Nie wiem ile dokładnie miałam wtedy lat, chyba gdzieś 10/11.
Mam takie "wspomnienie" z wakacji, które dotarło do mnie po latach i w sumie nigdy tego nikomu nie mówiłam. I nie powiem.
Mój tata zajmował się czymś na dworze, a ja tego dnia bawiłam się na takiej piramidzie stworzonej ze snopków słomy - na łące przylegającej do domu.
Nie wiem jak to się stało, że znalazł się tam też mój sąsiad (starszy ode mnie o 8 lat) i tak razem tam skakaliśmy po tej piramidzie.
W końcu się zmęczyłam i postanowiłam iść do domu ale on mnie namówił, żeby sobie odpocząć na słomie i potem bawić się dalej.
Od tego momentu mam takie urywki w głowie: mój kolega kładzie się obok mnie ze słowami "coś ci pokaż ", po czym ściąga majtki. Następnie każe mi zrobić to samo zapewniając, że nie mam się czego bać. Nie pamiętam czy też się rozebrałam, czy nie, ale pamiętam, że patrzyłam się na jego członka. A on powiedział do mnie, że mogę go dotknąć jak chcę. Nie chciałam go dotykać, więc on zaproponował, że on dotknie mnie, albo poliże, i że to będzie tylko gilgotać. Nie pamiętam czy się zgodziłam.
I kolejna rzecz, którą pamiętam to jak słyszymy zbliżający się głos mojego taty, który mnie szukał, chłopak pospiesznie się ubiera i mówi do mnie, żebym nikomu nie mówiła bo wszyscy będą na mnie źli.
I nikomu nie powiedziałam, do teraz.
Zapomniałam o tym na lata i przypomniało mi się, jak miałam 18 lat i oglądałam jakiś program o molestowaniu. I dotarło do mnie, że chyba sama byłam ofiarą?
Ostatnio modny jest tekst o chłopaku, któremu dziewczyna kazała wybierać między psem a nią. Chłopak wybrał psa, a internet zalał się falą hejtu na dziewczynę "bez serca".
Sama kazałam chłopakowi wybierać między psem a mną.
Kochałam go naprawdę bardzo i do tej pory za nim tęsknię, ale musiałam. Jego pies był ogromny i agresywny. Za każdym razem, jak przychodziłam do chłopaka, czy to obejrzeć film, czy ugotować obiad, pierwszy kto mnie witał, to nie mój chłopak, ale pies. Skakał na mnie, a raczej wskakiwał łapami na ramiona i drapał z góry do dołu. Za każdym razem miałam do krwi zdrapane ramiona.
W mieszkaniu syf, wszędzie włosy psa - podłogi nie widać, włosy nawet w jedzeniu, w łazience, wszędzie. Po jednej nocy, kiedy spałam u niego, wyciągnęłam z różnych zakamarków ciała więcej psich włosów niż moich w ciągu całego życia.
Mój były jednak twierdził, że to zupełnie normalne i on kocha swojego pieska i piesek kocha jego. Co z tego, kiedy piesek nie kocha mnie... Piesek jest "normalny" i zniszczył mi połowę ubrań. Czy była to kurtka na wieszaku, czy spodnie, które aktualnie miałam na sobie - wszystko musiał mi potargać.
Prosiłam, żeby go wiązał na smyczy albo zamykał w łazience, kiedy przychodzę, ale nie było opcji, bo on nie skrzywdzi w taki sposób swojego przyjaciela.
Pewnego dnia jadłam obiad u chłopaka, ale piesek oczywiście zjadł mi połowę rzeczy z talerza, co dla byłego chłopaka było zupełnie normalne, ja postanowiłam obiadu nie dokończyć.
Zapomniałam dodać, że piesek był bardzo zazdrosny o swojego pana, więc każda próba głupiego przytulenia, złapania za rękę czy cokolwiek, kończyła się na byciu oszczekanym i szarpanym za ubrania.
Kiedy zmywałam naczynia, mój były poszedł do mnie i pocałował nieco dłużej, co bardzo wkurzyło psa. Ugryzł mnie w rękę i nie chciał puścić, więc kiedy chłopak go odciągnął, miałam już nadgarstek przegryziony na wylot.
