Uczyłam się w jednym z liceów w szkole dla osób niepełnosprawnych. Byłam w pierwszej klasie. Pewnego dnia pani dyrektor ogłosiła, że jest możliwość, by zapisać się na tzw. paczki mikołajkowe. Jeśli by się udało, w grudniu mieliśmy jechać do pewnej miejscowości na oficjalny "bankiet" połączony z wręczeniem prezentów. Nie znałam szczegółów, jednakże z tego co słyszałam warto było, bo mogłam otrzymać, w tamtym okresie bardzo potrzebny mi, magnetofon. Poprzedni zniszczył się, więc jeszcze bardziej cieszyłam się, że udało mi się być w grupie osób, które pojadą na imprezę dobroczynną.
Doczekaliśmy się grudnia, wszyscy wybrani z naszej szkoły zapakowani w autokar, jedziemy. Na miejscu byliśmy w salonie samochodowym. Jeden z dealerów był sponsorem. Klimat typowy dla spotkań dobroczynnych - poczęstunek, gadu-gadu, wszyscy podekscytowani, ludzie się do nas uśmiechają jednocześnie widocznie współczując co niektórym z nas. W trakcie rozmowy z kolegą podeszła do nas jakaś kobieta, zupełnie obca, przedstawiła się jako redaktor gazety. Przywitała słowami: "Ale dużo was się załapało, co?". Nic nie powiedzieliśmy. Fakt, było nas około 20 osób, ale przecież o to chodziło, nie? O to, by podarować komuś coś.
Po jakimś czasie zrozumiałam, o co chodziło tej pani. Otrzymując paczkę, dostaliśmy też kartki z życzeniami świątecznymi. Brzmiały one mniej więcej tak: "Niech pustka, którą nosisz w sercu, nie odbiera radości ze Świąt Bożego Narodzenia..." plus krótki tekst o tym, że miło im współpracować z naszymi placówkami. W każdym razie sens był taki, że kartka w domyśle miała być przeznaczona dla młodzieży z domów dziecka. Z tego co wiedziałam, to 99% z naszej grupki miało oboje rodziców. Poczułam duży dyskomfort, bo byłam wciśnięta w coś, o czym nie miałam pojęcia. Żadne z nas nie wiedziało, że odbiorcami podarków miały być sieroty. Co gorsza, większość młodzieży obecnej SIEROTAMI NIE BYŁA. Żal mi tylko darczyńców, którzy zostali, najprościej pisząc, wykiwani przez oszustów. I choć wiem, że nie powinnam się obwiniać, bo byłam nieświadoma, do tej pory wspominając to zdarzenie jest mi zwyczajnie wstyd... Tyle z tego dobrego, że nasza szkoła od tamtego razu nie jeździła na podobne eventy.
O biednym pracodawcy, który nie może znaleźć pracowników.
W ogłoszeniu zaznaczone, że wynagrodzenie 4-5 tysięcy brutto. Praca na produkcji, stanowisko dla osoby o specjalnych uprawnieniach. Praca łatwa, ale w hałasie. Jednym z najbardziej absurdalnych wymagań jest dyspozycyjność, co oznacza możliwość pracowania "dobrowolnie" w dni wolne - sprowadza się to do pracy w 2 lub 3 weekendy miesięcznie. Poniżej dwa skrajne przykłady, bo takich i podobnych kandydatów przewinęło się już -naście.
Kandydat nr 1:
- Brak doświadczenia
- Świeżo po kursie
Rekruter cały czas próbuje zrobić z niego debila. Wciąż wszystko komentuje - to źle, to nie tak, szkoła nie ta, kursy nie te, źle pan patrzy, a tu niekształtna literka itd. itp. Ogólna postawa "to ja jestem najlepszy, a ty zerem - całuj stopy, że cię słucham". W związku z brakiem doświadczenia i wykształcenia, rekruter zaproponował najniższą krajową. Kandydat dostaje pracę w innym zakładzie o 800 zł lepiej płatną. Pracodawca zdziwiony, że kandydat odmówił.
Kandydat nr 2:
- Ukończenie kursów (2 lub 3)
- Doświadczenie 8-letnie, w tym 4 lata w firmie zagranicznej.
Rekruter ciągle powtarza, że u nich nie jest jak na zachodzie. Jednak lepszej pracy w regionie nie znajdzie - u nas najlepiej i och i ach. Jednak postawa buca u rekrutera nadal wyczuwalna. Proponuje - łaskawie - 500 zł brutto więcej niż najniższa krajowa. Pracodawca zdziwiony, że kandydat nie przyjmuje oferty i znajduje pracę z zarobkami takimi jak w ofercie w innym zakładzie.
