Zawsze miałam pecha do facetów, uważali mnie za dziwadło. Interesuję się naukami ścisłymi, co faktycznie może sprawiać, że jestem dziwna.
Kiedy pewnego razu jechałam komunikacją miejską, kierowca autobusu gwałtownie zahamował i przewrócił mnie przystojny brunet.
- Bardzo panią przepraszam - podał mi rękę.
- Naprawdę nie ma za co, to tylko prawa fizyki - zaśmiałam się.
Spojrzał się na mnie zdziwionym wzrokiem i już czułam, że znowu zrobiłam z siebie idiotkę. Nic bardziej mylnego.
Dwa lata później został moim mężem.
Za dzieciaka mówiono zawsze, że "Ptaki odlatują na zimę do ciepłych krajów".
Ja przez 10 lat myślałam, że to jakaś odległa kraina o nazwie "Ciepłe kraje", tylko dla ptaków, gdzie ludzie nie mają wstępu i one tam wszystkie lecą w to jedno jedyne miejsce na wakacje.
Ba, nawet wymyśliłam, że niebo tam jest zawsze pomarańczowe od zachodu słońca, wszędzie są zielone palmy, a one mają drinki z palemką na gałęziach i oglądają fale na morzu.
Czytałem coś podobnego i przypomniała mi się historia o tym, jak poznali się moi rodzicie.
Mama, zdenerwowana pierwszym dniem w szkole, ukryła się gdzieś w pobliżu budynku za jakimś rogiem i odpaliła sobie papierosa. A tu nagle wpada mężczyzna z uśmiechem i mówi:
- Ooo, tutaj zawsze kogoś przyłapuję! Pieniądze od matki na fajki panienka wydaje? To proszę za mną, porozmawiamy z dyrektorem!
Mama, w szoku, rzuciła fajkę na ziemię, co szybko zostało skomentowane i musiała grzecznie fajka podnieść i wyrzucić do kosza, po czym podreptała w milczeniu do gabinetu dyrektora. Grzecznie się przywitała, mężczyzna też, a dyrektor uśmiecha się serdecznie i pyta:
- Pani XX, widzę, że już poznaje pani kolegów. Proszę się nie denerwować, pierwsze dni w nowej pracy są zawsze najgorsze!
Ojciec to oczywiście ten nauczyciel, który "przyłapał" mamę na paleniu ;)
Słowem wstępu: moja historyczka mnie nie lubi (jestem w klasie maturalnej), a na jednej lekcji w ramach sprawdzianu mieliśmy napisać wypracowanie na temat rewolucji z 1905 roku (nie znaliśmy wcześniej tematu).
Akurat siedziałem z tyłu klasy i mogłem swobodnie ściągać. Jako, że w ściąganiu nigdy nie byłem dobry, to miałem podręcznik na kolanach. Ostatecznie spisałem prawie słowo w słowo, to co było w książce.
Po oddaniu prac dostałem piękną jedynkę, a nauczycielka stwierdziła, że takich głupot o tym jeszcze nie czytała.
Nasuwa się pytanie - czy ona mnie tak nie lubi, czy książka jest tak fatalnie napisana?
Od niedawna zatrudniłem się jako dostawca pizzy. Fajna, lekka praca. Można spotkać wiele ciekawych osób, czasami wpada jakiś napiwek, ale i wielu buraków, którzy będą awanturować się, kiedy nie masz 10 groszy reszty dla nich. Na moje nieszczęście można też odtworzyć koszmary przeszłości związane z pewnymi miejscami, a tu z konkretną ulicą. Do rzeczy.
Sobota, dzień największego sajgonu. Wiadomo, lokal pełny, zamówień pełno, pracuje się wtedy na dwukrotnych obrotach. Około godziny 22, czyli już późnym wieczorem, dostałem adres, którym była TA ulica. Kiedy chodziłem do gimnazjum była ona po drodze do mojego domu. Obskurne kamienice, wszystko w graffiti, Mieszkał tam sam miejscowy element, wiernie wychowywany w kulturze wpier*olu. Część tej kultury czułem niemal zawsze kiedy wracałem tędy do domu. Strasznie się bałem tędy chodzić. Zacząłem więc wracać do domu naokoło i uzyskałem trochę spokoju.
Skończyło się gimnazjum, nie zagłębiałem się w tamte rejony, no ale ten adres... Myślę sobie - co ma się stać? To było tyle lat temu, na pewno tylko wejdę, wyjdę i po sprawie. Zapakowałem pizzę do torby, wsiadam do auta, w myślach krótka modlitwa i jadę. Jako, że to małe miasto to dojechałem tam w 3-4 minuty. Głęboki oddech, wysiadam, idę do bagażnika, a w moją stronę idzie nie kto inny, jak w/w wyznawca kultury wpier*olu. Pomyślałem, że to klient zamawiający pizzę wyszedł sobie po nią ze swojej kamienicy. Witam się zatem grzecznie
- Dzień dobry!