Postawiłam ultimatum - albo odda psa do schroniska, albo odchodzę.
Dowiedziałam się, że piesek tylko chciał się pobawić, a ja mu sama włożyłam rękę do pyska i że jestem "zjadaczką psów" i widać, że wolę koty, że nie akceptuję jego przyjaciela.
Jedno wyznanie dotyczące, czasem nawet skrajnie, różnych reakcji na popularny ostatnio film "Kler", przypomniało mi o innym filmie, który obejrzałam stosunkowo niedawno, choć do świeżynek to już nie należy. "Wszyscy jesteśmy Chrystusami".
Zamysł podobny do poprzednich produkcji reżysera, kto potrafi się pośmieje, inny popłacze. Kompletnie nic nie wiedziałam o tym filmie poza tym, że jest w nim mocno poruszony wątek alkoholu. Jakoś nie miałam okazji go wcześniej zobaczyć do czasu, gdy mąż przypadkiem wpadł na niego skacząc po kanałach telewizyjnych. Nie oglądałam od początku, ale zauważyłam, gdy ochłonęłam, znaczną różnicę między naszymi reakcjami.
Mąż wiele razy potrafił się śmiać, ponieważ nikt w jego domu nigdy nie miał problemów z piciem, podczas gdy ja przepłakałam praktycznie cały film. I to nie pojedynczymi łzami, momentami się aż zanosiłam od płaczu, a twarz miałam mokrą, jakby ktoś oblał mnie wiadrem wody. Tak wiele słów, zachowań, reakcji, nawet tych błahych dla innych osób, przypomniało mi moje małe piekło, które zafundował mi ojciec, że nie byłam w stanie spokojnie oglądać. Momentami chciałam to wyłączyć, do czego nawet mąż mnie nakłaniał widząc moje zachowanie, ale bardzo chciałam zobaczyć zakończenie i niemal modliłam się, by było szczęśliwe. Byłam przerażona. Kocham horrory, ale żaden, kompletnie ŻADEN tak mną nie wstrząsnął w całości jak pojedyncze sceny z tego filmu.
Co prawda nigdy z moim ojcem nie było aż tak źle, jak z głównym bohaterem, jednak po obejrzeniu filmu jedyne, co chciałam zrobić to mocno przytulić się do mojego taty i po prostu powiedzieć jak bardzo jestem z niego dumna, że z tego wyszedł i podziękować, że miał i ma tyle siły, by być dobrym, trzeźwym ojcem dla mojego rodzeństwa, które tego piekła nie pamięta. Godzina była późna, więc zrobiłam to na drugi dzień.
Nikt nie wie, że płakałam też dlatego, że mój własny mąż potrafił się z tego filmu śmiać. Rozumiem, że tego nie przeżył i w ogóle, jednak doskonale wie, co ja przeszłam i chyba nie ma nic śmiesznego w scenie, gdy zdesperowana, zmęczona chlaniem męża matka rzuca niemowlakiem? Czasem mnie przeraża jego postrzeganie świata...
Chciałabym opowiedzieć Wam, dlaczego umarła jakaś część mnie.
Od dziecka uwielbiałam malować, rysować. Czułam się artystyczną duszą. Gdy miałam 14 lat, rodzice założyli internet w domu. Wtedy w czeluściach internetu znalazłam... blogi z wzorkami na paznokcie.
Codziennie starałam się je odtwarzać na paznokciach swoich lub sztucznych, najtańszych kupionych w drogerii. A to, że czułam się artystyczną duszą, budowało we mnie pewność, że wzorki wychodzą coraz lepsze i lepsze. I tym sposobem odkryłam swoje powołanie.
Dziś mam 29 lat. Na moim koncie ukończone kursy stylizacji paznokci. Moje stylizacje pojawiały się w pismach branżowych, regularnie jeździłam na szkolenia i kursy doszkalające z różnych metod zdobnictwa. Moje klientki były bardzo zadowolone, a ja czułam się spełniona malując im cuda na paznokciach.
Dziś niestety, zmuszona jestem zamknąć swoją firmę. Od około 5 lat walczyłam z alergią kontaktową, wywołaną przez lakiery hybrydowe. Na początku objawy ustąpiły po kilku tygodniach, od czasu do czasu palce swędziały mnie i były zaczerwienione, ale moja miłość do zdobnictwa paznokci i nietuzinkowych stylizacji była większa niż dyskomfort.
