O "dobroci" mojej mamy.
Słysząc, że brat ma przyjechać na kilka dni do domu (bo zdał co miał zdać), postanawiam przygotować mu dobry domowy posiłek (plus przy okazji "prezent" dla taty z okazji jego urodzin), żeby miał sobie co zjeść.
No to wybieram zupę krem z porów, wiedząc, że jak zrobię ją z trzech to wyjdzie mało, więc robię z sześciu. No i dobra, ze względu na to, że jestem strasznie powolna w krojeniu warzyw, zajmuje mi to dobre 2 godziny. Kiedy zupa gotowa, jem jej porcję ja i siostra, po czym wybywam uczyć się do pokoju. Mijają 2 godziny.
Idę do kuchni zamierzając coś przekąsić, patrzę do lodówki i... zupy ubyło o co najmniej trzy czwartą! No bo było jej trochę ponad pół garnka, a teraz to wystarczyłoby wziąć porcję i prawie by dno było widać.
Pytam się mamy czemu zupy tak mało, a ona - "dałam bezdomnej".
Ja nie wierzę, pytam "moją zupę!?",a ona przytakuje głową zadowolona ze swojej "dobroci". Tata przychodzi z pracy (pracuje w przychodni(?) dla bezdomnych), pyta się co ja taka zła, a ja odpowiadam "bo mama....".
Tata się pyta mamy jakiej bezdomnej, mama, że takiej i takiej. Tata odpowiada, że ona to wcale taka bezdomna nie jest, mama oburzona "skąd wiesz?", "bo wiem".
No i może trochę przesadzam, ale kurczę jak ktoś chce tak bardzo nakarmić "biednego" bezdomnego, to może by tak nie robić tego kosztem innych? Bo co jak co, ale zupę robiłam w pełni samodzielnie, a moja praca poszła się je*ać do żołądka pani, która woli kupić alkohol zamiast jedzenia...
Akcja w hotelu robotniczym. Dużo starszy kolega powiedział, że ma ochotę na "zabawy" ze mną. Będzie czekał w swoim pokoju, drzwi zostawi uchylone. Ja młoda, niedoświadczona, zamiast mu wygarnąć nic nie powiedziałam, ale oczywiście nie poszłam.
Po jakimś czasie przywlókł się do mnie i z fochem wycedził "nie spodziewałem się, że jesteś taka". A na koniec wyciągnął z portfela zdjęcie i zaczął mi się chwalić, jaką ma ładną żonę. Miałam oczywiście podziwiać.
Wygrałem w totolotka! :D A piszę o tym anonimowo, bo nie chciałem się komuś pochwalić, ale żaden z moich znajomych nie może o tym wiedzieć, bo boję się, że od teraz miałbym masę fałszywych "przyjaciół". Naprawdę szczęście aż krzyczy ze mnie ze środka i nie mogę się tym z nikim podzielić - cieszcie się ze mną! :D
Ptak mi nasrał do puszki z colą - trafił prosto w otworek. Poczułem dopiero, jak wziąłem łyka...
Jakiś bezdomny poprosił mnie o papierosa. Miałem już tylko kilka w paczce, więc dałem mu całą. Otworzył, wyjął fajkę, po czym podziękował mi tak naprawdę bardzo mocno, szczerze i z całego serca. Dlaczego tak zrobił, dotarło do mnie dopiero, jak doszedłem do domu - wsadziłem do niej całą kasę, jaką wyjąłem wcześniej z bankomatu.
Uwielbiam się głodzić. Kocham to uczucie pustki w żołądku. Albo kiedy czuję jak woda mi go zapełnia. Lubię na drugi dzień patrzeć w lustro i widzieć jaki mam płaski brzuch ze świadomością, że to właśnie dzięki głodzeniu się. Wiem, że to nienormalne. Nie oceniajcie. Po prostu chciałam to z siebie wyrzucić.
