Mieszkam w Niemczech. Swojego czasu gdy pracowałam jeszcze w knajpie z małą znajomością języka, podchodzi facet i zamawia piwo. Podaję mu piwo, a on mówi zanieś jeszcze jedno mojemu koledze, temu co gra na automatach. Pytam jak kolega się nazywa? Odpowiada że Kuratz. Myślę - ok, biorę piwo, idę w jego stronę i przez pół sali krzyczę:
- Kuratz, mam piwo dla ciebie!
Mina mężczyzny bezcenna, śmiech pozostałych również... tylko ja zielona stoję jak debil i nie wiem o co im chodzi...
Dla nieogarniętych kuratz to po serbsku penis, chuj. Więc zabrzmiało to w rodzaju "Chuju, piwo dla ciebie".
I bądź tu miłym ;)
Przypomniała mi się historia z dzieciństwa, która co jakiś czas powraca przy okazji rodzinnych spotkań.
Kiedy miałam 7 lat, poszłam z rodzicami na targ. To było tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego i rodzice mieli kupić mi nowe buty. Mój tato słynął z tego, że na każdym kroku (zwłaszcza przy okazji zakupów na targu) chciał się targować o cenę. Ogólnie nie chodzi o to, że jest skąpy, a bardziej o pokazanie, że potrafi. Tym razem nie było inaczej.
Kiedy w końcu znaleźliśmy buty dla mnie tato rozpoczął rozmowę ze sprzedawcą.
- Panie, po ile te buty?
- 60 zł?
- Da się coś taniej?
- No nie bardzo.
- Jak to się nie da? Ja nie zapłacę 60 zł za te buty. Musi pan coś opuścić, może do 50 zł?
Sprzedawca chwilę pomyślał i mówi:
- Dobra, najtaniej za te 50 zł mogę sprzedać.
- No widzi Pan? Można taniej? Można! No to 65 i biorę!
Mama ze sprzedawcą popatrzyli na siebie i wybuchnęli śmiechem. Tato po chwili zdał sobie sprawę, że zamiast 45 powiedział 65. Buty kupiliśmy w końcu za 50 zł, a sprzedawca stwierdził, że "mogłoby być więcej klientów, którzy się TAK targują" :)
Sztukę trollowania mam we krwi. Od małego już trenowałam.
Mój ojciec ma firmę. W tamtym czasie, jak jeździł do pracowników i wyznaczał im co mają zrobić, brał ze sobą taką walizkę, gdzie trzymał dokumenty i inne rzeczy. Jako że kupił sobie nową, to ja dostałam starą. Obydwie były do siebie bardzo podobne.
Tego dnia postanowiłam podmienić walizki i sprawdzić, czy ojciec to zauważy.
I teraz wyobraźcie sobie, jak dorosły facet przy pracownikach otwiera ową walizkę, a z niej wysypują się różne zabawki, pluszowe misie i różowe zeszyciki w jednorożce i księżniczki. Jedyne czego żałuję to fakt, że nie mogłam zobaczyć miny ojca i pracowników. :D
Jeszcze kilka miesięcy temu byłam zaręczona z facetem moich marzeń. Poznaliśmy się w liceum i krótko ze sobą chodziliśmy. 10 lat później spotkaliśmy się przypadkiem na wakacjach i tak zaczął się nasz kilkuletni wspaniały związek.
Przynajmniej tak mi się wydawało. Jedyny minus był taki, że on mieszkał ode mnie dość daleko, ale kiedy zaczęliśmy planować swój ślub uzgodniliśmy, że przeprowadzę się do niego. Rzuciłam pracę i powoli przygotowałam się do przeprowadzki.
Kiedy wszystko było prawie gotowe do wyjazdu on zadzwonił do mnie i powiedział: "Kocham cię, ale jednak nie chcę się z tobą żenić i mieszkać tutaj z tobą". Nie mogłam wykrztusić z siebie żadnego słowa. Nie usłyszałam nawet głupiego "przepraszam". Byłam rozbita i nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić.
Na szczęście, po kilku dniach nieobecności, szef na moją prośbę przywrócił mnie z powrotem do pracy, a właściciel wynajmowanego przeze mnie mieszkania zgodził się na mój powrót.
Ledwo doszłam do siebie, gdy po kilku dniach zadzwonił telefon. Okazało się, że jestem zwyciężczynią loterii ślubnej "wygraj suknię swoich marzeń", w której wzięłam jakiś czas temu udział.
Ze łzami w oczach poprosiłam ich, aby dali ją komuś innemu i odłożyłam słuchawkę.
Zastanawiał się ktoś z Was kiedyś jak to jest przyłapać swoją dziewczynę w łóżku ze swoim najlepszym przyjacielem? Nie? Nikomu w takim razie nie polecam się nad tym zastanawiać.