- No, nie taki dobry.
Nogi się pode mną ugięły. Koleś naprawdę miał niemiłą aparycję i wzbudzał potworny strach. Łysy, w tatuażach i w dresiku. Gorzej było, jak zaczął iść w moją stronę.
-Ty, Ziomek, nie jeździłeś ostatnio tu po naszej ulicy białym Polonezem?
Chciałem cokolwiek odpowiedzieć, nie zdążyłem. W tym momencie z jego rękawa wyciągnął wielki, kuchenny nóż i wraz z tym nożem idzie w moją stronę. Całe życie stanęło mi przed oczami. Było strasznie ciemno, zaułek ulicy, żadnej opcji ucieczki. Tylko ja i on patrzący we mnie wzrokiem zabójcy. Sparaliżowany patrzę w jego stronę, jest coraz bliżej, zaniemogłem. Wiem, że powinienem zareagować, ale kompletnie mózg odciął się od reszty ciała. Na szczęście w pewnej chwili otrzeźwiałem, otworzyłem bagażnik, wskazałem na pudło z pizzą i mówię:
- Stary, jestem tylko dostawcą pizzy.
- Taaa, a jaki masz adres?
- Blok 3, mieszkanie 2.
- A, to spoko mordeczko, nie peniaj, nie o ciebie chodzi. Chodź, pokażę ci gdzie to jest.
I rzeczywiście, zaprowadził mnie pod wskazany adres, przybił piątkę, przeprosił i życzył miłego wieczoru.
Jestem chory na schizofrenię - słyszę głosy - nie jest to jakieś okropnie przeszkadzające, da się żyć z lekami...
Kilka dni temu po zwycięstwie Donalda Trumpa w wyborach, włączyłem sobie już wieczorem w łóżku nagranie, w którym Wojciech Cejrowski wypowiada się na ten temat. Po 5 minutach uznałem, że już dłużej nie jestem w stanie oglądać, bo oczy mi się same zamykają, więc zamknąłem laptopa i odłożyłem go na bok. Przerażony budzę się w nocy koło 2, słysząc głos Wojciecha Cejrowskiego, który mówi do mnie, że "Hillary Clinton ma ciężkiego Parkinsona". Byłem dość otumaniony po takim nagłym przebudzeniu, więc się przestraszyłem, że teraz będę słyszał głos Cejrowskiego. Później odzywa się jeszcze Kraśko. Kompletnie zgłupiałem - prowadzą wywiad w mojej głowie, zacząłem wołać do siostry, która spała w drugim pokoju, że mam już dość i z Wojciechem Cejrowskim sobie nie poradzę.
Ta wstała i włączyła u mnie światło, parsknęła i wskazała na laptopa, który po prostu czasami się uruchamia na wyciszeniu.
Historia pewnej dziewczyny, jak wyglądało jej "wyjście z szafy" przed rodzicami, zachęciło mnie do dodania wyznania jak wyglądał mój "coming out",w moim przypadku nie tylko przed rodziną ale i znajomymi, i moją miłością.
Jestem lesbijką. Swojej orientacji pewna byłam, można śmiało powiedzieć, że od zawsze. Tyle, że jakoś nie czułam potrzeby dzielenia się tym z innymi, oraz nigdy nie miałam ku temu odpowiedniej okazji. Jako, że zbliżały się moje 17 urodziny, stwierdziłam, że to ten moment - na pierwszy ogień poszła przyjaciółka.
Gdy usiadłam z poważną miną koło niej na łóżku, nagle uaktywniła jej się zdolność czytania w myślach:
- Chcesz o czymś ważnym ze mną pogadać?
- No tak. Bo wiesz, bo ja jestem... - gdy szukałam odpowiedniego słowa, przyjaciółka przyszła z pomocą.
- Lesbijką? Tak, wiem.
Nie nowość, okazało się, że zna mnie lepiej niż ktokolwiek inny i prawdopodobnie wiedziała o tym szybciej niż ja.
Kolejni byli kumple z zespołu, już ośmielona poprzednim "sukcesem", zaczynam jakoś w stylu, że mam im coś do powiedzenia, że to dla mnie bardzo ważne i trudne zarazem, i takie tam. Zanim doszłam do sedna sprawy, jeden z nich wyjechał z pytaniem:
- Jesteś w ciąży?!
- Niby jak, idioto, dziewczyna ją zapłodniła? - zganił go drugi.
- Może in vitro.
- Zamknij się lepiej, no to co chciałaś nam powiedzieć?
