Jako mala dziewczynka bardzo nie lubiłam jeść mięsa i wszystkiego co z niego było zrobione. Parówek, szynki, kiełbasy... Historia jest właśnie o tym ostatnim.
Moi rodzice na siłę wpychali mi tę kiełbasę. A to z grilla, a to w leczo, a to taka, albo inna. Nienawidziłam jej. Opracowałam nawet plan jak jej nie jeść. Kiedy wszyscy wychodzili z kuchni, a ja wciąż siedziałam nad talerzem, pakowałam ją do woreczka i chowałam gdzieś w domu. Mama znajdowała te zawiniątka po kilku dniach, już spleśniałe. Albo brałam gryz i szłam wypluć w trawę.
Pewnego razu spalam z mamą w łóżku. Widziała, że śni mi się jakiś koszmar. Ja osobiście go już nie pamiętam, ale on odmienił moje życie xD Po tym, jak zaczęłam krzyczeć przez sen "O nie... Znowu ta kiełbasa, tylko nie kiełbasa, nie!" mama już więcej nie zmuszała mnie do jedzenia :D
Bohaterem mojej historyjki będzie Pan Krzysiu. Za młodu elektryk na Kombinacie, w "nowych czasach" człowiek nieco nadużywający alkoholu, tzw. osiedlowy żul, co zbiera na piwko nosząc babciom zakupy itd. Mijając pana Krzysia zawsze mu się kłaniam, zagaduje, bo go pamiętam w lepszych czasach.
- Jak tam Panie Krzyśku? Jak zysk dzisiaj?
- A patrz pani, co za ludzie, urwał! Czternasta godzina, a my jeszcze na drugą flaszkę nie mamy!
Moja dziewczyna wiedząc, że jestem wrażliwym człowiekiem, zapytała mnie co mnie tak naprawdę potrafi ruszyć - nie licząc czyjejś śmierci itp. Wyznałem jej swoją tajemnicę, że płaczę za każdym razem oglądając ostatni odcinek mojej ulubionej bajki, czyli Dragon Balla...
Zaśmiała się, nie wierzyła i powiedziała, żebym się nie nabijał.
Następnego dnia, jak do niej wpadłem, zorganizowała mały „wieczór filmowy”, przygotowała piwko, chipsy i puściła 2 ostatnie odcinki serii GT... chciała mnie po prostu sprawdzić...
Pół godziny mnie tuliła, przepraszała i podawała chusteczki, bo nie mogłem opanować lejących się strumieniami łez, gdy Songo po raz ostatni uratował świat i odleciał z czarodziejskim smokiem.
Mam 24 lata...
Historia będzie o mojej kiedyś przyjaciółce, teraz raczej znajomej z widzenia. Na potrzebę wyznania nazwijmy ją Ania.
Z Anią trzymałam się całe liceum. Byłyśmy nierozłączne. Wyglądałyśmy razem przekomicznie - ja, wysoka i chuda jak patyk, Ania o głowę ode mnie niższa i zdecydowanie pulchniejsza. Zawsze zazdrościła mi figury, tego, że mogę jeść co mi się podoba i nie mogę przytyć. Ja z kolei wstydziłam się swojego paatykowatego ciała. Stwierdziłyśmy, że pójdziemy razem na studia.
Wyjechałyśmy razem do większego miasta w innym województwie. Ania zachłysnęła się ''wielkim światem'', początkowo wychodziło jej to na dobre. Zamiast marudzić, że jest gruba, zaczęła zdrowo się odżywiać, zapisała się na siłownię, a za pieniądze zarobione na infolinii, kupiła kilka ciuchów dopasowanych do jej figury. Jeszcze w październiku na samym początku naszej przygody, poznała powiedzmy sobie Kubę. Miły, sympatyczny chłopak z naszego roku - podobnie jak my pochodził z malutkiej miejscowości i czuł się zagubiony w wielkim świecie. Zostali parą.
Na drugim roku Ania straciła już sporą część swojej masy, miała płaski brzuch i ciągle duży biust. Nabrała pewności siebie. Wyglądała naprawdę bosko. Pewnego dnia Kuba oświadczył jej, że zabiera ją w sobotę na romantyczną kolację.
