Moja sąsiadka jest przemiłą, młodą kobietą.
Pewnego dnia w osiedlowym sklepie zabrakło jej pieniędzy na takie podstawowe produkty jak chleb, ziemniaki i marchewka. Dorzuciłam jej te parę groszy i zauważyłam łzy w jej oczach.
To dało mi do myślenia. Wróciłam do domu, usiadłam z moim facetem i stwierdziliśmy, że coś nam nie pasuje. Taka miła osoba, a prawie się rozpłakała, bo dołożyłam jej do zakupów raptem parę groszy.
Wzięliśmy jakieś ciastka z domu i poszliśmy porozmawiać. Niechętnie nas zaprosiła do środka, ale w końcu weszliśmy.
Przeprosiła nas za to, że nie może nam zaproponować kawy ani herbaty, ale ostatnimi czasy bardzo krucho u nich z pieniędzmi i wolą te pieniądze wydać na coś do jedzenia niż na kawę, której nie poczują w żołądku.
Zrobiło mi się jej żal.
Opowiedziała nam całą swoją sytuację.
Sąsiedzi mają super miłego i wesołego 3-letniego synka. Oboje pracowali, mieli kredyt i wszystko było OK, dopóki nie zachorowała mama sąsiada. Mieli wybór: albo oddać ją do domu starców, albo zabrać do siebie. Po długiej rozmowie postanowili, aby zamieszkała z nimi.
Aga musiała zrezygnować z pracy na rzecz pilnowania teściowej.
Wtedy zaczęły się jej finansowe kłopoty. Pensja męża i niewielka renta, której duża część rozchodziła się pierwszego dnia w aptece, nie wystarczały im nawet na dogodności takie jak kawa.
Po zapłaceniu wszystkich stałych opłat, wykupieniu leków i podstawowych rzeczy do domu, takich jak płyn do naczyń czy papier toaletowy itd., zostawało im 700 zł na cztery osoby na miesiąc.
Codziennie właściwie jedli to samo. Chleb ze smalcem i solą, bo najtaniej. Na obiad ziemniaki i marchewka, czasem wątróbka z cebulką. Rosół gotowany na korpusie, bo udka czy pałeczki za drogie. Ryż z mrożoną włoszczyzną, bo tanio można kupić na wagę w sklepie. Ryż z jabłkiem. I płatki kukurydziane na sucho dla synka, bo mleko za drogie. Czasem jakiś owoc dla synka i teściowej, bo jej zawsze było szkoda jeść takie drogie rzeczy jak np. banan czy pomarańcza.
Od razu zaproponowaliśmy pomoc finansową, ale odmówiła. Nie chciała przyjąć od nas gotówki.
Po wyjściu od niej ubraliśmy się i pojechaliśmy do najbliższego marketu. Kupiliśmy podstawowe produkty, takie jak kawa, herbata, mąka, olej, mleko, jajka, do tego owoce, warzywa, trochę mięsa i nabiału. Takie typowe produkty, co prawie każdy ma w domu.
Daliśmy jej całą siatkę jedzenia. Nie chciała tego od nas wziąć. W końcu stwierdziła, że weźmie to pod warunkiem, że będzie mogła uczciwie na to "zapracować".
Umówiliśmy się, że raz w tygodniu wpadniemy do niej z zakupami, a ona w zamian może wyprowadzać codziennie naszego psa jak jesteśmy w pracy. I tak wychodzi z małym synkiem na spacer, więc od razu może wziąć naszego psa.
My jesteśmy zadowoleni, bo możemy pomóc. Oni, bo mają co jeść.
A pies, bo częściej chodzi na spacerki.
Ostatnio wybrałam się na zakupy do pobliskiego supermarketu. Normalna sprawa.
Kupiłam składniki na obiad i szczęśliwa, że tym razem nie wydałam nic ponad to, co sobie zaplanowałam, podążyłam do kasy. Tuż przy kasie natknęłam się na Eksa. Tego, na którego widok serce staje mi w gardle, a w głowie mimowolnie napierdziela Marsz Mendelssohna.