W pracy mam koleżankę która pali i... jest w ciąży. Bardzo ją lubię, ale to doprowadza mnie do szału. Próbowałam z nią rozmawiać, zabierałam fajki, pokazywałam artykuły, filmiki o konsekwencjach takiego postępowania. Zero reakcji. Bo przy poprzedniej dwójce dzieciaków paliła i nic im nie jest, to dlaczego miała by rzucać?
Ja też palę, wielokrotnie starałam się rzucać bez skutku, ale jak dowiedziałam się o ciąży, to od następnego dnia aż do ostatniego dnia karmienia piersią tego syfu do ust nie wzięłam. Wiem, że to wygląda jakbym się porównywała jako lepsza, ale nie o to mi chodzi, tylko chcę pokazać że jak się naprawdę chce to wszystko jest możliwe. Po prostu nie mogę zdzierżyć myśli, że niewinnej istocie dzieje się krzywda na moich oczach i nie mam na to wpływu. Co mam robić?
O zaburzeniach odżywiania.
Jak jeszcze mieszkałam z babcią, to w domu zawsze były słodycze. Jako dziecko nie potrafiłam ich sobie odmówić. Dodatkowo babcia podsuwała mi pod nos co najmniej czekoladę dziennie.
W szóstej klasie podstawówki przy ok 1,50 m ważyłam 75kg. Niestety dopiero idąc do gimnazjum zauważyłam jak wyglądam naprawdę.
Pamiętam ten dzień. To właśnie on zaczął moją chorobliwą walkę żeby schudnąć.
Zaczęłam się głodzić i ćwiczyć do upadłego. Potrafiłam chodzić na stepperze po kilka godzin z ciężarkami. W pewnym momencie jadłam jogurt dziennie + kilka wafli ryżowych.
Rodzice na początku nic nie zauważyli. Pracowali od porannych godzin do wieczornych, więc praktycznie ich nie widywałam.
Gdy zrzuciłam pierwsze pięć kilo bardzo mnie pochwalili. Powiedzieli, że to świetnie, że ograniczam słodycze i ćwiczę.
Po kolejnych pięciu zaczęło się gadanie. Czy przypadkiem nie za szybko chudnę? Czy na pewno jem normalnie? Czy wszystko w porządku? Zawsze odpowiadałam z uśmiechem, że tak.
W trzeciej klasie (moment jogurtu dziennie), mój organizm uznał, że to przesada. Przy 1,70 m ważyłam 43 kg. Zemdlałam na lekcji, zawieźli mnie do szpitala. Nad rodzicami zawisła groźba, że jak nie zgodzą się na leczenie psychiatryczne, to mogą im odebrać do mnie prawa.
Tak więc przesiedziałam pół roku w ośrodku. Początek był straszny. Krzyczałam, że się zabiję, jeżeli będą mnie zmuszać do jedzenia. Karali mnie kiedy ćwiczyłam. Jednak po jakimś czasie zrozumiałam, że jak się zmuszę do wykonywania ich rozkazów, to szybciej mnie wypuszczą.
Myślałam, że się wyleczyłam. Zaczęłam normalnie jeść, pozwalać sobie na słodycze, znalazłam chłopaka. I przestałam ćwiczyć. Bałam się, że wracając do ćwiczeń wrócę do poprzedniego stanu. Nie chciałam.
Kilka tygodni temu mój chłopak powiedział mi, że mogłabym zrzucić parę kilo. Nie wie o mojej przeszłości. Nie wie co teraz obudził. Znowu się głodzę, znowu liczę kalorie, znowu ćwiczę po nocach. I nie mogę z tego wyjść. W mojej głowie krzyczy zdanie "jesteś za gruba".