A ja tego słucham i załamuję ręce. Szef codziennie mówi o tym, jacy to ludzie leniwi i wymagania z kosmosu mają. A stanowisko? Od ponad 2 lat nieobsadzone. A oni wciąż zdziwieni, że chętnych brak.
Mam na imię Karina i chodzę do liceum.
Nigdy nie lubiłam swojego imienia, lecz teraz wręcz się go wstydzę. Na pewno domyślacie się, dlaczego. Oczywiście chodzi o określenie patologicznej dziewczyny typowego Seby - Karyna. Wszyscy rówieśnicy śmieją się ze mnie nazywając mnie tak, pomimo tego, iż stereotypowy wizerunek "Karyny" nijak ma się do mnie. Wstydzę się poznawać nowych ludzi, ponieważ trzeba się przedstawiać, a nieraz mi się zdarzyło przy tym zobaczyć rozbawienie u rozmówcy.
Gdy wiem, że nigdy danej osoby nie spotkam drugi raz, to przedstawiam się innym imieniem. Również w internecie zawsze podaję nieprawdziwe imię. Zdaję sobie sprawę, że ja to ja, a imię to tylko zbieżność, jednak uwierzcie, liceum jest okrutne ;)
Gdy byłam dzieckiem (około 7 lat), bawiłyśmy się z innymi na podwórku. W pewnym momencie podszedł do nas mężczyzna, który pod jakimś pretekstem wyciągnął nas wszystkich (ok. 6 osób) w krzaki koło bloku. Mnie nie podobał się ten pomysł, ale jako dziecko poszłam za tłumem, bo zawsze kazali nam trzymać się razem. Niestety pan okazał się pedofilem i zaczął się do mnie dobierać. Na szczęście mój krzyk go spłoszył, a inne dzieciaki zaczęły krzyczeć razem ze mną. Nikomu nikt nic nie powiedział, do tej pory to tajemnica. Ale też przestroga dla rodziców, żeby uczyć dzieci od małego, że pedofile używają podstępów. My szukaliśmy zaginionego pieska.
Co Sosnowiec, to Sosnowiec. Powoli myślę, że filmy Vegi jednak coś z rzeczywistości mają.
Zadzwoniłem na 112, do jakiegoś faceta, który leżał pod ławką. Spytany, czy wszystko w porządku, coś mamrotał. Alkoholu nie wyczułem. Nie wiem, może pił, może choroba. Nie wiem co z człowiekiem.
Wyspowiadałem się przez telefon z jaką sprawą dzwonię. Operator połączył z pogotowiem, przysłali karetkę.
Po ponad 20 minutach czekania przyjechali i postawili człowieka na nogi. Wypytują go o imię, co z nim, ile wypił.
W tym momencie kierowca się do mnie odwrócił i powiedział "Pan jest już wolny, fakturę przyślemy. Pięć zero zero. Tyle będzie na fakturze. Po takie sprawy się na 997 dzwoni".
Ta, bo ja wiem, czy człowiek pijany, czy może cukrzyca i zasłabł.
Ręce opadają.
Całkiem niedawno wybrałam się z paczką kumpli do McDonalda. Było nas całkiem sporo. Stałam w kolejce za jedną z koleżanek i postanowiłyśmy zamówić to samo. Gdy złożyłam zamówienie, wdałam się w bardzo zajmującą rozmowę z inną koleżanką nieopodal kas. Po chwili podeszła do mnie poprzednia koleżanka i powiedziała, że odebrała zamówienie i idzie do stolika. Przytaknęłam i gadałam dalej. Temat się wyczerpał, a mojego zamówienia dalej nie ma. 5 minut, 7 minut, 10 minut. Mimo że jestem cierpliwym człowiekiem, odczuwałam poddenerwowanie. Przepchnęłam się więc do kasy.
- Czy mogę odebrać moje zamówienie?
- Wydaje mi się, że już je wydawałam.
- Mam paragon, a swojego zamówienia nie.
- To ja już nie wiem...
Zmieszana pani dała mi nowe zamówienie, a ja dumna, że potrafię walczyć o swoje, wróciłam do stolika.
Szybko jednak mina mi zrzedła, kiedy okazało się, że koleżanka odebrała moje zamówienie wraz ze swoim, a ja oszukałam McDonalda o 20 złotych.
