O odwadze pewnej dziewuszki.
Byłam dzisiaj w pewnym popularnym wśród młodzieży sklepie odzieżowym. Tylko jedna kasa czynna, ludzi dużo, siłą rzeczy stałam przez dłuższą chwilę w kolejce. Przede mną były dwie dziewczyny w wieku na oko 15 lat, choć przez dorosłe ciuchy i makijaż można by było dać im 18. Wiem, jak to wygląda, mam siostrę w tym wieku i z tą przypadłością (ona sama to materiał na osobną historię). Jedna z nich nawija mniej więcej tak: "No i słuchaj, Elwira, ta moja stara to jakaś, k***, jędza jest. Hajsu sępi, karze pokój sprzątać, jakbym służącą była. Czaisz? To ona jest od domu, mi się należy coś od życia. Na imprezie u Bartka nie byłam, bo na przyjęcie do ciotki srotki (serio tak powiedziała!) trzeba iść jutro i wygyly. Ja pie***, następnym razem powiem jej co myślę i nigdzie się nie ruszę".
Tu wywód przerwał jej dźwięk dzwonka, spojrzała na ekran i wykrzywiła jej się twarz. Odbiera i słodkim głosem mówi: "Cześć, mamusiu... Tak, jeszcze lekcje mam... Jak za długo? Ja na kółku jestem... Matematycznym, pani nam tłumaczy... Tak, poprawię go... Jutro? Ojej, ale... Naprawdę muszę iść? (uderzyła w płaczliwy ton). No ale mamusiu, proszę... No dobrze, pójdę, cześć...".
Musiałam się odwrócić, żeby nie było widać, że się śmieję. Tak więc reakcji Elwiry nie widziałam, ale dobiegł mnie głos tej drugiej, znacznie bardziej nieśmiały i pokorny: "No co się gapisz, dałaby mi szlaban na telefon. A jakiś kontakt z ludźmi muszę mieć".
Tak więc no... Polecić kurs asertywności czy ośrodek leczenia uzależnień od telefonów? :D
Mieszkam z rodzicami w starym bloku. Mamy dość cienkie ściany oraz sufity. Na nieszczęście nasi sąsiedzi myślą, że mieszkają sami ze sobą i wszelkie "prawa" mają głęboko w swoim poważaniu. Jednak z prawie wszystkimi idzie się w miarę dogadać, coś załatwić, dojść do porozumienia poprzez kompromis, tak z jedną gwiazdeczką ani rusz.
Gwiazdka jest potężnym chłopem, który mieszka centralnie nad nami. Chłop ani się nie myje, ani nie sprząta, ani nie zmienia ubrań oraz ich nie pierze. Cuchnie od niego niemiłosiernie. Jak wychodzi z domu - nawet przez podwójne drzwi wchodzi ten zapaszek, od którego idzie zwymiotować, a potem w te rzygi wpaść twarzą. Jeszcze gorzej, gdy się na niego wpadnie lub natknie. Aż robi się słabo - i nie przesadzam.
Chodzi wiecznie dumny oraz wypycha ten swój brzuch. Gdzie pracuje? Nie wiem, pewnie na lewo, bo kto normalny by go przyjął? Chodzą ploty, że sprzedaje zioło. Być może, w jego mieszkaniu nic nie odkryli, policja u niego jest przynajmniej trzy razy w tygodniu.
Gość jest chyba psychiczny. Ma biednego psa, labradora wielkości świni, z potężną nadwagą, w miarę czysty - chyba jedyne, o co w miarę dba. Robi imprezy w środku nocy, jego kumple cuchną jak on, a dziwki są tak samo brudne i z syfem pomiędzy nogami, potrafią uprawiać parogodzinny seks grupowy, gdzie ryczą jak zarzynane bydło. Psu rzuca zamrożone kości, by się pobawił, i by one były trochę mniejsze (tata pytał, jaki ma w tym cel). Tak, to "cielsko" skacze, a my zastanawiamy się, czy sufit spadnie nam na głowy, czy jednak wytrzyma. Pies ten także dostaje dosłownego pie*dolca, gdy właściciela nie ma - biega i piszczy, drapie. Prawdopodobnie ma takiego świra, jak jego kompan. Pan gwiazdeczka chodzi ciągle w traperach, w nocy robi kursy wokół pokoju i nie wiadomo, o co mu biega, może robi sobie Endomondo. Stuka, trzaska, rozkłada łóżko rzucając nim (pewnie jakaś stara, ciężka sofa). Nasz sufit oraz drzwi, lampy, obrazy trzęsą się bez przerwy. Mamy pęknięcia, też notorycznie jesteśmy zalewani oraz mamy zarzygane parapety.
