To zdarzyło się parę ładnych lat temu, gdy byłam ośmioletnim szczylem.
Wszystko zaczęło się od tego, że cioteczna babcia mamy zaprosiła mnie i mojego o rok starszego kuzyna do siebie na ferie. Niby wszystko fajnie, gdyby nie to, że w pokoju, który nam przydzieliła było tylko jedno łóżko, więc musieliśmy spać razem. I to był właśnie problem. Mój kuzyn co noc prosił mnie, żebym podotykała jego części intymnych, a ja, niczego nie świadoma, godziłam się na to, po części również dlatego, że byłam dość ciekawa ciała osobnika płci przeciwnej.
Na szczęście nie doszło między nami do niczego więcej, jednak wciąż dziwnie czuję się z tym, że robiłam mojemu kuzynowi dobrze.
Jestem studentką i wynajmuję mieszkanie z trójką współlokatorów, każde z nas ma oddzielny pokój zamykany na klucz, ale kuchnia, salon oraz dwie łazienki są wspólne. Akurat tak się złożyło, że dwa pokoje zajmują chłopaki - Tomek i Gabriel, a pozostałe dwa ja oraz Patrycja. Jedna łazienka jest chłopaków, a druga Patrycji i moja.
Wyznanie dotyczy Patrycji - pochodzi z dość zamożnej rodziny, studiuje oraz pracuje, chociaż rodzice dają jej niemałe pieniądze. Generalnie uchodzi za odpowiedzialną i ułożoną dziewczynę. Ale tylko z pozoru.
Jakiś miesiąc po wprowadzeniu zaczęły mi znikać rzeczy i kosmetyki kończyły się szybciej niż zazwyczaj. Pomyślałam sobie, że to wszystko przez moje roztargnienie. Mniej więcej w tym samym czasie chłopaki zaczęli narzekać na to, że giną im skarpety. Później znikały mi ciuchy oraz drobne sumy pieniędzy ze skarbonki. Pomyślałam, że coś jest na rzeczy, bo chłopakom również ginęły ciuchy i artykuły spożywcze. Jednemu nawet zginęła bielizna, którą jego dziewczyna zostawiła u niego. Zapytałam Patrycji, czy jej też znikają rzeczy. Odpowiedziała "tak, tak, skarpety mi ciągle giną". Pytałam się jej, czy przypadkiem nie wyprała mojej koszulki/spodni/bluzy/skarpet/majtek i nie ma tego u siebie. Za każdym razem stanowczo zaprzeczała.
Raz była wyjątkowo zabiegana, a ja szukałam swojej kolejnej koszulki, kazałam jej sprawdzić, czy nie ma jej u siebie w pokoju. Stwierdziła, że jak wróci, bo nie ma czasu, zaproponowałam więc, że sama poszukam. Rozpętało się piekło.
Przez bite 10 minut darła się na mnie, że ją osądzam o kradzież, a ona na takie szmaty jakie ja noszę by nawet nie spojrzała i jej uwłaczam. W tym momencie stwierdziłam, że tam gadać nie będziemy, skorzystałam z jej nieuwagi i dorobiłam klucz do jej pokoju, bo to w jaki sposób się zachowała wskazywało jednoznacznie na to, że to ona zabiera nasze rzeczy. Poczekałam aż wyjedzie do rodziców i po prostu tam weszłam.
W jej bałaganie było wszystko, czego szukaliśmy przez ostatnie parę miesięcy.
Musiała nurkować w koszu na brudne pranie, bo było tam nawet kilka moich par majtek, których nie mogę prać w pralce, więc prałam ręcznie i suszyłam na ręczniku w swoim pokoju.
Warto zaznaczyć, że w każdej z łazienek jest osobny kosz na pranie, więc musiała również wchodzić do łazienki chłopaków.
Przez parę chwil byłam zła, ale później zaczęłam się zastanawiać, czemu ona to robi, skoro o pieniądze nie musi się martwić.
