Kiedyś, jak byłam mała, myślałam, że mogę rozmawiać z drzewami (ponieważ nie miałam znajomych). I siedziałam sobie tak pod drzewami i gadałam różne rzeczy. I jednego dnia, kiedy gadałam do jednego drzewa, które nazwałam Zbyszek, podszedł do mnie dzieciak w przedszkolu i zapytał: gadasz do tego drzewa? Jesteś głupia! Zaczęłam płakać i przytulać się do Zbyszka. I kiedy tak ten dzieciak stał i się ze mnie nabijał, nagle na głowę spadła mu gałąź.
Dzięki, Zbyniu.
Mam królika i go bardzo kocham. Bardzo...
Miał on mały wypadek, otóż przerażony skoczył na łóżko, a później na szafkę i z niej spadł. Nie zdążyłem zareagować. A skoczył on tam, ponieważ mój kolega pierwszy raz zobaczył mojego królika i chciał go wystraszyć. I udało mu się. Gdy królik spadł z szafki, wpadł pod łóżko. Ja przeraziłem się. Gdy zobaczyłem, że nie ruszał się... rozpłakałem się. Po chwili okazało się, że żyje. Wyciągnąłem go spod łóżka i przytuliłem. Mój "kolega'' nagrał wszystko i ciągle się śmiał. Na szczęście nic nie stało się króliczkowi.
Następnego dnia każdy ze mnie się śmiał. Wyzywali mnie od pip, beks, pi*d itp. Rozpłakałem się, bo kocham mego królika, jest on dla mnie przyjacielem.
Później pies tego "kolegi'' miał także wypadek. Nic się nie stało, ale "kolega'' się rozpłakał, myśląc, że to poważny wypadek i pies umrze. Jak opowiedziałem o tym w szkole, każdy znowu mnie zwyzywał, ponieważ "tylko pies jest prawdziwym przyjacielem człowieka'' i dlatego mógł się rozpłakać, bo to był prawdziwy przyjaciel. A nie jakiś królik czy kot.
Mam autystycznego syna, który od września uczęszcza do przedszkola. Jego grupa składa się z kilkorga dzieci o podobnych problemach. Spotkała mnie ostatnio dość przykra sytuacja.
Jak zwykle rano zaprowadziłam młodego do przedszkola i usłyszałam w szatni rozmowę dwóch pań. Wynikało z niej, że dziecko z zaburzeniami ze spektrum autyzmu to zło wcielone, jeszcze zarazi inne dziecko swoją chorobą, powinno się takie dziecko izolować, a najlepiej zamknąć w jakimś zakładzie, żeby nie miało kontaktu ze światem.
Wbrew pozorom mój syn jest radosny, uśmiecha się do innych, ale boi się być dotykany. Do tej pory nie był agresywny w stosunku do innych dzieci.
Jest mi przykro, że w tych czasach dzieci autystyczne czasami są wyśmiewane i szykanowane. One nie wybrały sobie tych zaburzeń, takie się urodziły i nie trzeba je traktować jak dzieci gorsze.
Gdy byłem mały, od zawsze uwielbiałem mojego starszego o 10 lat kuzyna. Jako jedyny bawił się ze mną, czułem, że mnie kocha. Przychodził do mojego domu tak często jak się dało. Moi rodzice także za nim przepadali, cieszyli się, że nie muszą się mną zajmować.
Pewnego wieczoru, gdy zostałem z kuzynem sam na noc, oglądaliśmy razem bajki. Pamiętam, że siedział za mną i nagle zaczął mnie dotykać. Głaskał mnie po ramieniu, potem niżej, po brzuchu. Nie rozumiałem co robił, w końcu miałem 5 lat. Powiedział, że ma pomysł na nową zabawę. Słuchałem co mówił, ufałem mu, chociaż pomysł wydawał mi się dziwny.
Nie chcę tego zbyt szczegółowo opisywać, ale tak, zgwałcił mnie. To bolało, ale nie protestowałem. Nie wiedziałem, że nie miał prawa tego robić, nikt wcześniej mnie nie uświadomił, że nikt nie może dotykać mnie bez mojej zgody.
Od tamtego dnia czasami mnie dotykał, gdy się bawiliśmy, czasami przychodził w nocy do mojego pokoju, gdy zostawał na noc, nawet jeśli rodzice byli w domu. Chociaż nie chciałem, żeby to robił, nie powiedziałem o tym nikomu, bo nie chciałem, żeby przestał się ze mną bawić.
Dorastałem, byłem uświadomiony przez szkołę czym jest molestowanie, a on coraz rzadziej to robił. Nikt nie wiedział, bo myślałem wtedy, że nikt nie uwierzy, bo kuzyn był dosłownie idealny i lubiany przez wszystkich.
Teraz minęły lata, nie mam z nim kontaktu. Wyjechał za granicę, a ja z biegiem czasu odczuwam skutki tego co mi robił. Myślę o sobie jak o rzeczy, czuję obrzydzenie do siebie i do niego. Kochałem go jak brata i zastanawiam się, jak mógł mi to zrobić.