Nie da się z nim za cholerę dogadać. Spokojna rozmowa? Nie ma opcji. Po takiej przychodzi pod drzwi i trzaska, nie sam, z koleżkami, którzy mają pozaciskane pięści. Coś nam się "nie podoba"? Zrobi jeszcze bardziej na złość, zacznie dokuczać bardziej, sprowadzi swoich głośnych, spasionych i spoconych frajerów, którzy zrobią paronocny Woodstock w mieszkaniu, w którym nie ma chyba nawet zrobionej podłogi.
Policja przyjeżdża, z nami pogada, z nim pogada, po chwili spokój. Ulotnią się? Jeszcze większy rozpie*dol, to jak oliwa do ognia.
Mama jest na wyczerpaniu psychicznym. Potrafi zaciskać tasak i mówić, że "zaraz" tam pójdzie, psa otruje, a gwiazdkę zabije.
Sytuacja miała miejsce wiele lat temu, gdy liczyłam sobie 13 wiosen. Razem z przyjaciółką zbierałyśmy na WOŚP. Niedaleko mnie stoją dwa kościoły, w którym msze rozpoczynają się z półgodzinną różnicą. Czemu tak, nie wiem, ale korzystałyśmy z tego. Zwłaszcza że okolica obfitowała w rodziny z dziećmi i starsze babcie, które, pozytywnie nastawione przez księży (mówili na ogłoszeniach :D), dużo wrzucały. Było jednak zbyt pięknie.
Okolice upodobali sobie Cyganie. Nie kojarzyłam ich, bo chodzę do kościoła w innej części miasta, a aktywują się tylko w niedzielę pod kościołami. Stała sobie rodzinka złożona z dziewczyny, jej córki ok. 4-letniej, brata z niedowładem nogi i chyba męża. Zaczęło się niewinnie, od próśb, żebyśmy sobie poszły, bo oni mniej kasy dostają, potem przeszło to w rozkazy. My nic sobie z tego nie robimy, dalej dzielnie krążymy. Zaczęli być agresywni, jakiś chłopak spacyfikował ich słowami. Aż w końcu wybuchło.
Po drodze od jednego do drugiego kościoła słyszymy, że idą za nami, byli bardzo głośni. Naczytałam się kryminałów, stwierdziłam, że musimy przejść na drugą stronę ulicy, żeby zobaczyć, czy chodzi im o nas. No i chodziło... Dogonili. Nie pamiętam dokładnie, co wykrzykiwali, bo minęło 7 lat, ale ogólnie były to groźby skierowane do nas, naszych rodzin, opis tego, jak nas zbije. Kto? Jej brat. Ten niepełnosprawny. Nie wiem, czy jej się coś pomyliło, bo mąż (?) wyglądał normalnie, a ona uparcie wskazywała na niego. Do tego jej córka zaczęła nas wyzywać. A takiej wiązanki nie słyszałam już dawno, choć wychowałam się w nieciekawej dzielnicy. Zaczęło się robić niefajnie, jak chcieli nas otoczyć. Kiedy ja rozważałam możliwość dobiegnięcia do domu (ok. 300 m), przyjaciółka zachowała większą trzeźwość umysłu i zagroziła, że zadzwoni na policję. Na to magiczne słowo wyraźnie spokornieli, dostałyśmy tylko trzymaną przez nią torbą po nogach i sobie poszli.
Z perspektywy czasu widzę, jakie miałyśmy szczęście. Niby środek dnia, ale dzielnica senna, niewielu przechodniów. Gdyby zaczęli nas bić, naprawdę mogłoby się to skończyć nieciekawie. Dziwi mnie też fakt, że nie chcieli puszek, ale może nie zdążyli tego zwerbalizować. Gdy opowiedziałam o tym tacie, pokiwał głową i powiedział, że zna ich jeszcze z czasów, jak był mały - wychował się w tamtej okolicy...
Wczoraj zorientowałem się, że nie mam już żadnych przyjaciół. Dziś doszedłem jednak do wniosku, że tak naprawdę nigdy nie miałem żadnych przyjaciół.
Syn mojej siostry nie chodzi do 3 klasy podstawówki. Nie chodzi, bo uczy się w domu. Jako że nieszczególnie udawało się rodzicom egzekwować od niego ślęczenie nad lekcjami, to poprosili o pomoc mnie i kolegę. Ja miałam uczyć polskiego.