I nie wiem teraz co zrobić, bo zachowałam się tak jak ona i weszłam do jej pokoju bez pozwolenia. Wziąć naszych rzeczy nie mogę, bo by się zorientowała, że jednak tam byłam i musiałam mieć skądś klucz...
Jestem żołnierzem zawodowym.
Ostatnio 16 godzin spędziłem na manewrach i ćwiczeniach na poligonie.
Po zajęciach droga do jednostki, a później standardowo zdanie ekwipunku do magazynów, prysznic, przebranie się w cywilne ciuchy i następnie powrót krakowskim MPK do domu.
Siedzę i czuję, że powoli odpływam w objęcia Morfeusza, gdy nagle nieidentyfikowane babsko szturcha mnie i drze ryja (prośbą tego nazwać nie mogę), że zająłem jej miejsce.
Nie wiem, czy to zmęczenia, czy z powodu jej wrzasków wstałem i wydarłem się:
"STÓJ BO STRZELAM!".
Efekt był taki, że babsko się zmyło, a innym pasażerom wytłumaczyłem, że nie posiadam przy sobie broni.
PS. Pozdrawiam kierowcę MPK z autobusu 144, który miał niezły ubaw :D
W liceum przez rok wychowania fizycznego uczył nas prawdziwy buc - nazwijmy go pan Łysolec.
Facet okropny pod względem podejścia do lekcji i oceniania - normalnie, kiedy ktoś się nie czuje na siłach wykonać jakiegoś ćwiczenia, czy to w zwykłej rozgrzewce, czy potem przy większych zadaniach, to ma pełne prawo po prostu nie wykonywać tego zadania. Mówię tu np. o ćwiczeniach mocno "rozciągających" okolice miednicy w czasie miesiączki u dziewczyn czy jakichś wyskokach przy nadwyrężeniu kostki. Tymczasem u pana Łysolca za odmowę wykonania absolutnie każdej pierdoły dostawało się jedynkę/brak pracy na lekcji/ minusa. Kabaret.
Pan Łysolec nie pozwalał również pod żadnym względem wyjść do ubikacji na lekcji. Bo przerwa od tego była, a teraz mamy siedzieć na lekcji i już (u nas była ta trudność, że na salę szłyśmy z klasy na drugim końcu szkoły, a kolejki do toalety były masakryczne i ewentualne ustanie w niej kończyło się 5-minutowym spóźnieniem na lekcję - również nieakceptowalnym, mimo solidnego wyjaśnienia).
Oprócz tego pan Łysolec miał tabelki oceniania wszelkich sprawdzianów prawdziwie z kosmosu, gdzie czas biegu na czwórkę był wyższy niż u drugiego nauczyciela na szóstkę.
Wielokrotne bunty, skargi, wyprawy rodziców do dyrekcji i samego Łysolca dały wielkie zero, więc jako klasa samych dziewczyn byłyśmy mocno zdruzgotane. Ale nie byłoby wyznania, gdyby coś nie zmieniło tej sytuacji.
Dwie godziny wf-u pod rząd, miałam okres. Oczywiście nie zdążyłam na przerwie do toalety, więc zaryzykowałam i od 20 minuty lekcji wręcz błagałam Łysolca o pozwolenie na wyjście do tej cholernej ubikacji. Po 3 odmowach powiedziałam mu wprost, że muszę zmienić podpaskę, inaczej zaraz będzie tu plama krwi.
A Łysolec spokojnie odparł, że to mój problem.
Owszem, mogłam wtedy mieć wywalone i wyjść mimo to, jednak wpadłam na pomysł, który okazał się przełomem.
Nie poszłam do toalety. Zaczęłam za to ćwiczyć intensywnej, wyginałam cały dół w najdziwniejsze pozy. Efekt był taki jak oczekiwałam - całe szare legginsy pokryły się plamą, na czym nie przystopowałam i ostatecznie czerwone ślady pokryły kawałek posadzki.
Łysolec jak zobaczył co się stało, baaardzo się zmieszał i łaskawie pozwolił mi wyjść do toalety oraz po jakąś ścierkę.