Tęsknię za jego dobrą wersją. Za osobą, którą był, gdy mnie nie krzywdził.
Wydawać by się mogło, że przecież jak się jest parą, i to z długim stażem, to seks jest czymś normalnym, zdrowym, to dobry powód do bliskości.
Ano i owszem, jest, ale tylko wtedy, kiedy jest zdrowy. Nie chciałabym, żeby ktoś oceniał mnie z góry, wywalał z siebie tony epitetów. Uznałam, że poruszę kwestię, która często jest przemilczana, albo wręcz wydaje się niektórym, że to przecież takie normalne, więc o co ci chodzi, dziewczynko.
Były wakacje, paczka bliskich znajomych, kilka dni nad jeziorem. Z moim ówczesnym chłopakiem byłam prawie trzy lata, znaliśmy się praktycznie jak łyse konie. Pierwszy wspólny wyjazd, wieczorne grille z przyjaciółmi w domku letniskowym.
Piliśmy, alkohol lał się srogo, ale nie było żadnych tragedii, nikt nie rzygał itp. Uznałam, że skoro jestem wśród swoich, to też mogę sobie popić, tym bardziej że mam przy sobie swojego faceta. Impreza była udana, pomijam szczegóły, wszystko fajnie, pięknie, ale zrobiło się na tyle późno i "lekko w duszy", że niektórzy uznali, że pora się położyć, bo nie ma co przesadzać, jutro też jest dzień. Ja doszłam do tego samego wniosku, bo czułam już ciężką głowę, świat bujał się milutko, więc oznajmiłam chłopakowi, że idę się położyć, bo zaraz padnę na siedząco. Okej, idzie ze mną, jak twierdzi: też się położę i ci pomogę ogarnąć się do spania.
Banał, nie? W sumie normalka, bo chyba każdy facet pomagał swojej dziewczynie przebrać się do spania, kiedy była w stanie upojenia.
Padłam jak zabita na łóżko, czułam nadchodzący sen, wszystko wirowało, więc chciałam czym prędzej znaleźć się z piżamce. Chłopak, owszem, rozebrał mnie starannie, ale w piżamę nie przebrał. Wziął, co jego zdaniem mu się należało, chociaż nie byłam tego świadoma. Jakieś urywki, brak siły, żeby się odgonić. Cóż, nie przebrał mnie do spania, po wszystkim przesunął na moją stronę łóżka. Rano do wszystkiego się przyznał i był wielce zdziwiony, czemu jestem zła, czemu płaczę, czemu nie chcę z nim gadać. Przecież on, biedny, chciał tylko pojechać bez gumy, a skoro nie protestowałam, to uznał, że może.
Tak, seks w związku jest okej, ale nie taki. I wiem, że jest wiele dziewczyn, a nawet chłopaków, którzy zostają potraktowani przedmiotowo, bo drugiej połówce się NALEŻY. Obrzydlistwo.
Facet jest od dawna eks. Przed długi czas był wielce zdziwiony, czemu mam do niego pretensje, skoro seks jest z miłości, więc skoro go kocham, to w czym problem, a to, że zrobił to bez zabezpieczenia i to do końca, to tylko znaczy, jak poważnie mnie traktuje. AHA.
Jestem dzieckiem (rosłym) z rozbitej rodziny, wychowanym przez matkę.
Ojciec to kryminalista, złodziej, krętacz, ćpun, hazardzista i etc. Całe życie spędził w zakładzie zamkniętym lub karnym, gdzie ja w wieku 16 lat zamiast iść do lepszej szkoły musiałem pracować, utrzymywać rodzinę i opiekować się braćmi. Niestety "mój ojciec" nigdy nie płacił alimentów na mnie czy na rodzinę, totalne zero, null. Było bardzo ciężko.
Teraz, gdy mam 26 lat, firmę wypracowaną swoimi dłońmi, gdy dobrze zarabiam, mam kochającą narzeczoną, mieszkanie i planuję założenie rodziny, dostałem pismo z sądu, że biologiczny ojciec, dawca nasienia, wniósł pozew o alimenty, bo biedny jest, schorowany, nie ma pracy.
Pytam się: dlaczego ja? Gdzie on był, kiedy ja tyrałem jak beduin? Gdy nie miałem butów, jedzenia, ogrzewania? Gdzie był, gdy matka była chora na nowotwór?
Ktoś powie, że nie mam serca, ale ja wciąż pytam: dlaczego ja mam mu za cokolwiek płacić?
Listopadowa niedziela. Odwiedziny u dziadków. Siedzę sobie przy stole, a przede mną moja najbliższa i najdroższa rodzina: rygorystyczny ojciec, gderliwy dziadek i dobrotliwa babunia. Gawędzimy, popijamy ciepłą herbatę. Miło, swojsko.
Nagle wstaję. Wszystkie oczy w moją stronę. Nie ma już odwrotu. Drżącym głosem uświadamiam rodzinę, że ich jedyny syn, pilny uczeń i kochany wnuk, pokochał osobę tej samej płci. Cicho wszędzie, głucho wszędzie. Siadam i czekam, co to będzie.