Ania w piątek poszła z nowymi koleżankami na imprezę, wróciła w sobotę nad ranem kompletnie zalana. Przespała się kilka godzin - po czym przywitałam ją sokiem pomarańczowym i czekałam na wyjaśnienia. Opowiedziała mi radosna o tym, co robiła w nocy - poznała jakiegoś faceta i poza seksem przerobiła chyba z nim wszystko w boxie jakiegoś klubu. Opowiadała o tym z radością, nie ze skruchą. Wieczorem przyjechał po nią Kuba. Poszli na kolację, gdzie chłopina jej się oświadczył. Przyjęła oświadczyny. Po powrocie opowiedziała mi wszystko, a mi opadała kopara... "Po co przyjęłaś oświadczyny, jak kilkanaście godzin temu go zdradziłaś?! Moja droga, albo jedno, albo drugie!".
Stwierdziła, ze przecież oświadczyny to nie ślub, zawsze można je zerwać.
Kubę wodziła za nos jeszcze kilka tygodni, po czym poszła na szaloną randkę z jakimś kolesiem - tak szaloną, że wróciła po trzech dniach. Powiedziałam o wszystkim Kubie. Kilka tygodni później znalazłam inny pokój i dałam znać Ance, że się wyprowadzam.
Dopiero na 3 roku podeszła i przeprosiła mnie za swoje zachowanie. Przeprosiny przyjęłam, choć to nie poprawiło naszych relacji. Przeprosiła też Kubę (w końcu razem studiowaliśmy), który był gotów do niej wrócić, ale Anka nawet o to nie prosiła.
Dopiero po jakimś czasie dowiedziałam się, że poznała faceta o boskim ciele, z kasą i dobrym autem - zakochała się w nim na maksa, a po pół roku "szalonej" miłości okazało się, że koleś miał żonę.
Cóż, karma wraca, i bardzo dobrze.
Chodzę do szkoły w sporym mieście, to tyle słowem wstępu.
Dziś na ostatniej lekcji pisaliśmy dość ważny test z matematyki i nie powiem, że był łatwy, bo nie był. Już po skończonym teście niezbyt zadowolony ze swojej pracy ubrałem się i poszedłem do domu. Nie wiem, czy to stres po nieudanym sprawdzianie czy co, ale dostałem tak zwanego nagłego srania. Do domu za daleko, ale za to pewien myślę dosyć znany sklep jest blisko, no to biegnę. Ledwo co dobiegłem do sklepu i nastąpił pewien dialog między mną a ochroniarzem:
- Przepraszam, gdzie jest toaleta?
- Nie mogę ci powiedzieć, ponieważ nie jesteś klientem naszego sklepu.
- Jestem w pilnej potrzebie.
- Mam to gdzieś.
- Jak zaraz się wysram na środku sklepu i rozetrę to butem, to mi pan powie?
- Prosto i w prawo.
Polecam, działa :D
Podryw na... No właśnie. Słyszałam ich już kilka: na anioła, na spadanie z nieba/Księżyca/whatever, na zepsuty telefon, na ojca magika, na Christiana Greya... No, opcji było wiele. Jednak ta w swym geniuszu i kunszcie przebiła wszystkie inne :D
Zimny jesienny dzień, ja i mój mały, niedobry piesek spacerujemy przez park. Z przeciwka zbliża się do nas chłopak, ok. 25-28 lat, trzyma w ręce smycz. Pyta, czy nie widziałam czekoladowego labradora, bo właśnie mu uciekł. Odpowiadam, zgodnie z prawdą, że nie. Chłopak zaczyna gadkę, że ten jego pies to młody, głupi i w ogóle. Kiwam ze zrozumieniem głową i mówię, że w takim razie życzę powodzenia w poszukiwaniach i zaczynam się oddalać, ale on idzie za mną kręcąc jakąś nieszkodliwą bajerę na tematy, które rozumieją tylko właściciele nieposłusznych czworonogów. Co jakiś czas rozgląda się i woła psa po imieniu, bez skutku. Spacerujemy około godziny, w końcu docieramy do końca parku i mówię, że muszę już iść do domu. Chłopak prosi o zapisanie jego numeru telefonu, żebym zadzwoniła, gdybym po drodze natknęła się na jego psa. Żegnamy się, odchodzę jakieś 100 m, po czym on z odległości krzyczy ''Hej, tak naprawdę nie zgubiłem żadnego psa! Dzięki za spacer, odezwij się dzisiaj!''.
Podryw na nieistniejącego psa to +10 do kreatywności, lecz mimo tego nie jesteśmy razem ;) Za to dalej utrzymujemy kontakt, niekiedy spacerując po tym samym parku. Kuba po roku adoptował psa ze schroniska - pech chciał, że skubaniec naprawdę lubi czasem dać nogę ;)
Historia opowiedziana mi przez mojego chłopaka.