No i standard. Krótka, grzecznościowa wymiana zdań:
- Co u ciebie?
Dwie minuty o tym co u nas.
- OK, to do miłego zobaczenia.
Odchodzi. Nadzieja umiera. Odwracam się zrezygnowana i nagle słyszę jego głos. Jakby czytał w moich myślach...
- Poczekaj!
Czekam więc.
Oczy zachodzą mgłą, serce napierdziela bardziej niż u j*****go kolibra.
Odwracam się z nadzieją. ON podchodzi z uśmiechem, wykonuje jeden gest ręką, zrywając coś z mojej kurtki.
- Bo chyba, wolałabyś wiedzieć. Przykleiło ci się coś.
Podaje mi naklejkę z działu warzywnego, a na niej jak byk: "BURAK CZERWONY 1,34 ZŁ".
Chwilę później opis z naklejki idealnie pasował do mojej osoby.
Nie ma happy endu :D
Historia z autobusu.
Jechałam pewnego dnia z mojego uroczego zadupia do pracy. W autobusie w większości osoby młode, pan kierowca w średnim wieku, z wąsem i brzuchem piwnym. W pewnym momencie puścił muzykę, i zaczął do niej śpiewać. Były to polskie przeboje z lat 80. Zapomniał tylko głośników wyłączyć. Gdy się zorientował, szybko zamilkł, ale wtedy pasażerowie zrobili coś wspaniałego...
Zaczęło się od jednego studenta, który dokończył "Ale wkoło jest wesoło". Potem do wspólnego śpiewania dołączały kolejne osoby, a pan kierowca w pewnym momencie włączył nam radio.
Jechałam w tym autobusie jeszcze 5 przystanków i naprawdę żal mi było wysiąść :)
Strzelałem z broni palnej, skoczyłem na bungee z 90 m, poprosiłem o rękę dziewczynę, z którą byłem tylko 6 miesięcy i planujemy razem ślub. Spotkałem jej ojca, który wie, że razem sypiamy. Ogólnie nie boję się niczego. Wszędzie pójdę, wszystko zrobię. No prawie...
Jest jedna rzecz, której nie potrafię, a mianowicie: otworzyć cholernego szampana. Zwyczajnie boję się to zrobić.
Dzisiaj byłam w kościele. Podczas komunii chciałam lekko wysunąć język, żeby przyjąć opłatek. Niestety ksiądz zbliżył rękę szybciej niż sądziłam i polizałam go w palec :|
Jego mina - bezcenna.
Chodzę do 3 klasy technikum. Niedawno skorzystałem z "usług" szkolnego pedagoga, których pożałowałem. Jednak specjalnie wszystko odkręciłem, zmieniłem, podziękowałem. Uznałem ten rozdział za zakończony. Odetchnąłem z ulgą, nie będąc już zaczepiany na korytarzu, by porozmawiać i nie będąc już wypytywanym - odpowiedziami dzielono się w kanciapach nauczycieli, dyskutując i komentując mnie, moje sytuacje, problemy itd. Także rozmawiano z moimi znajomymi, otwarcie, za moimi plecami, prosząc, by nic mi nie mówili. Sam usłyszałem śmiechy, dziwne konwersacje czy "plany" na to, jak mnie traktować. :-)
Powoli wysuszałem te nowe bagna, które powstały przez incydent z panią pedagog. Wracałem do siebie. Starałem się budować zburzone drogi przez mój wcześniejszy wybór zasięgnięcia porad ze strony "wykształconej" i miłej osoby. Wszystko się układało, aż do środy, tydzień temu.
Okazało się, że jestem śledzony. Odkryłem to, idąc do ubikacji. Pani pedagog po prostu weszła za mną - kobieta w męskim kiblu? - i czekała. Patrzyła w okno. Od razu nabrałem podejrzeń. Specjalnie siedziałem dłużej, myślałem, że wyjdzie. Ale nie. W końcu wyszedłem i niby jej nie zauważając, obrałem drogę okrężną na drugie piętro. Wsadziłem słuchawki do uszu, nie puszczając muzyki, udawałem, że robię coś na telefonie. Parę razy przystanąłem, by niby poprawić skarpetkę. Przy zginaniu się, kątem oka widziałem, jak kroczy w moją stronę, przy moim zatrzymaniu się - patrzyła gdzieś w okno. Co szedłem dalej - ta za mną, przy moim zwolnieniu czy obejrzeniu się, udawała, że jest w tym miejscu totalnie przypadkiem.
