Słowem wstępu - będzie absurdalnie i obrzydliwie.
Pracuję w bardzo niestandardowych godzinach, pewnego dnia w okolicach wiosny zdarzyło mi się wracać w niżu komunikacyjnym, koło 12, wracam autobusem miejskim. Wracam linią, która nigdy nie jest specjalnie oblężona, z takiej racji głownie starsze maszyny kursują na tej linii, takie z wysoką podłogą, w których strasznie trzęsie. No właśnie, trzęsie...
Kiedy tylko wyszedłem z pracy, potężnie zachciało mi się dwójkę, myślałem, że wytrzymam, no przecież nie takie trudy się pokonywało. Jednakże tym razem był to jakiś potwór, na dodatek te wibracje w autobusie nie pozwalały mi wytrzymać, dosłownie aż paraliżowało mi całe ciało. Korzystając z okazji, że w autobusie były tylko 4 osoby, a ja siedziałem na samym końcu, po prostu opuściłem spodnie i pozbyłem się potwora wprost na autobusowe siedzenie. Następnie dotarło do mnie, co właśnie zrobiłem, zdałem sobie sprawę z tego, że ja właśnie zostawiłem własne fekalia na siedzeniu w autobusie! Następnie szybko się ulotniłem na następnym przystanku i poszedłem pieszo do domu.
Jest mi tak niezmiernie wstyd za tamtą sytuację, nie potrafię sobie wyobrazić co musiał myśleć sobie kierowca autobusu czy inni pasażerowie. Wstyd mi do teraz.
Będzie o tym, że nie tylko pies może być stróżem ;).
Dwa lata temu dostałam kocie dziecię, zwykły, bury, pręgowany dachowiec. Stefek, bo tak dałam mu na imię, jest raczej typem ignoranta, chyba że jest głodny; czasem włącza mu się tryb pieszczocha i wtedy wskakuje na kolana i "masuje" po kociemu. Uwielbiam go, ale nie jest to typ kota, który szczególnie potrzebuje ludzkiego towarzystwa.
Pewnego dnia wpadł do mnie mój chłopak, Stefek wygrzewał się na parapecie w moim pokoju. Mój luby lubi się ze mną wygłupiać, rzucił się na mnie i zaczął łaskotać. Jestem na to strasznie wrażliwa, więc zaczęłam krzyczeć i piszczeć, żeby przestał. Nagle Stefek rzucił się na chłopaka, wbił zęby i pazury w jego łydkę, wydając przy tym niskie dźwięki. Po krótkiej szamotaninie kot uciekł, a ukochany zwijał się z bólu.
Kto został zraniony przez kota ten wie, jak to boli i jak ciężko się goi... Od tamtej pory luby i kot nie przepadają za sobą, ale ja kocham ich oboje i jestem zachwycona, że mam zwierzęcego obrońcę.
Raz na jakiś czas specjalnie idę do baru sama i albo daję się poderwać jakiemuś "zdobywcy", albo sama do kogoś zagaduję. Cel wiadomy.
Nikomu o tym nie powiem, bo podwójne standardy, i o ile kobieciarze są fajni, o tyle mnie nikt by potem ręki nie podał.
Wziąłem ostatnio udział w konkursie urządzanym przez producenta pewnego keczupu. Trzeba było odpowiedzieć na jakieś proste pytanie i wysłać kupon pod adres podany na ulotce. Jakże wielka była moja radość, gdy zostałem poinformowany, że trafiłem do grupy szczęśliwców, którzy wygrali cenne nagrody! Okazało się, że stałem się szczęśliwym posiadaczem wrotek. Jeśli te by mi się nie spodobały, to organizator dał zwycięzcom możliwość wymiany nagrody na hulajnogę albo profesjonalną opaskę monitorującą ciśnienie i liczącą kroki, stworzoną z myślą o maratończykach i miłośnikach joggingu.
Nie mam zielonego pojęcia, którą z nagród wybrać. Jestem sparaliżowany od pasa w dół i poruszam się na wózku...
Jestem świeżo upieczoną mamą. Ostatnio poszliśmy razem z moim narzeczonym do znajomych, razem z małym. Siedzieliśmy dość długo, towarzystwo zaczęło pić wódkę. Ze względu, że karmię piersią, oczywiście odmówiłam alkoholu.