W szkole średniej, do której wspólnie chodziliśmy uczyła pewna lubiąca alkohol nauczycielka. Na każdej lekcji z nią miało się wrażenie, że jest pod lekkim wpływem. Potrafiła w czasie zajęć zabrać torebkę, zostawić dziennik i wyjść.
Pewnego dnia, gdy mój chłopak miał z nią lekcję kichnęła, a on zamiast życzyć "Na zdrowie" powiedział na cały głos:
- Tak się kicha na kielicha.
Prawie wpisała mu naganę, ale myślę, że było warto.
Jak byłem mały (5-6 lat), wyczaiłem kryjówkę, w której rodzice zawsze chowali prezenty, czy to pod choinkę, czy na urodziny. Kiedy tylko nie byłem obserwowany, zaglądałem tam, żeby zobaczyć, co w tym roku dostanę.
Pewnego razu znalazłem tam dużego, różowego dildosa. Bardzo mi się spodobał i tylko czekałem, aż znajdę go pod choinką. Gdy nadeszła Wigilia i czas rozpakowywania prezentów, pod warstwą papieru znalazłem samochód na pilota. Nie ukrywam, zrobiło mi się przykro i zapytałem rodziców, dlaczego nie dostałem tego fajnego różowego miecza, który był w szafce. Nie wiedzieli jak mi to wytłumaczyć, powiedzieli, że to nie był miecz, ale jakiś nowoczesny sprzęt kuchenny, który był przygotowany dla babci.
Do dzisiaj mi to wypominają. :D
W kwestii nauczycieli, którym się wydaje, że są nieomylni i uwielbiają łapać uczniów na ściąganiu albo innych przekrętach...
Mieliśmy w gimnazjum nauczycielkę biologii, w miarę miłą, aczkolwiek specyficzną. Nie raz kogoś przyłapała na ściąganiu, co kończyło się jedynką i obowiązkiem poprawy poprzez napisanie trudniejszej wersji, ale tym razem nie o tym...
W klasie mojej siostry dała zadanie, z którego teoretycznie można było szybko i łatwo załapać dobrą ocenę - zrobić prezentację multimedialną na temat wybranego parku narodowego - do wyboru cały świat, nie tylko Polska. Oczywiście ze zwróceniem szczególnej uwagi na faunę i florę w tym parku. Czepiała się dokładności i rzetelności informacji, ogólnikowe prezentacje były oceniane na 3. Jednym z kryteriów była bibliografia.
Jedna z dziewczyn - nie moja siostra - wybrała jakiś afrykański park narodowy. Bardzo ładnie i dokładnie wszystko opisała oraz przedstawiła przed całą klasą. Był tylko jeden zgrzyt - w bibliografii przepiękne zdjęcia podpisała swoim imieniem i nazwiskiem. Komentarz: "Jak można być tak bezczelnym i głupim, żeby podpisywać się pod czyimiś zdjęciami?! Troja!!! Bo prezentacja ładna, ale bibliografia - przegięcie!".
Jednak autorka się nie poddała i upierała się, że to jej zdjęcia. - Udowodnij! - A zrobię to!
Na następny dzień przyniosła więcej zdjęć, na których z całą rodziną jest na safari w opisywanym parku narodowym. Czemu nie dała do prezentacji zdjęć, na których jest ona i jej rodzina? "Bo to nie prezentacja o mnie, tylko o parku i zwierzętach! Nie chciałam się przechwalać przed całą klasą".
Pani z łaski zmieniła jej ocenę na 4, bo jednak prezentacja wcale nie była taka dobra - mało źródeł w bibliografii. Skąd dziewczyna wzięła większość informacji? Od doktora nauk przyrodniczych pracującego w tym parku, który ich "oprowadzał", jednak to nie było satysfakcjonujące...
Jestem ojcem wspaniałej, 7-letniej Tosi i jednocześnie fanatykiem ciężkiego rocka. Muzyka zawsze mi towarzyszy, na przykład podczas pracy, ale tak, aby nie przeszkadzało małej i mej lubej. Podczas ostatniej wizyty mojej mamy u nas w domu dziewczę dostało pozytywkę grającą znany motyw "Dla Elizy". Podziękowania, miłe słówka itd. Widziałem jednak w jej oczach nutkę zawodu, nie wiedziałem jednak dlaczego coś jej się nie podobało. Tuż po tym, jak babcia Tosi wyszła z mieszkania, czuję, jak córka ciągnie mnie za rękaw od koszuli, mówiąc:
- Tata, da się to przerobić tak, żeby grało Gunsów?
7-letnia. Nie Biebera, nie One Direction, nie Arianę Grande.
Guns'n'Roses.
Jestem z niej taki dumny.
Dodaj anonimowe wyznanie