Historia ta trwa już od 2 lat, tylko ja byłem na tyle głupi żeby się nie domyśleć. Poznałem Kasie w jakoś w 4 klasie technikum, w sumie dość przypadkowo, bo (uważajcie) w tramwaju. Zobaczyłem że czytała pewną książkę i podsunąłem temat. Tak się zaczęła nasza przyjaźń, a później związek. Byliśmy razem 5 lat. Oczywiście zaczęły się wyjścia, miłości itd. Ja poznałem jej przyjaciółki ona poznała mojego najlepszego przyjaciela - Darka.
Niecały rok temu postanowiliśmy zamieszkać razem.
Kilka miesięcy temu Kasia zaczęła się dziwnie zachowywać, ograniczała jakoś w pewnym sensie kontakt ze mną. Nie chciała się kochać, ogólnie chodziła jak w jakimś amoku. Tak samo Darek miał jakoś mało czasu. Do głowy mi wtedy by nie przyszło, że kiedy ja byłem w pracy ona i on bzykali się w jej i moim łóżku.
Zacząłem coś podejrzewać, kiedy co chwilę widywałem Darka w domu po powrocie z pracy. Celem wizyty były korepetycje (Darek wtedy studiował). Ja jakoś w to nie wierzyłem. Za czasów szkolnych jak miewałem korepetycje, to miałem je raz, góra dwa razy w tygodniu, a nie codziennie i to jeszcze w takich godzinach, w których normalnie powinno się być na studiach/pracy/szkole. Jakaś dziwna siła podpowiedziała mi, żebym jednego dnia nie szedł do pracy. Nie poszedłem, zostałem w domu. Jak się zapewne domyśleliście zepsułem im trochę plany. Kasia zadzwoniła do Darka i powiedziała, że dzisiaj nie może go przyjąć na korepetycje, bo będzie zajęta (chociaż nic tego dnia oprócz jednego krótkiego artykułu nie napisała).
Następnego dnia, w tajemnicy przed Kasia zwolniłem się od szefa z pracy jakieś 2 godzinki wcześniej i w te pędy wróciłem do domu. Dojechałem do domu, otwieram drzwi do klatki kluczem (zawsze to robiłem domofonem), po cichu wchodzę na 3 piętro, sięgam po klucz i otwieram drzwi do mieszkania.
Co było dalej już możecie się domyślać. Zostałem ich razem w łóżku. W tej chwili coś we mnie pękło. On dostał ode mnie mordę i z gołą dupa wrzuciłem go na klatkę. Oddałem mu jeszcze rzeczy, taki dobry byłem. Kasi zrobiłem taką awanturę, że sąsiedzi do dzisiaj jeszcze o niej gadają. Nie mogłem tego znieść. Musiałem stamtąd wyjść, ale przedtem kazałem jej się pakować i wy******* z mieszkania, ze jak wrócę to ma jej tu nie być. A ja poszedłem się uchlać.
Jak powiedziałem, tak zrobiła. Późnej tłumaczyła mi, razem z nim, że to silniejsze od nich, że spotykają się już dłużej niż mi się wydaje, że to miłość.
W jednej chwili straciłem i przyjaciela i swoją miłość. Smutne.
Niby minęło kilka miesięcy, ale dalej nie mogę uwierzyć jak oni mogli mi to zrobić... moja dziewczyna i przyjaciel, którego znam od piaskownicy...
Pewnego dość ciepłego dnia wybrałyśmy się z mamą na rowery. Jechałyśmy wzdłuż swojej wsi później przez inna i przez kolejna aż w końcu zabłądziłyśmy. Po przestudiowaniu nawigacji w telefonie map itp. stwierdziłyśmy że dojedziemy do najbliższego miasta, a później już jakoś będzie. Drogą dłużyła się niemiłosiernie, a i temperatura dawała o sobie znać.
Kiedy w końcu zobaczyłyśmy pierwsze zabudowania od razu skierowałyśmy się w stronę sklepu żeby zaopatrzyć się w wodę. Moja mama ledwo stała na nogach nie ma jakiejś świetnej kondycji. Więc szybciutko wskoczyłam do sklepu myk myk mam już butelkę wody i oczywiście kooooolejka do kasy. Wózki wyładowane aż po brzegi. Pytam się grzecznie czy nie mogłabym z ta jedna butelka wody szybciutko ominąć kilka osób. Ależ oczywiście że nie bo im też się spieszy bo niby dlaczego mieliby mnie przepuścić bo przecież oni też dużo nie mają. Ta akurat.