Niee, oczywiście na tym się nie skończyło! Dzięki temu tego samego dnia do szkoły wparowały wściekłe i obrzydzone mamy z moją na czele, robiąc największe piekło jakie mogły Łysolcowi i dyrekcji.
Po wszystkim nauczyciel finalnie został zmieniony (w szkole pozostał, ale słysząc wieści z innych klas, całkiem zmienił również podejście i stał się potulny jak baranek).
Owszem, mogłam użyć zwolnienia na Librusie, jednak zwyczajnie lubię ćwiczyć, czemu więc miałabym tego nie robić :)
Mieszkam z brudasami.
Nienawidzę mieszkać z innymi ludźmi i niestety robię to od 17 roku życia (obecnie 24). Co roku się wyprowadzam, licząc, że tym razem trafię lepiej. Mieszkałam z młodymi ludźmi, starszymi, właścicielem, znajomymi, w akademiku, z chłopakiem. Włącznie 11 konfiguracji, bo na niektóre wakacje też coś wynajmowałam.
Przeszłam już chyba każdą możliwą konfigurację typów brudasów i nigdy nie doświadczyłam ludzi, którzy by jednocześnie: a) sprzątali po sobie b) raz na 1-2 tyg. po prostu sprzątali jedno wspólne pomieszczenie c) po prostu kupowali środki czystości, nie wymigując się, nie robiąc dramy.
Generalnie schemat się powtarza: młodzi ludzie, których rodzice wychowali w niezrozumiały dla mnie sposób. Oni nie robili w domu nic! Nie potrafią gotować, nie wiedzą, że się sprząta i jak się to robi, nie umieją dysponować pieniędzmi, cały czas wolny ładują w gry (a zwykle mają go sporo). Oraz: NIE potrafią rozmawiać. Nie potrafią rozwiązywać problemów, uciekają jak dzikie zwierzęta.
Obecnie mieszkam z 3 facetami, jeden jest moim chłopakiem (kolejna nowa pi%7olona konfiguracja), w mieszkaniu stoją worki ze śmieciami, ze zlewu nie da się korzystać, bo zawalony naczyniami, wszędzie stoją opróżnione słoje po żarciu przywożonym z domu, a od miesiąca nie ma mydła, bo jak ja nie kupię, to nikt nie kupi (swoje mam, don't worry). Wkur%iłam się. Wiecie co przeczytałam (oni przecież nie rozmawiają)? Że tych wszystkich śmieci, które zostały po ich imprezie i całym tygodniu nie sprzątną, BO TO MY DWOJE ŚMIECIMY.
Nie mogę się teraz wyprowadzić ze względu na okoliczności życiowe, ale codziennie robię się czerwona ze złości. Tylko wiecie co? To nie jest pierwszy raz w moim życiu ani jakiś trzeci. To jest reguła. Poziom lepiej było, gdy mieszkałam z moimi znajomymi, teraz mieszkamy z jego znajomymi i jest jak w akademiku. Ja już nie mam do tego siły, a po prostu mnie nie stać żeby mieszkać sama.
Mam problem ze swoim dziadkami.
W maju moi dziadkowie postanowili się przeprowadzić z ogromnego domu z ogrodem do mieszkania w bloku, pozostałości po zmarłej w grudniu sąsiadce. Ja i moja rodzina dowiedzieliśmy się o tym właściwie w trakcie, gdy nagle zadzwonili do nas, że wynajęli to mieszkanie i od następnego dnia w nim zamieszkają. Na pytanie, dlaczego się przeprowadzają, nie mieli żadnego sensownego argumentu oprócz "na starość znudziło nam się mieszkanie w domu", który sprzedali.
Przez jakiś czas odwiedzaliśmy się 2-3 razy w tygodniu, na kawach, czasem obiadach, i kilkakrotnie w tym czasie mijaliśmy się na klatce schodowej. Ale to nie zapowiadało tego, co się nagle stało.