Obecnie mam głębokie rany na palcach, opuszki bardzo opuchnięte. Odwiedziłam kilku dermatologów, nie tylko w moim mieście - diagnoza ta sama. Im więcej kontaktu z alergenem, tym gorsza reakcja skóry. Nie daję rady funkcjonować normalnie. Przestój w pracy również nic nie daje, po kilkudniowym odpoczynku dłonie znowu puchną i bolą.
Jestem załamana. Nie mogę zrobić już nic. Chce mi się tylko płakać, jak widzę, jaka część mojego życia staje się właśnie moją przeszłością.
Koleżanka z mieszkania przedstawiła mi naszego nowego współlokatora. Kiedy mówiła, że świetnie się dogadamy i tak dalej, puściła mi kilka wymownych i mało dyskretnych oczek. Tego chłopaka nastawiła już chyba na to, że będę jego dziewczyną czy coś. Po krótkim przedstawieniu poszła sobie do pracy i zostawiła nas samych.
Koleś przez pierwsze pół godziny "świetnego dogadywania się ze sobą" gadał jak najęty i użył z 60 razy słowa "mega" i z 50 razy "masakra", dwóch słów, których nadużywanie niezwykle mnie irytuje. Do tego w trakcie całej tej gadki szturchał mnie co chwilę pięścią - wiecie, takie przybijanie żółwika, tylko np. w ramię, albo w brzuch, w bok, w nogę... Na koniec chciał mnie pocałować, więc wytłumaczyłam mu szybko, że ma trochę nie po kolei i że nie mam zamiaru ani z nim chodzić, ani z nim sypiać czy coś. I wiecie co? I według moich znajomych to ja wyszłam na poje*aną!
Najbardziej wstydliwy moment w moim życiu: rodzice wchodzą do mojego pokoju (nie zamknęłam drzwi) i widzą mnie, całkiem nagą, w trakcie wyimaginowanej pikantnej rozmowy z moim wyimaginowanym chłopakiem.
Mój narzeczony zawsze za mocno cisnął nogę na gaz w czasie jazdy samochodem.
Była to niedziela kilka lat temu, wstałam rano, dzieci jeszcze spały, a ja nie mogłam zasnąć, mimo że mogłam sobie na to pozwolić. Zaparzyłam kawę w mieszkaniu, które niedawno kupił mój narzeczony, czuć było jeszcze zapach farby do ścian. Przeglądając na komputerze suknie ślubne próbowałam skontaktować się z przyszłym mężem. Jego praca polegała na wyjazdach, często wracał po 2-3 dniach, zdarzało się też, że wracał codziennie. Tego dnia miał wrócić do domu po 2 dniach nieobecności. Dzwoniłam od rana z jakąś pierdołą, aż w końcu ok. 12 odebrała kobieta, powiedziała "Dzień dobry, z kim rozmawiam?", pomyślałam od razu, że mnie zdradza, więc odpowiedziałam "z jego żoną, a ja z kim rozmawiam?" i wtedy usłyszałam "Z tej strony Malwina z OSP. Pani mąż miał wypadek, znaleźliśmy telefon w samochodzie i dokumenty, przykro mi, ale nie żyje, proszę przyjechać zidentyfikować zwłoki do (miasto oddalone o 500 km). Jechał samochodem marki..." (było więcej szczegółów i się zgadzały, ale nie będę już rozpisywać). Ubrałam dzieci, szłam 3 km do teściów, po drodze myślałam - dlaczego ja? Może to jakaś pomyłka, tyle razy mówiłam, że ma szybko nie jeździć, że może to nie on jechał (samochodem jeździł służbowym jedynym z ok. 20 w firmie bez reklamy firmy, zawsze innym). Płakałam całą drogę, dzieciom nie powiedziałam dlaczego. Kiedy doszłam do teściów próbowali znaleźć numer do firmy, jednak był tylko na infolinię, po prośbach dali nam numer do szefa filii, jednak on nie odbierał. Postanowiliśmy, że jego rodzice pojadą, a ja zostanę z dziećmi u nich.