Po dwóch takich lekcjach pełnych dziecięcej rozpaczy i niezrozumienia konieczności pisania opisu wyglądu wiewiórki chłopak dostał wybór - robić lekcje ze mną albo sam, zanim przyjdę.
Już nikt nie musi go zaganiać do lekcji. Wystarczy powiedzieć, że jutro przyjdę.
To... jestem dobrą nauczycielką, czy złą? Bo w sumie daję mu motywację...
O tym, jak religia pierze dzieciom mózgi.
Miałam koło 8-9 lat i przeżywała totalną fascynację Harrym Potterem - każdy kolejny tom połykałam w kilka dni. Pewnego dnia siedziałam sobie sama w domu i z zapałem czytałam "Czarę Ognia". Nagle cały budynek zaczął się trząść (mieszkam w starym, poniemieckim domu, na poddaszu z drewnianymi słupami i belkami, więc wszystko zaczęło złowrogo trzeszczeć). Trwało to może minutę, ale dla małej, przestraszonej mnie była to wieczność.
Później dowiedziałam się, że w całej południowej Polsce wystąpiły wtedy bardzo niewielkie, niegroźne wstrząsy sejsmiczne. Ale co sobie wtedy pomyślałam? Że to trzęsienie to kara za moje czytanie Harry'ego Pottera! Przecież ksiądz w kościele, katechetka na religii, ba, nawet papież mówili, że to zła, demoralizująca książka, pełna czarnej magii. Stwierdziłam, że jeśli dalej będę ją czytać, to następnym razem dom się zawali od tego trzęsienia!
Tak się przestraszyłam, że nie przeczytałam ani tego, ani kolejnych tomów, zrobiłam to dopiero jako osoba dorosła i już niewierząca. Nic się nie zawaliło.
Mój ojciec czasami chcąc ukarać mnie i mojego brata nie płaci rachunku za internet w terminie. Wtedy zamiast strony przeglądarki pojawia się powiadomienie, że opłata nie wpłynęła.
Ojciec nie wie, że wystarczy kliknąć "zaakceptowałem", żeby dalej normalnie korzystać z internetu. Jest to najpilniej strzeżona tajemnica w naszym domu, a ojciec myśli, że jest cwany.
Rok temu wracałam zamyślona do domu i w pewnym momencie podchodzi do mnie kobieta i pyta o godzinę, ja niewiele myśląc wyciągnęłam z torebki kalkulator i przeczytałam liczbę, która mi się na nim wystukała w torbie, po czym odeszłam. Dopiero po chwili zorientowałam się co zrobiłam ;D
Mój facet znęcał się nade mną psychicznie, czasami nawet mnie szarpał. Raz w wyniku kłótni wrzucił mój telefon do wody i plunął mi w twarz. Byłam z nim, bo nie mogłam odejść. Nie miałam w mieście rodziny, przyjaciół. Za to miałam kredyt i wysoki debet na koncie. Wzięłam te pożyczki, abyśmy mieli za co jeść, gdy on stracił pracę. Czemu to zrobiłam? Bo on miał komornika, a ja byłam głupia i ślepo zakochana.
Nie mogłam się wyprowadzić, bo nie miałam nawet pieniędzy na kaucję na pokój.
Adam (ładne imię, może być) wykorzystywał ten fakt, aby zrównać mnie do służącej, która wróci po pracy, posprząta dom, ugotuje obiad i zajmie się wszystkim, bo on po pracy jest zmęczony i musi odpocząć.
Trwało to dobrych parę miesięcy.
Historia właściwa.
Pewnego dnia wracam z zakupów do domu i widzę na ziemi portfel. Rozglądam się, nikogo nie ma. Biorę go. W domu odnalazłam faceta na Facebooku i umówiłam się z nim na spotkanie, aby mu go oddać.
Miłosz w ramach podziękowań zaprosił mnie na herbatę i jakoś zaczęliśmy się dogadywać. Okazało się, że pracujemy w tej samej galerii handlowej, ale na innym piętrze. Czasami umawialiśmy się na przerwę. Po prostu złapaliśmy dobry kontakt.
Kiedyś mu się zwierzyłam, że mój facet zrobił mi okropną awanturę, bo zjadłam jego ulubiony jogurt i kazał mi o 22 biegać po mieście w poszukiwaniu akurat tego konkretnego smaku. Wyzywał mnie od tłuściochów, leni i darmozjadów.
