Ostatnio skręciłam nogę i wylądowałam w gipsie do kolana.
Z tego względu powinnam podawać sobie zastrzyki przeciwzakrzepowe.
Właśnie - powinnam, ale nie daję rady sama ukłuć się igłą...
Jestem pielęgniarką i pracuję w szpitalu.
Zaraz po ślubie ustaliliśmy zgodnie z rodzicami mojego męża, że nie opłaca się, abyśmy się budowali lub kupowali mieszkanie, skoro oni sami mieszkają w ogromnym domu. W sumie to była propozycja mojego teścia - a dokładnie zaproponował nam wprost, że jeśli z nimi ''zostaniemy'', to mamy brać i remontować po swojemu te i tamte pomieszczenia, a oni zostaną jedynie przy kuchni, salonie, jadalni i sypialni na parterze, bo nie chce im się chodzić po schodach - no i po co im na starość tyle chałupy do ogarnięcia. Po głębokim namyśle przystaliśmy z mężem na tę propozycję. W końcu wszyscy się lubiliśmy, a teściowie nigdy nie wchodzili nam w drogę. My mieliśmy przed oczami wizję zaoszczędzenia kupy kasy, a oni - wizję nie bycia samym na starość.
Ale pod koniec remontu mojej teściowej przestał się ten pomysł podobać. Stała się zazdrosna. Piekielnie. Głównie o mnie, bo teść mnie uwielbiał i świetnie się z nim dogadywałam. No i o nowe, odświeżone pomieszczenia, których ona nie miała.
Zaczęło się piekło.
Teściowa notorycznie chowała sprzęt należący do ekipy budowlanej, wylała nam kilka puszek farby, porysowała/potłukła płytki - i narobiła wielu innych szkód materialnych. Poza tym ciągle wszystko komentowała, była upierdliwa i złośliwa. Robiła też dużo innych niewybaczalnych głupstw. Najczęściej to ja obrywałam - psioczyła, że jestem śmierdzącym leniem (pracuję zdalnie, z domu), nic nie robię i że na nic nie zasługuję, a zwłaszcza na jej syna. Dopiekała też swojemu mężowi - widzieliśmy nie raz, że miał łzy w oczach. Żadne z nas nie potrafiło nad nią zapanować i jej uspokoić. Sama chyba nie wiedziała, o co jej do końca chodzi. Powoli wyniszczała nas wszystkich psychicznie.
Jak dowiedziała się, że jestem w ciąży, ześwirowała jeszcze bardziej. SPALIŁA W PIECU nowe ubranka, które kupiłam dla naszej córki. Mój mąż i teść byli zdesperowani. Szczególnie teść - miał jej tak bardzo dość, że w którymś momencie zagroził jej rozwodem (po prawie 40 latach małżeństwa). Tego było już za wiele.
Byłam w ciąży, nie miałam już siły, jednak spięłam się i postanowiłam uratować sytuację. Moja teściowa nigdy nie lubiła lekarzy, zawsze wolała leczyć się "domowymi sposobami", a najczęściej ziołowymi herbatkami. Ten trop pozwolił mi wpaść na pewien pomysł.
Przez kilka tygodni, po kryjomu - jak tylko się dało - dosypywałam do jej herbaty środek przeczyszczający. Koło się pięknie zamykało:
herbatka > środek przeczyszczający > rozwolnienie > herbatka.
Teściowa zaczęła mieć notoryczną srakę. Spokorniała. Myślę, że ciągłe siedzenie na kiblu uzdrowiło jej umysł. Wszak, siedząc na tronie, najlepiej się myśli...
W ten sposób przestała nas dręczyć.
Taki mój mały sekret.
PS Uprzedzając - nie, nic się jej nie stało.
Srała głównie wtedy, gdy potrzebowaliśmy spokoju.
Swojego faceta poznałam kilka lat temu nad morzem. Dla jasności: pochodzimy z dwóch skrajnych zakątków Polski. Dosłownie.
Oboje nie pijemy od kilku lat. Ale nie zawsze tak było...
Nikt nie wie, że pierwszy raz, gdy zobaczyłam swojego faceta, mył sobie głowę na środku sopockiego Monciaka JABŁKOWĄ wodą Żywca (zapamiętam tę wodę do końca życia). Był bez butów. I był tak pijany, że stawiał kolejne whisky, szlugi i wódę grupie bezdomnych, którzy zaczepiali przechodniów o parę groszy (Sopot to wylęgarnia tego).
Nikt też nie wie o tym, że się do nich przyłączyłam. W planach było mi zostać w Sopocie trzy dni. Jego plany były ponoć podobne...
A wróciliśmy półtora miesiąca później.