Na początku wakacji zaczęło im odwalać.
We wczesnych godzinach porannych (jakoś 6.00) dzwonili z jakąś gównianą sprawą, która mogłaby poczekać jeszcze te kilka godzin, ale ich zdaniem musieli ją przekazać już teraz. Dwie godziny później - telefon z zaproszeniem na "kawę i ciastko" za godzinę. To jeszcze można by było przeboleć, gdyby te telefony nie miały miejsca codziennie, a na ów kawkach nie siedziała ciotka z dziećmi (o nich napiszę osobne wyznanie, bo to co odwalają, czasem przechodzi ludzkie pojęcie). Później - co najmniej trzy telefony i jedne odwiedziny "bo tak jakoś nudzimy się i pomyśleliśmy, że was odwiedzimy/pogadamy z wami".
Parokrotnie było im sugerowane, że przesadzają, na co oni z oburzeniem odpowiadali, że "teraz musimy się często odwiedzać i gadać ze sobą, bo jak umrzemy, zostanie wam beczenie nad grobem", co więcej, dzień później telefony i odwiedziny zwiększyły się.
Gdy tylko nie odbierzemy któregoś telefonu albo nie zareagujemy na ich pukanie (bo np. nas nie ma) ci zaczynają pielgrzymki po sąsiadach. Nie pisałbym tego, gdyby im nie odwalało bardziej, niż z telefonami - zamiast kulturalnie spytać, ci drą ryje, grożą policją, bo twierdzą, że sąsiad kłamie... No masakra. (Może to źle, że jeszcze żaden sąsiad tego nie zrobił, tylko kończyło się na rozmowach z moimi rodzicami na ten temat).
Myślałem, że w roku szkolnym będzie lepiej. Pomyliłem się. Zawsze, gdy idę na przystanek (dojeżdżam do szkoły), ci albo akurat w tym momencie, "przypadkiem", muszą iść do sklepu, albo, o zgrozo - CZEKAJĄ NA MNIE NA PRZYSTANKU. Jeszcze robią mi wstyd w postaci przytulania i całowania z każdej strony, jakbym był kilka lat niewidzianym wnukiem (co zresztą czynią przy każdych odwiedzinach). Gdy wracam - albo również powitanie na przystanku, albo (w łagodniejszej wersji) na klatce schodowej.
Podobnie jest z moją siostrą, dojeżdżającą na studia. Również czekają na nią komitety powitalne i pożegnalne. Najgorzej było, gdy uczyła się na sesję - moi dziadkowie dzwonili co godzinę, a ona musiała zdawać co najmniej dziesięciominutową relację tego, co się nauczyła, z czego i jaki konkretnie temat.
Jakby tego było mało, kilka dni temu powiedzieli nam, przy oburzonej tym ciotce, że ich zdaniem za rzadko się widzimy.
Chyba będą nas nachodzić do czasu przeprowadzki...
Akcja rozegrała się w znanej sieciówce.
Byłem na zakupach, bez karty kredytowej (została w aucie), wykreślałem kolejne pozycje z listy. W portfelu: jeden banknot 200 zł i 19,75 zł w drobnych. Chodząc po sklepie, liczyłem cenę każdego produktu. W koszyku wszystkie zakupy, więc idę do kasy. We wszystkich kasach tłum, więc czekam. Moja kolej, liczenie i płatność. Wyświetlona cena 19,77 zł. Podaję pieniądze i mówię, że DWÓCH groszy brakuje. Ekspedientka spojrzała na mnie. Oczy rozpalone jak węgle, fryzura wołająca menadżera sklepu (naprawdę tak ją widziałem). Zaczyna się na mnie wydzierać: "Jak nie stać cię (nie żaden "pan", powiedziała "cię") na zakupy, to nie kupuj". W kolejce pełno osób patrzy na mnie jak na żebraka. Chciałem powiedzieć, że to tylko 2 grosze, lecz głos min się załamał. Zgarnąłem drobne i położyłem to zapasowe 200 zł. Uspokoiła się i zaczęła wydawać resztę. Wydaje i na koniec pyta, czy może być winna grosika, bo nie ma...