Moja niedoszła teściowa była jak warzywo, pierwszy raz widziałam ją w takim stanie. Czekając na telefon od nich pierwszy raz od 15 lat zaczęłam się modlić, prosiłam Boga, żeby to nie był on, że to moja wina, bo dzwoniłam co chwilę, pewnie chciał wziąć telefon i dlatego ten wypadek. Kiedy siedziałam w kuchni, otworzyły się drzwi i od progu usłyszałam "a ja jeżdżę i cie szukam"... To był on, wrócił. Jak wszedł, zapytał się "co płaczesz, ktoś umarł?". Siedziałam jak wryta, czułam się jak w programie "Wkręceni". Okazało się, że zatrzymał się w jakieś wiosce u klienta, zostawił telefon i portfel i nawigację w samochodzie, a ktoś mu to ukradł. Opowiedziałam mu o wszystkim, zapytałam dlaczego nie zadzwonił, nie pojechał na policję zgłosić kradzieży. Nie pamiętał numeru do nikogo i nie wiedział gdzie najbliższy komisariat (teraz mąż ma obowiązek znać mój numer na pamięć).
Chłopak, który jechał samochodem był niepełnoletni, ukradł ojcu samochód, podobno był w ośrodku wychowawczym.
Karma podobno wraca, współczuję ojcu straty syna, ale dziękuję Bogu, że to nie był mój już obecny mąż. To był najgorszy i najszczęśliwszy dzień w moim życiu.
Jakiś czas temu jechałam tramwajem razem z siostrą i jej znajomymi. Ja miałam iść na pobranie krwi potrzebne do badań, a oni oddać krew. Ze względu na ich cel "podróży" rozmawiali o pomagania ludziom. Kto ile lat był w wolontariacie, ile krwi oddał itp. W pewnym momencie zostałam zapytana, czy oprócz wolontariatu coś jeszcze zrobiłam, bądź zamierzam. Odpowiedziałam, że jak tylko będę mogła, zamierzam oddawać krew, a póki co oddałam swoje włosy, które kiedyś sięgały mi do pasa (po oddaniu nawet do uszu nie sięgają). W tym momencie odwróciła się do mnie dziewczyna, ściągnęła perukę i powiedziała, że dziękuje, bo peruka to coś, co dodaje otuchy w chorobie.
Ja wiem, że to niemożliwe, ale ta peruka wyglądała dokładnie tak samo jak moje włosy.
Nie wiem, czy to tylko i wyłącznie moja dolegliwość, ale zawsze kiedy jestem w łazience na "dwójeczce" w kiblu publicznym, i tylko ktoś do niego wejdzie, siedzę jak najciszej się da. Nie wiem, może się wstydzę, ale mam tak od zawsze.
Tak było i dziś, kiedy siedząc na tronie gapiłem się w telefon i usłyszałem, że ktoś wszedł. Tak że grobowa cisza i oczekiwanie na wyjście współlokatora. Słychać, jak kolega podchodzi do pisuaru w wiadomym celu. Słychać, jak płynie strumień, tak 5 minut, 10... Kurde, coś jest nie tak...
Może myje się w umywalce? I tak siedziałem na dupie, aż mi nogi zdrętwiały i w końcu zebrałem się na odwagę, żeby wyjść. Skradając się powoli ujrzałem umywalkę. Cham wody nie zakręcił... I tak wyszedłem z obolałą dupą, spóźniony na pociąg i dość mocno wku*wiony. Oczywiście własną głupotą.
Wiem, gówniane wyznanie...
Już raz porzuciłam przyjaciół. Miałam dość tego, że co wieczór upijali się do nieprzytomności i w zasadzie nawet nie można było z nimi porozmawiać, bo jeśli nie byli pijani, to byli na kacu.
Odcięłam się od nich i znalazłam sobie fajną paczkę wyedukowanych ludzi na poziomie. Mogłam z nimi przeprowadzać wartościowe dyskusje, ale też fajnie poimprezować. Do czasu.
Tydzień temu przymknęła ich policja, a ja dowiedziałam się, że byli grupą ćpunów.
Ktoś chętny na kawę?
Dodaj anonimowe wyznanie