Nikt nie wie, że przez blisko 2-3 tygodnie piliśmy tanie wińska - wszak kasa szybko się kurczyła i na wódę i whiskey już stać nas nie było. Nikt nie wie, że spaliśmy na plaży pod zwykłym, najtańszym namiotem przez cały ten czas, a myliśmy się na okolicznym kempingu za drobną opłatą. Czemu tak? W międzyczasie nas okradziono dwukrotnie, podpadliśmy miejscowym bezdomnym, uciekającym przed kryminałem, którzy zrobiliby wszystko dla taniego piwska i papierosa.
Mieliśmy jednak siebie. Kąpaliśmy się nocami w zimnym Bałtyku (choć trzeba przyznać, że pogoda dopisała nam cudownie. Przez 6 tygodni deszcz padał jedynie ze trzy razy). Chodziliśmy boso po całym mieście, zwiedzając okoliczne stare kamienice. To wszystko wspominam jako jeden z najpiękniejszych okresów w moim życiu. Mimo braku pieniędzy, telefonu, w moim przypadku nawet dokumentów. Mimo braku jakiejkolwiek innej ''stałej'' niż dopiero co poznany, młodszy o kilka lat facet.
Przez swoje wojaże sopockie straciłam pracę w swoim regionie. Dobrą pracę. Teoretycznie przez to wszystko ''straciłam'' poprzednie życie. Po półtora miesiąca plażingu mój facet podjął decyzję o powrocie do siebie. Zabrał mnie ze sobą. Nie przyjmował odmowy. Tak jak stałam pojechałam z nim. W ciemno.
Pierwsze dwa tygodnie mieszkaliśmy w małej okolicznej miejscowości, bo tam było taniej za noc. Ale wiecie co? Nie żałuję. Nigdy nie pożałowałam swoich decyzji.
A dziś? Dziś mamy roczne dziecko. Własny dom. Siebie. I cudowne wspomnienia.
Tylko tak smutno, jak dzieci kiedyś zapytają, jak tatuś i mamusia się poznali. I głupio, jak rodzina czeka na tę pełnowymiarową historię, a my nie za bardzo możemy udzielić im nigdy satysfakcjonującej odpowiedzi.
Mam siostrę osiem lat starszą. Nigdy się nie dogadywałyśmy, głównie dlatego, że jej po prostu nie dało się lubić. Sztywna, oschła, przemądrzała, zawsze wszystko wiedziała lepiej od innych, każdego musiała poprawić. Nie miała żadnych znajomych, przyjaciół, nie pamiętam, by kiedykolwiek miała jakiegoś chłopaka. Nigdzie nigdy nie wychodziła, z nikim się nie spotykała, nie wiodła żadnego życia - knajpy, urodzin, spotkań, zupełnie nic. Do trzydziestego któregoś roku życia mieszkała z naszą matką. Miała swój pokoik i tam sobie siedziała. Pracowała jako urzędniczka, taka typowa biurwa w koku. Przy stole na rodzinnych imprezach irytowała nawet stare ciotki. Na każde wypowiedziane zdanie miała jakąś odpowiedź, do każdego jakiś komentarz. Była nie do zniesienia. Nigdy nie potrafiłam się z nią porozumieć. Kiedy wyprowadziłam się na studia, zerwałyśmy kontakt.
Dopiero gdy ostatnio przeszła załamanie nerwowe, dowiedziałam się, że przez całe dzieciństwo była molestowana. Wiedziała o tym nasza matka, ale nigdy z tym nic nie zrobiła. Myślę, że z czasem uwiązała siostrę do siebie i obie nie potrafiły się z tego wyplątać. Nie rozmawiałam z siostrą odkąd wyszła ze szpitala. Nie potrafię spojrzeć jej w oczy. Nie ma słów, którymi mogłabym przeprosić ją za te wszystkie lata, przez które nią pogardzałam. Nie potrafię wybaczyć sobie, że też ją krzywdziłam, szydziłam, przezywałam przegrywem, cnotką niewydymką, biurwą, sztywniarą, królową lodu. Nie mogę przez to spać. Nie potrafię nawet nikomu się wygadać, bo nie chcę przyznawać się, jak złym człowiekiem potrafiłam być wobec bliskiej osoby. Czuję do siebie wstręt.
Zawsze jak jestem na zakupach, to do koszyka dokładam dwie dwulitrowe butelki wody. Dzięki temu mój rachunek wzrasta jedynie o 3 zł, a ja, niosąc do domu siatki, mam wrażenie, że rzeczywiście zrobiłam konkretne zakupy za wydane pieniądze.
Ostatnio w klubie podszedł do mnie przystojny facet i powiedział coś w stylu:
- Hej, za 4 lata będziemy mieli dziecko i nazwiemy je Ola.
Cóż, zainteresował mnie ów romantyczny nieznajomy, a że nie chciałam stać tak zdezorientowana, odpowiedziałam:
- Nie, dzięki, wolałabym Anię.