Miłosz okazał się moim wybawicielem. Zaproponował mi, abym wprowadziła się do jego schorowanej ciotki. On mieszka z dziewczyną, więc nie może wziąć cioci do siebie, a jej się przydałby ktoś, kto czasem coś ugotuje albo pójdzie na zakupy.
Takim oto sposobem uwolniłam się od piekła, jakie zrobił mi Adam.
Dzisiaj mieszkam z przemiłą panią Moniką, która piecze pyszne ciasta (o ile dobrze się czuje). Traktuje mnie jak własne dziecko, którego nigdy nie miała. Ja nie muszę płacić za mieszkanie, wystarczy, że jej pomogę w porządkach i zakupach. Debet już spłaciłam.Teraz jeszcze 7 rat kredytu i koniec rozdziału pt. ADAM.
Cieszę się, że wtedy, gdy znalazłam ten portfel, a w nim ponad 600 zł, nie wzięłam ich. Bardzo mocno mnie korciło, ale jak widać dobro czasem popłaca. Sama nie mogę uwierzyć w to jak wiele szczęścia miałam.
Miałem na studiach wykłady z pewnym profesorem. Cały materiał z wykładu był bardzo dobrze wytłumaczony w skrypcie, a na wykładach profesor jedynie prezentował tę wiedzę. Prezentował ją nie byle jak - w jego tonie głosu wyraźnie słychać było pasję, jaką darzył tę dziedzinę nauki, jednak jego gawędy nie wnosiły właściwie nic do tematu i na dłuższą metę były... usypiające.
Lubiłem chodzić na jego wykłady - siadałem w pierwszym rzędzie, żeby lepiej słyszeć, słuchałem, słuchałem i... zasypiałem. Nie jakoś głęboko - to był bardzo płytki sen, no ale jednak oczy się zamykały, a głowa miała spore problemy z utrzymaniem się w pionie. I tak przez cały semestr. Reszta rocznika dzielnie się trzymała, jednak dwa pierwsze rzędy zawsze były puste (nie licząc mnie), a drzemiący siedzieli na samym końcu sali.
Przyszła sesja, a wraz z nią wizja egzaminu ustnego. Skrypt przeglądałem na bieżąco, nic mi nie sprawiało trudności... Jedyne czego się bałem, to że profesor przyczepi się do moich drzemek na wykładzie.
W dniu egzaminu przychodzę pod gabinet profesora, gdzie reszta rocznika stała już w kolejce. Nagle drzwi do gabinetu się otwierają
- Ten pan z pierwszego rzędu już jest? O... Zapraszam pana.
Czyli jednak drzemki nie ujdą mi na sucho. Jedyny plus, że szybko będę miał ten termin z głowy, bez zbędnego stania w kolejce...
- Ja pana kojarzę z wykładów. Pan z pewnością wszystko umie...
Mimo bardzo życzliwego tonu głosu profesora czułem, że zaraz dostanę reprymendę. Już się zbierałem do sklecenia jakiegoś wyjaśnienia, gdy profesor dokończył swój wywód...
- ...a skoro pan wszystko umie, to należy się panu piątka. Proszę dać indeks.
Osłupiały podałem indeks, do którego profesor wpisał piątkę.
- No. To powodzenia w dalszych egzaminach życzę. I do zobaczenia w przyszłym semestrze.
Podziękowałem i nie wierząc co się tu właśnie wydarzyło wyszedłem na korytarz, gdzie podzieliłem się przebiegiem ''egzaminu'' z resztą. Okazało się, że reszta już tak łatwo nie miała - musieli odpowiadać na pytania. Nie jakieś trudne, ale jednak.
W następnym semestrze pierwsze rzędy były wiecznie okupywane przez studentów chcących załapać się na ''piątkę za obecność''. Zamiast w pierwszym rzędzie, musiałem drzemać w trzecim lub nawet czwartym.
Kolejna sesja, kolejny egzamin... Otwierają się drzwi gabinetu, profesor wskazuje na mnie
- Proszę, niech pan wejdzie.
Wszedłem do gabinetu.
- Pan już nie siedział w pierwszym rzędzie, bo był cały zajęty, ale widziałem pana na wszystkich zajęciach i widać, że pan wszystko wie. Piątka się należy. Proszę dać indeks.
I znowu dostałem piątkę.
Reszta rocznika, w tym osoby z pierwszych rzędów, znowu musiała odpowiadać na pytania - jednak nie dostali piątki za obecność.
Tak oto dwa razy na studiach otrzymałem piątki za... spanie na wykładach :)
Dodaj anonimowe wyznanie