Każdego dnia, po dziś, obserwowałem. Obracałem się i będąc totalnie podejrzliwy, ciągle sprawdzałem, czy ktoś nie ma mnie na oku, za mną nie idzie, nie gapi się perfidnie. Tak - chodzi za mną, patrzy na mnie i rejestruje moje zachowania. Kompletnie nie wiedziałem o co jej, kurczę, chodzi. Zapytałem więc.
Odpowiedziała tylko: "Opiekuję się tobą". Szkoda tylko, że rujnuje mi życie, gdyż swoje plotki i inne zebrane "informacje" przekazuje nauczycielom. Mają całkiem rozrywkowe długie przerwy. I te krótsze też. ;-)
Czuję się totalnie zrujnowany.
Jako dziecko cały czas musiałam udowadniać swoją odwagę, żeby starsze rodzeństwo nie uznawało mnie za gówniarza.
Będąc na wakacjach nad polskim morzem, spacerowałam z rodziną po molo w Sopocie. Moja siostra wymyśliła mi genialne zadanie - jeśli je wykonam, będę mogła siedzieć koło niej w drodze powrotnej do domu. Zadanie było proste: krzyknąć prostą nazwę, stojąc na środku molo. Łatwa sprawa.
Tak oto słodka blondyneczka w różowej sukience wyprzedza rodziców, nabiera powietrza i wykrzykuje "ARKA GDYNIA!" na środku molo. Zadowolona z siebie wracam do rodziców. Tata łapie mnie za rękę i rozgląda się nerwowo, rodzeństwo zwija się ze śmiechu.
Teraz uświadomiłam sobie, jak głupie zadanie to było, na szczęście nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Koniec końców obok siostry i tak nie usiadłam.
Chciałabym się podzielić z Wami moimi przemyśleniami na temat studiów pedagogicznych. Otóż studiuję ten kierunek, który jest często wyśmiewany, "no bo tam idą w większości ci co ledwo zdali maturę, albo tacy, co nie mieli wyboru, bo nie dostali się nigdzie indziej". Oczywiście może tak być, ale nie musi. Osobiście boli mnie to, że gdy ktoś pyta mnie gdzie studiuję i odpowiadam, że na pedagogice, to zostaję wyśmiana.
W przyszłości chcę zostać najlepszym pedagogiem szkolnym i pomagać dzieciom i młodzieży, którzy zwrócą się o pomoc. W szkołach pracuje tak wielu złych pedagogów, którzy zrobili krzywdę dzieciom często na całe życie. Brakuje im wiedzy, podejścia, kreatywności i empatii.
Ja jednak chcę to zmienić, sprawić, aby dziecko, które będzie miało problem przyszło do mnie i żebyśmy go rozwiązali. Pragnę ratować dzieci przed agresją, depresją i próbami samobójczymi, które często są wynikiem tego, że nie umie ono poradzić sobie samo z kłopotami.
Pragnę być prawdziwym pedagogiem, więc proszę, nie zniechęcajcie ludzi takich jak ja przez kpiny i złośliwości do tego, żeby pomagać w przyszłości młodym ludziom.
Od pewnego czasu pracuję w kwiaciarni.
Od kiedy pracuję w tym fachu, to będąc w kościele czy na cmentarzu oglądam różne kompozycje, liczę, ile zostało włożonych tam kwiatów i ile to mogło kosztować.
Pozdrawiam ludzi mających tak samo jak ja "zboczenie zawodowe".
Jestem taki samotny, że największa bliskość jakiej doznałem to bliskość podróżujących, jadących ze mną zatłoczonym pociągiem.
Dodaj anonimowe wyznanie