalej? Mama przychodzi do przedszkola i wtedy okazuje się, że jej córeczki nie ma...O mało zawału nie dostała! Zaczęło się długie i intensywne poszukiwanie. Nie wiem jakim cudem rodzice natrafili na właściwy trop.
Kiedy szliśmy do domu czułam, że nie będzie wesoło. Lania, jakie dostałam od taty nie zapomnę do końca życia. Po całym zdarzeniu przedszkolanka nadal pracowała w przedszkolu, prawdopodobnie cała sprawa została zamieciona pod dywan.
Rok 2000, miałem 7 lat. Gdy mama robiła swoje fenomenalne pierogi mi została powierzona misja pt. "Gargamelu idź wynieś śmieci" (tak mnie mama nazywała). No ok mama już idę. Wychodzę z klatki, już przy śmietniku mówię dzień dobry sąsiadowi o którym wiedziałem że jest złym człowiekiem (później się dowiedziałem że był członkiem lokalnej mafii i szmuglował spirytus za granicę).
Dosłownie kilka sekund po tym jak się uśmiechnął i odpowiedział na moje przywitanie podjechał samochód ze smutnymi panami, usłyszałem bang bang, pew pew i sąsiad padł z przestrzeloną głową i kulami w paru innych miejscach.
Nie mam żadnej traumy czy coś, wtedy też się nie bałem, nawet nic nie czułem.
Syn tego człowieka, mój rówieśnik, poszedł w ślady ojca i też próbował swoich sił w szemranych interesach. 3 dni temu wyłowili go w folii z pobliskiej rzeki.
Dodaj anonimowe wyznanie