W pewnym momencie chłopakom skończyła się zapita, a nikomu nie chciało się iść do sklepu. I właśnie wtedy mój narzeczony wpadł na genialny pomysł. Skoro Kubuś już śpi i nie będzie jadł, to czemu by nie wykorzystać do popicia… mojego mleka.
Tak, popijali wódkę mlekiem ściągniętym z mojego cycka.
Jako dziecko w szkolnych/przedszkolnych jasełkach czy innych przedstawieniach nigdy nie dostałam jakiejś znaczącej roli. Inne dziewczynki umiały ładnie śpiewać, a ja zazwyczaj fałszowałam i zagłuszałam innych (z czego oczywiście nie zdawałam sobie sprawy). Kiedyś, w 2 klasie podstawówki, na próbie generalnej przed przedstawieniem o Janie Pawle II, zostałam poproszona o "nieśpiewanie" przez zakonnicę. Miałam tam stać i ruszać ustami, ale nie śpiewać. Jako dziecko było mi bardzo przykro, długo nie mogłam sobie z tym poradzić. Mimo tego posłusznie nie śpiewałam. Do dziś pamiętam cały tekst tej piosenki i datę przedstawienia.
Ostatnio dużo złego nagromadziło się w moim życiu. Pies mi umarł, okazało się że muszę się poddać operacji. Na dodatek wyrzucono mnie z pracy. Tego dnia, gdy dostałam wypowiedzenie, była akurat 18 rocznica tego głupiego przedstawienia. Stałam akurat na moście w moim dużym mieście, pełnym turystów. I wiecie co? Zaśpiewałam tę głupią piosenkę, fałszując na całe gardło. Naprawdę zrobiło mi się dużo lepiej.
Czuję się oszukana.
Niecały rok temu wyszłam za mąż, po kilku latach związku. Znałam rodzinę mojego partnera bardzo dobrze, a przynajmniej tak mi się wydawało.
Niecały miesiąc po ślubie mąż trafił do szpitala w stanie zagrożenia życia. Miał skrajną anemię, podano mu kilka litrów krwi. Lekarzom nie udało się znaleźć przyczyny dlaczego znalazł się w takim stanie. Od tego czasu średnio raz na 3 miesiące ląduje w szpitalu i lekarze próbują znaleźć przyczynę.
Zdarza się, każdemu może się zdarzyć. Ale od pierwszego pobytu w szpitalu i wywiadu rodzinnego co chwilę, dosłownie co chwilę, od jego mamy i babci dowiaduję się o kolejnych chorobach, często genetycznych, u nich w rodzinie. I nie mówię tutaj o chorobach ciotek czy dalekiej rodziny, tylko tej najbliższej!
Jest tego multum. Oczywiście wiedziałam o niektórych, ale te większe po prostu zostały ukryte nie tylko przede mną, ale też częściowo przed moim mężem.
Te choroby występujące w rodzinie męża, czego dowiedziałam się po konsultacji z lekarzem, dają ogromną szansę na dziecko bardzo ciężko chore.
Nie rozumiem, jak można coś takiego ukrywać. Szczerze mówiąc nie wiem, czy z wiedzą, którą mam na chwilę obecną zdecydowałabym się wyjść za mąż za osobę tak obciążoną. Posiadanie dzieci jest dla mnie bardzo ważne. Oczywiście wiem, ze istnieje opcja adopcji, ale z doświadczenia wiem, jak wygląda to w Polsce.
Teraz nie dość, że naprawdę martwię się o męża, to jeszcze naprawdę nienawidzę jego rodziny.
Naprawdę czuję się oszukana.
Mojemu koledze urodził się jakiś czas temu syn, aktualnie wiek 5 lat. Aby być dokładniejszym, to jest to syn tylko z nazwy, większość znajomych uważa, że to antychryst, belzebub, kur.ie wcielone, istny szatan, albo jak kto woli, dziecko wychowane kompletnie bezstresowo.
Oficjalna wersja rodziny mówi, że Olafek, tak nazwijmy ten pomiot szatana, jest dzieckiem bardzo energicznym i dynamicznym, pewnie dlatego nikt z rodziny nie daje mu głośnych zabawek. Nic co strzela, gwiżdże, stuka, puka albo wydaje samo z siebie dźwięki nie może być prezentem dla Olafka, bo inaczej jest tragedia. Przed dzieciakiem uciekają też wszystkie okoliczne zwierzęta, a właściciele domów zabezpieczyli dzwonki do posesji.