No to ja biedna mówię, że chciałam im powiedzieć właśnie, że jestem lesbijką, ale jak widać już wiedzą.
Dobrze, więc znajomi się mogli domyślić, ale chyba nie mam tego wypisanego na czole i rodzinka nic nie wie? Nie w tym życiu. Usłyszałam, że oni się już domyślali, tylko nie chcieli naciskać i postanowili poczekać, aż sama im to powiem lub w ostateczności poruszyć temat bliżej ukończenia przeze mnie pełnoletności.
Trochę zawiedziona, wszyscy wiedzą, tak po prostu? W mojej chytrej główce zrodził się pomysł, przecież jest jeszcze brat! On żyje we własnym świecie, na pewno niczego się nie domyśla. Postanowiłam go podejść, a dokładniej wykorzystać jego niezaprzeczalną miłość do młodszej siostry (czyli mnie):
- Braciszku, co byś zrobił gdybym znalazła sobie chłopaka?
- Już się pogodziłem z myślą, że będę jedynym facetem w twoim życiu.
- Ale jak to?
- A nie? Czekaj, czekaj. Przecież ty wolisz dziewczyny, tak?
Z coming out'u nici, bo wszyscy dokoła wiedzieli, myśląc pozytywnie nie było dzięki temu to dla mnie jakieś straszne przeżycie.
Jednak potem zrobiłam coś głupiego. Przekonana, że wszyscy wiedzą, uznałam, że moja miłość też. Więc na imprezie po prostu wypaliłam, że od dawna mi się podoba. W odpowiedzi usłyszałam:
- To ty jesteś lesbijką? - pewna, że właśnie zrobiłam najgłupszą rzecz w życiu, załamana. Ona coś jeszcze, ja już nic nie słyszę. Potem tylko słowa "a myślałam, że nie mam szans" i pocałunek. Pocałunek? Aha, no i ulubione zakończenie - jesteśmy od 4 miesięcy razem.
Krótko i na temat :) mam troje rodzeństwa. Jestem z 2 maja, brat z siostrą urodzili się 3-go, a najstarsza siostra jest z 4 maja. Dodatkowo mama przyszła na świat 5-tego, a tata 6-tego maja. Także cała rodzinka ma urodzinki w jednym tygodniu :)
A propos skrobanki... (Nie, nie miałam. To o czym innym)
Mając może 8 lat myślałam, że skrobanka to kiedy ma się urodzić dziecko i wszyscy zbierają na wyprawkę dla niego. Wiecie, bo trzeba wyskrobać pieniądze na wózek i łóżeczko. Sądziłam, że kiedy dziecko jest w drodze, to jest to obowiązek całej najbliższej rodziny.
A teraz wyobraźcie sobie minę mojej mamy, kiedy ciocia oznajmiła całej rodzinie, że zostanie mamą, a ja z wielką radością wykrzyknęłam..."No to czas na skrobankę!".
Tak zawstydzonej mojej mamy nigdy wcześniej nie widziałam ;)
A w ramach morału: kiedy dziecko coś takiego palnie, nie uciekajcie w popłochu udając, że nic się nie stało. Czasem warto jednak zapytać, czy wie co to znaczy i co dokładnie miało na myśli. Co to skrobanka dowiedziałam się przez przypadek długo później.
Hej, pewnie każdy kiedyś miał zły weekend, a po nadchodził jakże miły poniedziałek...
Cóż, w weekend zgubiłam portfel, a w nim dowód osobisty, legitymację, kartę miejską, jedyne środki utrzymania, czyli karty bankowe, zapasowe zdjęcia, ogółem wszystko. Piątek był wyjątkowo długim dniem: bieganie na policję, żeby się dowiedzieć, że oni nie zajmują się takimi sprawami (chodziło mi tylko o zastrzeżenie dowodu osobistego), potem do banku, ale przecież bez żadnego dowodu tożsamości nic nie zrobię, ale jak zadzwonię do nich i odpowiem na kilka pytań, to wszystko zrobią. Zastanawianie się na tym jak przeżyję zanim wyrobię nowe karty i będę mogła z nich korzystać.
Weekend, nie ma co...
Jakie więc było moje zdziwienie, gdy w poniedziałek z wielką niechęcią (bo komu się chce w poniedziałek) poszłam do szkoły, a na lekcje wpada dyrektorka mojej szkoły z jakąś starszą panią trzymającą w ręku mój portfel. Kobieta blisko osiemdziesiątki przyjechała trzy dzielnice mojego miasta, żeby mi go oddać. Aż mi się głupio zrobiło, że byłam tak nieogarnięta, a zarazem ciepło na sercu, że są jeszcze takie dobre duszyczki na świecie.
Dodaj anonimowe wyznanie