Mieszkam w bloku, a wśród sąsiadów mam wielu nastolatków i dwudziestolatków. Pech chciał, że jeden z nich mieszka dokładnie nade mną. Chłopak lubi się bawić i dość często urządza domówki.
Muzyka wcale mi nie przeszkadza, bo ściany jak na blok wystarczająco grube, by większość hałasów zagłuszyć, a też nie balują całe noce. Problem jest w tym, że sąsiad i jego goście lubią też sobie wypić, a gdy przesadzą z ilością procentów, zdarza im się to zwracać. I zwracają... PRZEZ OKNO!
Nie zliczę, ile razy zmywałam rzygi ze swojego okna i parapetu. Sąsiad oczywiście zawsze przeprasza i obiecuje, że nigdy więcej.
Staram się być wyrozumiała, też zdarzało mi się zwracać zawartość żołądka po bardziej zakrapianej imprezie, ale nie ogarniam, jak można rzygać przez okno? I jak może im nie przeszkadzać fakt, że mieszkanie jest na piątym piętrze, a tuż przy bloku jest chodnik...
Jakiś czas temu poszłam na rozmowę o pracę. Nie dostałam jej, bo mam tatuaż. Na łopatce - w miejscu niewidocznym, chyba że mam na sobie ubranie, które odsłania tę część pleców. Najdziwniejsze jest to, że posada, o która się ubiegałam to telemarketerka – zawód, w którym nie ma się bezpośredniego kontaktu z klientem.
Dlaczego niektóre matki aż tak nienawidzą swoich dzieci?
Mam prawie 40 lat i nigdy od mojej matki nie usłyszałam nic miłego. Gdy miałam wypadek usłyszałam, że szkoda, że nie zdechłam... Gdy coś mi się w życiu nie uda, to przez godzinę potrafi się śmiać i dzwonić po swoich siostrach, by mnie wyśmiać - na szczęście ciotki są po mojej stronie. Wciąż słyszę, że żałuje, że nadal chodzę po tym świecie.
Pewnie zapytacie dlaczego wciąż mam z nią kontakt - bo mam cudownego tatę, który stara się jak może, by mnie wspierać. Bo staram się ją wciąż zrozumieć i staram się wybaczyć.
Jestem jedynaczką, nie mam męża, dzieci. Mam tylko mieszkanie, na które bardzo ciężko pracowałam, by nie mieć kredytu. Wciąż słyszę, że wszyscy wokoło są lepsi ode mnie, a ja to niepotrzebnie zaśmiecam ten świat. Gdy mój facet mnie zdradził po prawie 10 latach związku, usłyszałam, że sobie na to zasłużyłam, bo jestem gruba, tępa i że on zasługuje na kogoś lepszego.
Straciłam całą wiarę w siebie. Gdy byłam dzieckiem, na moje urodziny zawsze kupowała coś dla mnie albo za małego (mam młodsza kuzynkę, więc ubrania były zawsze dla niej), albo słodycze, których nie lubię - bo przecież każda świnia ma urodziny... I wiecie co? Po dzisiejszej rozmowie mam dość... Prawie 40 lat gnojenia, a dziś po prostu mnie pokonała :-(
Wydarzyło się to, gdy miałam 6-7 lat. Rodzice postanowili zapisać mnie na lekcje muzyki, bym nauczyła się grać na jakimkolwiek instrumencie, gdyż się uparłam, że chcę.
Mój kochany tatuś poszedł ze mną do domu kultury i zapisał mnie. Został ze mną na pierwszej lekcji. Pani nauczycielka rozdaje różne instrumenty, oczywiście jako dziecko uznałam, że wolę coś lepszego niż granie na trójkącie. Opowiedziałam pani, że umiem śpiewać i grać na fortepianie. Oczywiście nauczycielka była zdziwiona, ale po moich prośbach zgodziła się, bym zagrała i zaśpiewała. Pełna radości usiadłam przy fortepianie i zaczęłam moją grę, oczywiście szło mi tak, jakby słoń na ucho mi nadepnął, ale to było najmniej ważne, gdyż grając zaczęłam śpiewać wtedy bardzo znaną piosenkę zespołu Wilki - Baśka. Jakie było zdziwienie nauczycielki gdy zaśpiewałam "Baśka miała fajny biust, Ania styl, a Zośka coś, co lubię....". Mój ukochany tata nie mógł się powstrzymać od śmiechu, a ja stwierdziłam, że dobrze mi poszło. Nigdy więcej się tam nie stawiłam.
Dodaj anonimowe wyznanie