Pierwszy odzywa się ojciec. Streszczając kilkuminutowy wywód: po prostu się mnie brzydzi. Jestem nienormalny, zboczony i wydziedziczony. Trzeba mnie leczyć. Kiwam głową ze zrozumieniem. Po części tego się spodziewałem. Ojciec skończył przemowę, dyszał tylko pod nosem jakieś obelgi.
Wstaje dziadek, człowiek starej daty, równie rygorystyczny co mój rodzic. Patrzy na mnie w milczeniu, po czym z właściwą sobie lakonicznością i ordynarnością rzecze do ojca:
— Synek, ale ty kretyn jesteś. Pierdolisz farmazony. Weź idź mi z domu. Ja pierdolę, patrzeć na ciebie nie mogę.
Po czym bierze zszokowanego ojca za fraki i wyciąga za drzwi. Zatrzaskuje mu je przed nosem i zamyka na klucz. Ojciec dobija się i coś krzyczy, ale dziadek mówi tylko, żeby przywiózł moje rzeczy i teraz mieszkam z nimi, bo do takiego chuja nie pozwolą mi wrócić. Radzi też, aby w drodze powrotnej poszukał mózgu, bo chyba mu gdzieś wypadł.
Kłótnia trwała dobrą chwilę. Ojciec w końcu zrezygnował i poszedł.
Gdy już wszystko ucichło, babcia, która do tej pory spokojnie sączyła herbatę, westchnęła, wymamrotała jak bardzo zawiodła się na swoim synu, po czym oznajmiła, że w najbliższą niedzielę chce poznać mojego wybranka.
Siedziałem roztrzęsiony i z załzawionymi oczami przy stole, nie bardzo ogarniając co się właściwie wydarzyło. Ocucił mnie dopiero dziadek; swoją dłonią wielkości łopaty poczciwie poklepał (ekhem, rąbnął) mnie po plecach i powiedział, że wszystko w porządku, ale jeśli już jestem gejem, to żebym przynajmniej nie był pizdą.
Następnego dnia przyjechał ojciec z moimi rzeczami. Chciał porozmawiać ze mną o mojej "chorobie", jak to zgrabnie ujął, ale babcia odrzekła, że on jest chory. Dziadek polecił mu wypierdalać.
Minęły już jakieś dwa tygodnie, od kiedy mieszkam z dziadkami. Ojciec coś próbuje złapać ze mną kontakt, ale mu nie wychodzi i zazwyczaj kończy się to tym, że palnie coś czego nie powinien i dziadkowi włącza się trigger. Dalszej rodzinie moją przeprowadzkę wytłumaczyliśmy tym, że mam bliżej do szkoły czy coś, w każdym razie nie dopytują. Jeszcze nie wiedzą o tym, że ich krewny interesuje się płcią brzydszą i w najbliższym czasie nie planuje psuć ich wyobrażeń o mojej przyszłej "małżonce", zwłaszcza po niedzielnej akcji. No i ciotka Halyna mogłaby nie przeżyć tej wiadomości.
Cóż, to tyle. Chciałem tylko pokazać, jak fajnych mam dziadków.
Czytając wyznania o klepaniu w tyłek w podstawówce czy łapaniu za biust, przypomniała mi się moja szkoła.
U nas popularny był tzw "pajączek". Polegało to na tym, że 4 chłopaków łapało za wszystkie kończyny, a kolejny macał po genitaliach. Ofiarami padały zarówno chłopaki, jak i dziewczyny (w tym wypadku macane były również piersi). Działo się to głównie w toaletach. Nie mieli oporów, żeby siłą zaciągnąć dziewczynę do kibelka, mimo dyżurów nauczycieli na korytarzu. Ja też padłam niejednokrotnie ofiarą, już wtedy czułam się podle nie wiedząc, że to można podciągnąć pod molestowanie.
Pamiętam, że kiedy byłam małym dzieckiem, zawsze co roku w okresie świątecznym, jak w każdym kościele, śpiewało się kolędy. Jako że bardzo lubiłam śpiewać, to chciałam aktywnie włączać się do wspólnego kolędowania. Nie było wtedy ekranów, na których wyświetlał się tekst, więc powtarzałam to, co usłyszałam.
Minęło parę lat i do kościołów zaczęto wprowadzać wcześniej wspomniane ekrany. Podczas śpiewania "Gdy się Chrystus rodzi", podążając wzrokiem za tekstem uświadomiłam sobie, że źle śpiewałam tę kolędę...
Zamiast "in excelsis deo" śpiewałam "ile serc gwizdnęło"...
Mam siostrę. 3 lata. Jak zapewne większość dzieci, nie przepada za jedzeniem obiadu do końca, za to jakieś słodycze po obiedzie - zawsze chętnie.
Argumentując, że już jej się nie mieści, mała uparła się, że nie zje więcej - mama powiedziała, że OK, ale w takim razie deser też jej się nie zmieści. Co siostra odpowiedziała? "Ale zupa trafia do żołądka, a słodycze do serca!".
Nie wiem, kto jej to powiedział, ale nas przekonała :D
Dodaj anonimowe wyznanie