Mój przyszły niedoszły chyba nie ogarnął i odpowiedział coś w stylu "Aha" i odszedł.
Mistrzem podrywu chyba nie zostanę.
Odziedziczyłam kotkę po śmierci bliskiej osoby. Kotka urodziła trzy zdrowe, piękne kocięta (drugi raz do tego nie dopuszczę - niedługo kastrujemy). Kiedy kotka jadła w kuchni, pozwoliłam psu poznać trzytygodniowe kociaki. Pekińczyk ugryzł jednego z nich.
Jesteśmy po ostrym dyżurze, kotek żyje, ale nie rusza tylnymi łapkami i ogonem. Mam cholerne wyrzuty sumienia. Nie dość, ze pozwoliłam rozmnożyć się kotce bez rodowodu, to jeszcze sprawiłam, ze jedno kocię będzie kaleką, o ile w ogóle przeżyje. Wstyd mi to napisać gdziekolwiek, bo mnie zjedzą za głupotę. Zresztą nie dziwię się.
Kiedyś musiałem pojechać autobusem na pewną wioskę oddaloną ~50 km. Jako że na bilet zabrakło mi kilku groszy, to kupiłem bilet do miasta przed tą wsią, a dalej, pomyślałem sobie, te kilka kilometrów przejadę na lewusa.
W końcu jak duża jest szansa, że kanar wsiądzie do autobusu akurat przed tą właśnie wsią?
Otóż... wsiadł. Przejechałem miasto, a tuż za miastem z przystanku wsiadł kontroler biletów.
Szybka rozkmina, co zrobić, co zrobić...
Nagle, po prostu, oparłem twarz o siedzenie przede mną i... udaję, że śpię.
Słyszę, jak kanar idzie. Nagle czuję, jak mnie lekko szturcha w rękę. Otworzyłem oczy, mrugam i przeciągam się.
"Co się stało, gdzie jesteśmy? Chyba musiałem przysnąć".
Kanar sprawdza mój bilet i mówi:
"Pana bilet jest ważny tylko do miasta XY".
"O nie! Przejechaliśmy to miasto? A tam rodzice czekają na mnie na przystanku, na pewno się martwią, że nie wysiadłem!" (to było jeszcze w czasach, kiedy nie było telefonów komórkowych).
"Musi pan w takim razie wysiąść na następnym przystanku, żegnam".
"Dobrze, dobrze. Ale się narobiło...".
A następny przystanek to był właśnie mój przystanek docelowy. :D
Jakiś czas temu zamieszkaliśmy na piętrze w domu wielorodzinnym - 4 rodziny na jedną klatkę, wysoki parter i jedno piętro. Nasz balkon i balkon sąsiadów dzieli +/- półtora metra, przez które przebiega szeroka rynna.
Któregoś dnia córka (8 lat) woła: mama, mama, kitku na balkonie!
Patrzę, rzeczywiście, w miejscu na donicę wyleguje się a'la chleb, biało-rudy kot. Córka ma lekką odmianę autyzmu, problemy z nawiązywaniem kontaktów, ale z naszym kocim gościem złapała niesamowitą więź. Gość również ją polubił, przychodził codziennie, siadali oboje w progu drzwi balkonowych, kotek mruczał, a córka cichutko, pod nosem, nawijała jak nigdy wcześniej do swojego kumpla.
Kotka okazała się własnością sąsiadów. Nie wiedzieli, że kot przełazi do nas po rynnie i od razu zapytali, czy nam to nie przeszkadza. Córka z Gruszką zaprzyjaźniona od dawna, więc mówię że nie, kotek jest mile widziany, niech się czuje na naszym balkonie jak u siebie. Z czasem nasza przyjaźń na tyle urosła, że gdy sąsiedzi wyjeżdżali, opiekowaliśmy się Gruszką, a gdy było trzeba - oni naszą córką.
Któregoś dnia córka przybiega w spazmach - poszła na balkon, czekając na wizytę Gruszki, ale kotki nie ma, mimo idealnego nasłonecznienia. Wyjrzała za murek sprawdzić, czy drzwi na balkon sąsiadów otwarte... a tam bezwładna kotka nabita na pal. Dosłownie. Sąsiedzi byli w pracy. Mąż mało nóg nie połamał, ale wyszedł po tej rynnie i ściągnął go w nadziei, że da się uratować. Niestety Gruszka skonała w ramionach córki.
Winowajczynią okazała się starsza pani z piętra niżej. Zaczaiła się pod aluminiową rynną i nabiła kota na "dzidę" z bambusowej ogrodowej tyczki, bo, uwaga:
- Kocica podła robi hałas!!!
- Gzi się po rynnie!!!