Jakiś czas temu wpadłem na szatański pomysł i kupiłem 200 gwizdków. Każdorazowo gdy idę do kolegi w odwiedziny, staram się mieć przy sobie kilka i lokować je w różnych miejscach. Maksymalnie po 10 i wciskam je pod kanapę, fotel, w ogrodzie, tak aby Olafek je znajdował pojedynczo.
Ostatnio dowiedziałem się, że kolega i jego żona źle sypiają, bo młody co rusz znajduje te niespodzianki i używa ich zgodnie z przeznaczeniem, ale najczęściej w środku nocy :D Znajomi przeszukali już kilka razy dom i nadal nie wiedzą skąd ten gnojek je bierze. Odkryłem też, że kończy mi się już zapas gwizdków i teraz moje pytanie. Czy będę bardzo złym człowiekiem, gdy zamówię jeszcze 200, czy dać już sobie spokój?
Lubię kolegę i jego żonę, ale naprawdę rozpuścili dzieciaka jak dziadowski bicz. Uważam, że powinni iść do specjalisty, który nauczy ich prawidłowego wychowywania dzieci. Wszelkie próby krytyki zachowania Olafka są przyjmowane gorzej niż atak na pedofili w K.K., więc próby negocjacji są już dawno temu za mną.
Byłam z facetem dla kasy. Ale nie po to, żeby mieć luksusowe torebki i drogie buty. Nie był z tych, którzy by mi je kupowali ani chyba nie miałby aż tyle pieniędzy.
Pracowałam w warzywniaku za 800 zł miesięcznie, z których sporą część dokładałam do wydatków rodziców. Wyszłam za człowieka, którego nie kochałam, najwyżej jakoś tam lubiłam, ponieważ w innym wypadku nigdy nie wyrwałabym się z rodzinnego miasteczka.
Teraz mam własny biznes, który jakoś tam się kręci i ostatnio zaczęłam zaoczne studia. Nadał jestem żoną człowieka, którego po prostu lubię. Mówcie co chcecie, ale nie żałuję.
Madkizm.
Ostatnio byłam w przychodni, po wizycie stanęłam w kolejce do rejestracji, za mną młode dziewczyny (na pewno bezdzietne lampucery! ;)). Nadeszła moja kolej, pani z rejestracji zaproponowała mi termin i godzinę wizyty. Grzecznie zapytałam, czy jest to jedyna możliwa godzina, ponieważ mam małe dziecko (mąż pracuje i wiem, że będzie problem ze znalezieniem opieki). Pani była tak uprzejma, że zapisała mnie na późniejszą godzinę. Za plecami usłyszałam niemiły komentarz: „No tak, jasne, kur*a, madce i bąbelkowi godzina nie pasuje”. Serio? Gdybym podała jakikolwiek inny argument typu praca/kolokwium/chory pies/whatever, to pewnie przeszłoby to bez echa. Riposty nie było, bo nic nie wymyśliłam.
Od kilku miesięcy jestem matką. I zauważyłam, że jestem wrzucana do wora maDek. Nie powinno mnie to w ogóle obchodzić, skoro nie czuję się maDką, a jednak mnie to dotyka, szczególnie gdy widzę czasem komentarze niektórych znajomych nt. madkizmu. Nie umiem się zdystansować! Zrobiła się jakaś cholerna moda na madkizm. Tak jak każdy wąsaty facet po 50 to Janusz cebulak.
Rozumiem, że są kuriozalne akcje z bąbelkami i maDkami w roli głównej. Też mnie mierzi „mi się należy, bo mam dziecko” - sama je mam i wiem, że da się żyć po ludzku, wystarczy trochę zaradności i logicznego myślenia.
Jest mi chyba zwyczajnie przykro, że to, że mam dziecko, jest sprowadzane do jakiejś wielkiej zbrodni, bo śmiałam zapytać o inną godzinę wizyty u lekarza. Jest mi przykro. bo w byciu matką najbardziej zawodzą mnie ludzie wokół... Szkoda. Nie oczekuję od państwa kasy, mieszkania czy innych przywilejów, po prostu chciałabym czasem odrobiny zrozumienia i empatii.
Dodaj anonimowe wyznanie