Po jakichś 20 min wychodzę. W końcu. Moja mama siedzi oparta o budynek ledwo co zipie. Wyobraźcie sobie jak osoby które nie chciały mnie przepuścić w kolejce nachylają się nad mamą i pytają czy wszystko w porządku. Wtedy ja podchodzę i mówię:
- Przepraszam mamo szybciej się nie dało.- I podaję wodę.
Jeszcze nie widziałam tak szybko pochodzących ludzi z odwróconym wzrokiem.
Przed moim blokiem jest spory trawnik z kilkoma drzewami, taki tam kawałek zieleni na blokowisku.
Zawsze jak wychodzę z moim psem, to pierwsze siknięcie że tak powiem, odbywa się właśnie na tym trawniku, a później idziemy dalej poza osiedle.
No i wyszłam wczoraj z sunią, sunia sika, a obok idzie sąsiadka z gówniarstwem około lat 5 (nie dzieckiem, gówniarstwem obrzydłym, które tylko drze mordę i rzuca szynką z okna na mój balkon).
Zwraca mi ta oto paniusia uwagę, żebym psa tu nie wysikiwała, bo tu dzieci się bawią. Ja jej na to, jeszcze grzecznie, że od zabawy dla dzieci jest plac zabaw, a nie brudny trawnik, na którym parkują samochody.
Dalsza rozmowa przebiegła następująco:
P: Masz natychmiast wziąć stąd tego kundla, bo on zaraz na pewno mi dziecko pogryzie.
(Nienawidzę, jak matki uczą dzieci "ooo uważaj/uciekaj/nie dotykaj psa bo NA PEWNO cie zagryzie na śmierć").
Ja: Mój kundel jak pani widzi jest na szelkach i smyczy, ale skoro pani dziecko takie nierozgarnięte, że do obcych psów podchodzi, to ja pani te szelki odsprzedam.
P: No jak ty śmiesz!
Ja: A kurde śmiem!
I odeszłam, bo w dyskusję nie chciałam się wdawać. Paniusia usiadła na ławce pod moją klatką, a gówniarstwo zaczęło się bawić przy śmietniku.
Spacer odbyłam, wróciłam do domu i słyszę jak gówniarstwo drze mordę: 'mama kupa!'
Paniusia mieszka w mojej klatce, więc myślałam, że zabierze je na górę i wykupa w domu, jak zrobiłby każdy normalny człowiek, lecz skąd... Wyglądam przez okno... a tam paniusia wysrywa swoje dziecko centralnie na tym samym trawniku, na który sikał mój pies, przed blokiem, przed wszystkimi, normalnie trzyma dziecko, które sra na trawę, a do łazienki ma 20 sekund windą.
Ale to jeszcze nie koniec, o nie... gówniarstwo po załatwieniu potrzeby podtarła chusteczkami, które malowniczo zostawiła na trawie, po czym weszli do klatki i pojechali windą do domu.
Wchodzę do domu, a tam balony w całym przedpokoju, muzyka, nastrojowe światełko i inne tego typu cuda. Pośrodku tego wszystkiego stoi moja dziewczyna w seksownym wdzianku, wygląda jak milion dolarów. Zszokowana, zaskoczona, ale szczęśliwa biegnę rzucić się na wybrankę swojego serca z wiadomym zamiarem. A przynajmniej biegłabym, gdyby nie wspomniane wcześniej balony i inne pierdoły rozrzucone po podłodze.
Skręcona kostka i ukruszony ząb nie bolały tak bardzo jak to, że w całą drogę do szpitala musiałam znosić dziwne spojrzenia ratowników medycznych, którzy weszli do domu i zobaczyli moją lubą w lateksowym ubranku, z obrożą i uszami pochyloną nade mną jak nad konającą i powtarzającą "Ja pierdolę! Ty moja pierdoło saska!" prawie płacząc ze śmiechu.
A ta niespodzianka okazała się być prezentem na rocznicę, o której zapomniałam.
Mój ojciec jest strasznym śmieszkiem. Lubi opowiadać kawały, robić żarty itp. Bardzo często podczas spotkań rodzinnych zakrapianych alkoholem wznosi śmieszne toasty, których pochodzenie nie jest mi znane. Tak też było kilka lat temu na typowym spotkaniu u "wujków i ciociów".
Jednym z tematów była babcia, która się rozchorowała i leży w szpitalu. W pewnym momencie ojciec postanowił wznieść toast, przy czym najprawdopodobniej zapomniał o owej babci i z uśmiechem od ucha do ucha powiedział: "No to ciach, babka w piach!". To były bardzo ciche i niezręczne sekundy...
PS. Babcia żyje i ma się już dobrze ;)
Wczoraj mój znajomy z pracy powiedział mi, abym przestała palić, bo to sprawia, że mój oddech śmierdzi.
W życiu nie zapaliłam ani jednego papierosa...
Dodaj anonimowe wyznanie