- To drażni jej pieska!!! (pies głuchawy, ślepawy i drze paszczę przez ok. 75% doby tak na zapas)
- To ją drażni!!!
- Szczyl z downem skowyczy z tym kocurem cały dzień!!!
- Tylko sataniści lubią koty!!!
- Mamy stąd wyp***dalać, ona nas nie chce w JEJ DOMOSTWIE!!!
Tyle ile razy stałam na balkonie, nigdy nie słyszałam nawet szmeru, gdy nas Gruszka odwiedzała. Rynna szła po boku budynku. Córka siedząc z nią dosłownie szeptała tak, że dopiero gdy podchodziłam bardzo blisko słyszałam, że w ogóle coś mówi. Dopóki przypadkiem w rozmowie z sąsiadką nie usłyszałam, że mają kota, w życiu bym się nie domyśliła po odgłosach zza ściany. Dom jest własnością 4 rodzin.
Pani podobno wytruła swojego czasu niemal każdego kota z okolicy. Dowodów na jej winę nie mamy, bo najpierw chcieliśmy ratować kota, a potem pomyśleliśmy o dokumentacji. Sąsiadom było potwornie przykro, oboje chodzili jak struci bardzo, bardzo długo. Ale tydzień po śmierci Gruszki sąsiadka zastała na balkonie swojego rozdartego psa - uduszonego. Nikt jej nie współczuł.
Minął rok, córka nie mówi wcale, mimo terapii.
Jestem prawdopodobnie najgorszą matką na świecie.
Zawsze troszczyłam się o moje dzieci, ale te i tak były bardziej zafascynowane ich ojcem. Niby nic takiego, ale ich fascynacja opierała się na takim "Bo on kupuje nam prezenty i pozwala na wiele głupich rzeczy".
Nie, nie byłam z tych sztywnych matek, co nie pozwalają dziecku nawet porządnie się ubrudzić. Po prostu miałam trochę rozsądku i zabraniałam im zabaw nożami itd. Prezenty też dawałam, ale oczywiście nie tak cudowne jak te od tatusia, który przecież zwiedzał cały świat.
Ciągle byłam do niego porównywana. Słyszałam, że on zrobiłby to i tamto lepiej, a piętnastoletnia córka powiedziała mi w końcu, że w sumie to dobrze, że kiedyś, gdy jeszcze był moim mężem, bił mnie, poniżał i łaził od dziwki do dziwki, bo w sumie zasłużyłam na to. Trochę później syn prawie mnie uderzył, bo stwierdziłam, że nie powinien olewać nauki tylko dlatego, że jego ojcu jakoś zawsze się udawało.
Wtedy coś we mnie pękło. Wyszłam z domu, załatwiłam co trzeba, minęło trochę czasu i dzieci były u ojca, a ja zostałam sama i... Poczułam ulgę. Nie smutek, nie złość. Zwykłą ulgę, że nie muszę się męczyć z codziennym "CHCEMY DO TATY, BO TATA MA FAJNE PREZENTY, A JEGO NOWA DZIEWCZYNA ZABIERA NAS CODZIENNIE NA ŚMIECIOWE ŻARCIE I LODY, A TY TO JESTEŚ STARA I GŁUPIA".
W końcu zajęłam się sobą, po latach samotności znalazłam sobie faceta z dwójką uroczych dzieci. I poczułam się szczęśliwa.
Swoje dzieci dalej widuję.
Początkowo robiłam to raz na dwa tygodnie. Obecnie widuję je co kilka dni, bo okazało się, że tatuś jednak nie jest tak idealny.
Nie. On ich nie bije, ale też nie dostarcza im już tylu prezentów, nie skacze przy nich, a w ogóle to spodziewa się kolejnego dziecka i teraz ono jest najważniejsze.
I ktoś pewnie stwierdzi, że to ten moment, w którym powinnam odebrać mu dzieci. Ale ja nie chcę. Bo między ich "Mamusiu, potrzebujemy cię" jest to "Bądź naszą osobistą sprzątaczką, kucharką i znoś nasze humorki, głupia kurwo". I nie, nie ubzdurałam sobie tego. Słyszałam ich rozmowę.
I ktoś pewnie powie, że ja też spieprzyłam w ich wychowywaniu. Pewnie tak. Pewnie mogłam spakować siebie, je i wyjechać na drugi koniec świata i przy okazji odciąć się od wszystkich przyjaciół i rodziny (oni często informowali dzieci co u ojca, gdy jeszcze próbowałam nie dopuszczać ich do siebie). Pewnie powinnam była zrobić sto różnych rzeczy. Niestety jeszcze wtedy nie wiedziałam, jak to wszystko się skończy, a obecnie nie mam najmniejszej ochoty brać udziału w dalszym wychowywaniu tych konkretnych dzieci.
Dodaj anonimowe wyznanie