Powiedziałem "nie". Normalnie bym to puścił, ale we mnie się już gotowało. Zaczęła pytać o drobne u koleżanek, ale ciężko. Ludzie z zaciekawieniem czekają. Nie słyszę żadnych głosów ze strony małego tłumu. W końcu rozmieniła banknot i przez chwilę mierzyła mnie wzrokiem. Przestała, kiedy starszy facet (drugi za mną w kolejce) zaczął mi gratulować wytrwałości. Zgarnąłem resztę i odszedłem.
Nie wiem, co to za uczucie mnie opłynęło po wyjściu ze sklepu, ale było warte całej sytuacji.
Mam 35 lat i mam bulimię. Jestem wysportowana, trenuję sztuki walki, dużo koleżanek podziwia mój zapał i to, że mi się chce trenować.
Wiem, że mam problem, ale nie umiem sobie z nim poradzić. Byli już psychologowie, psychiatrzy, którzy stwierdzili, że ja po prostu nie chcę wyzdrowieć. Wiem, jak działa bulimia i inne zaburzenia odżywiania, byłam zapisana do "grupy wsparcia" w moim mieście dla osób z zaburzeniami odżywiania i co mogę wywnioskować, że większość bulimiczek zaczynała się "przesiadać" na anoreksję. Owszem - mówiły, że starają się nie wymiotować itp, jeść zdrowo tylko nigdy nie wspominały o tym pani psycholog prowadzącą grupę, że porcje jedzenia są głodowe... Większość dziewczyn to były nastolatki zapisane przez rodziców, nie zależało im na wyleczeniu się - wręcz przeciwnie.
Po kilku spotkaniach, ku zdziwieniu pani psycholog, zrezygnowałam. Dalej z tym walczę, teraz samotnie. Najgorsze jest to, że ja LUBIĘ wymiotować. Nigdy z tym nie miałam problemu, mogłam rzygać na zawołanie. Uwielbiam tą "pustkę" w żołądku mimo, że głodna nie jestem. Wiem, to jest chore, ja jestem chora. Wiem, że z bulimią spektakularnych sukcesów w sportach walki pełnokontaktowych nie osiągnę, jednak mimo mojej ciągłej walki ze sobą o to czy zwymiotować kolejny raz czy nie, zdecydowanie przegrywam. Komentarze jednego z psychologów na temat tego, że bulimia to choroba nastolatek i sobie sama ją wmówiłam, bo chcę się odmłodzić również mi bardzo NIE pomogły..
UWAGA! Wyznanie będzie obrzydliwe! Nie radzę czytać przy jedzeniu.
Jako kilkuletnie dziecko miałam dziwny zwyczaj. Kiedy zachciewało mi się zrobić "dwójkę", szłam do kąta w moim pokoju, stałam tam i czekałam, aż zrobię w majtki. Kryłam się z tą kupą przed rodzicami jak najdłużej się dało. Ale po czasie rodzice się już dowiedzieli co to znaczy, jak idę postać w kącie. Umiałam korzystać z toalety. Po prostu lubiłam czuć, że mam dużą kupę w gaciach, bo mnie ogrzewała i było to przyjemne uczucie. Na szczęście mi przeszło, zanim poszłam do przedszkola.
W czasach, gdy byłam biedną studentką i miałam bardzo ograniczone środki finansowe, ukruszył mi się ząb, dokładnie jedynka. Na początku przyklejałam go na kropelkę, jak tylko się odkleił, to czynność powtarzałam i modliłam się, żeby wytrzymać te dwa tygodnie do wypłaty i wizyty u dentysty.
Niestety, pewnego razu połknęłam go przy jedzeniu... Co było robić? Kilka razy robiłam kupę na sitko. W końcu go wydaliłam, wygrzebałam z kupy, umyłam i od nowa przykleiłam.
Dodaj anonimowe wyznanie