Czytałam tu niedawno wyznanie kobiety, która pisała, że dowiedziała się, że jest bezpłodna, jej mąż powiedział o tym swojej matce, a ta robiła aluzje, aby ją zostawił. Mąż powiedział jednak, że tego nie zrobi. To wyznanie miało wiele komentarzy, a znaczna większość (na szczęście nie wszystkie) była za tym, aby mąż jednak zostawił bezpłodną żonę teraz, bo i tak pewnie kiedyś to zrobi.
Moja historia jest bardzo podobna. Miałam męża, dowiedziałam się, że nie mogę mieć dzieci i mąż mnie zostawił. Większość rodziny i znajomych stanęła po jego stronie (podobnie jak w komentarzach pod tamtym wyznaniem). Wszyscy mówili, że skoro mój mąż chce mieć własne dzieci (na adopcje stanowczo się nie zgodził), to miał pełne prawo mnie porzucić. Porzucić, bo tak właśnie się poczułam. Jak nikomu niepotrzebna rzecz, która się zepsuła. Jak przedmiot.
Jestem przerażona, jak postrzegane są kobiety. Nieważne kim jesteś i jaka jesteś. Ważne, że rodzisz dzieci. To twoja rola i tylko do tego się nadajesz. Żywy inkubator. Nie potrafisz? To wynocha! Jesteś niczym, nic nie jesteś warta. I to ma być XXI wiek? To jest straszne. I tak, mam poczucie krzywdy. Nie uważam, że mąż miał prawo mnie zostawić. Ślubował mi przecież, że mnie nie opuści i będzie ze mną na dobre i na złe. To było właśnie to złe i co? Zmył się przy pierwszej okazji i to z pełnym przyzwoleniem społecznym. Ja natomiast zostałam okrzyknięta rozgoryczoną, samolubną babą, która chciała unieszczęśliwić swojego cudownego męża, trzymając go na siłę przy sobie. Ciekawe, czy gdyby to on nie mógł mieć dzieci i to ja bym odeszła, to też ludzie by mówili, że dobrze zrobiłam? Czy może, że bezdusznie porzuciłam faceta, który nic złego nie zrobił, bo przecież to nie jego wina, że nie może mi zrobić dziecka?
Pamiętam, że świat mi się wtedy zawalił. Nie dość, że dowiedziałam się, że nigdy nie zostanę matką, to jeszcze zostałam porzucona z dnia na dzień i wszyscy się ode mnie odwrócili, bo śmiałam mówić, że to niesprawiedliwe. Powinnam przecież cierpieć w milczeniu i pogodzić się z losem, bo? No właśnie bo co? Bo tak trzeba? Bo tak wypada? Bo ludzie tak mówią?
Teraz chodzę na terapię, ale nadal jest we mnie dużo żalu i złości. Mam poczucie krzywdy i nikt mi nie wmówi, że nie mam prawa się tak czuć! Mam pełne prawo. Właściwie to chyba tylko ta wściekłość mnie uratowała. Gdybym, tak jak każdy mi radził, po prostu pogodziła się z faktem, że bez dzieci jestem nic nie warta, to bym popełniła samobójstwo albo popadła w głęboką depresję.
Obecnie jestem sama i próbuję sobie ułożyć życie. Nie obchodzi mnie, co ludzie sobie o mnie myślą czy mówią. Nie nienawidzę też facetów przez to, że mój mąż okazał się być tylko niedojrzałym chłopcem.
Mam nadzieję, że autorce tamtego wyznania wszystko się ułoży. Życzę jak najlepiej.
Podniecają mnie wizyty u dentysty. Szczególną przyjemność sprawia mi borowanie. Na (nie)szczęście zęby mam dosyć zdrowe, więc często żeby sobie dogodzić, oglądam filmiki na YouTubie o tej treści. Wielokrotnie wyobrażam sobie, że leżę bezradna na fotelu, a lekarz bez cienia delikatności wierci mi w zębach. Nie mam pojęcia skąd mi się to wzięło, ale wiem, że już od dziecka lubiłam wizyty u dentysty.
Dodaj anonimowe wyznanie