Odebrałam moją córkę z przedszkola i pierwsze co zrobiła, to zaczęła opowiadać o nowym koledze, który doszedł do jej grupy. Powiedziała, że ma czarną skórę. Po chwili zapytała:
- Mamo, a jeśli Alan ma czarną skórę to znaczy, że wyszedł swojej mamie z pupy, a nie z pipki, tak jak inne dzieci?
Wyznanie toaletowe.
Kilka lat temu dorabiałam w małym osiedlowym sklepiku. Pewnego razu szefowa wysłała mnie na kilka dni na zastępstwo do innego sklepu, bo tam zachorowała pracownica. Sklepik nie miał toalety. Ponieważ w okolicy stało kilka straganów, taki mały bazarek, do użytku sprzedawców był wspólny, dość obskurny szalet. Klucz do niego miała jedna ze sprzedawczyń w swoim sklepiku. Problem w tym, że trafiłam tam z dnia na dzień i nie wiedziałam gdzie dokładnie mieści się ten sklep, w którym znajduje się klucz. W dodatku delikatna fobia społeczna sprawiała, że wyjście i pytanie ludzi, gdzie jest pani od klucza, nie wchodziło w grę. Zamknęłam więc sklep, kucnęlam za ladą, tak że nie było mnie widać i nasikałam do foliowego woreczka. Niestety ktoś już zaczął pukać do drzwi, więc zawiązałam woreczek, umyłam dokładnie ręce i wypuściłam klientkę. Powiedziałam, że mi coś ważnego upadło na podłogę. W momencie, gdy ją obsługiwałam, woreczek z siuśkami leżał przy moich stopach. Nic nie było czuć, był szczelnie zawiązany. Gdy tylko pani wyszła, owinęłam zawiniątko w jakieś papiery, żeby nie było widać zawartości i wyrzuciłam do pobliskiego śmietnika.
Nie wiem, czemu to zrobiłam. Ulga była niesamowita. Niczego nie żałuję.
Uprzedzając pytania: gdyby chodziło o grubszą sprawę, przełamałabym fobię społeczną. A przez te kilka dni tylko ten jeden raz musiałam skorzystać, mam wytrzymały pęcherz.
Poroniłam pół roku temu.
Do dzisiaj nie wspomniałam o tym w rodzinie, bo mój ojciec jest zdania, że dziecko przed ślubem to patologia, tylko dziwki tak robią i on by się wyrzekł swojego dziecka, gdyby odwaliło taki numer.
Jest mi cholernie przykro, że nawet nie mogę z nikim o tym porozmawiać.
Będzie obrzydliwie.
Jeżeli idę na imprezę, to zawsze przed myję się dokładnie, bo strasznie boję się, że w razie "czegoś" mogę źle pachnieć w niektórych miejscach.
Moja mania urosła do tego stopnia, że gdy jestem na imprezie lub w klubie i idę na "dwójeczkę", to podmywam się w umywalce. Zapytacie pewnie:
Co jeżeli cała łazienka nie jest zamykana od środka lub w kabinie nie ma umywalki?
Otóż... oblizuję palec i podmywam się śliną, liżąc palec... kilkukrotnie, żeby mieć pewność, że jest w porządku.
Wstydzę się tego, ale lęk jest silniejszy ode mnie.
Od paru miesięcy dorabiam sobie jako sprzątaczka na basenie. Mamy taką zasadę, że wszystkie znalezione rzeczy lądują w koszu, chyba że są to przedmioty elektroniczne czy lepszy sprzęt pływacki.
Nawet nie wiecie, ilu ludzi zostawia szampony, płyny do ciała itp. I dzięki temu odkąd tak pracuję nie muszę kupować takich produktów. Mogę codziennie myć włosy innym szamponem przez miesiąc. Moja znajoma ostatnio pochwaliła moje włosy i spytała jakiego szamponu używam. A ja ich mam dziesiątki i niekiedy potrafię wymieszać 5, żeby powstał taki mix. Tak samo jest z balsamami do ciała, odżywkami i innymi produktami. Mam cały arsenał pod prysznicem, który wręcz nie mieści mi się półce. Z kasą u mnie krucho, więc nic bardziej mnie nie ekscytuje niż myśl, że dziś po pracy znów umyję sobie włosy szamponem za parę stówek. Choć przez chwilę czuję ten luksus.
Ukradłam psa sąsiadowi mojej mamy, bo nie mogłam patrzeć na to, że ciągle siedzi zamknięty w kojcu i dostaje tylko jakiś rozmoczony chleb. Teraz pies mieszka 250 km dalej i chyba jest szczęśliwy. Mama udaje, że nie wie.
Jadę dziś do pracy autobusem. Siedzę sobie, na kolanach stoi torba z lapkiem. Na torbie trzymam ręce, a w dłoni komórka, na wprost moich oczu. I czytam sobie Anonimowe. Naprzeciwko mnie siedzi młoda kobieta (ok. 20 lat). Z zaczytania wyrywa mnie podniesiony głos "Przestań mnie nagrywać, zboczeńcu". Nie załapałem od razu, że to do mnie, ale patrzę, a ona patrzy na mnie z furią w oczach, zakrywając dekolt (dość pokaźny, pół biustu jej było widać). Wszystkie oczy zwrócone na mnie. Nie łapiąc o co chodzi pytam "Co?". "Nie nagrywaj mnie, zboczeńcu!".
Mózg w końcu zatrybił. OK, powiedzmy, że komórka była w takiej pozycji, że mogła ją nagrywać/zdjęcia robić. Chociaż jak dla mnie średnio, ale nie sprawdzałem. Pokazuję jej ekran - że tekst w przeglądarce, a nie aparat otwarty. To zbiło ją z tropu. Nic już nie powiedziała (ani przepraszam, ani pocałuj mnie w d...), tylko wstała i przeszła na koniec autobusu. Myślałem, że to już koniec, ale po kilku chwilach doleciał mnie komentarz rzucony "szeptem" między dwiema paniami "Pewnie sobie zwyrodnialec na czas przełączył, zboczeniec jeden".
Cholera. Trzeba będzie zmienić czas wyjazdu do pracy...
Komentarz kogoś tu, że nie musi dawać swoich oszczędności rodzicom, by sufit nie sypał się na głowę, bo to ich rola, by o to zadbać, przypomniał mi jak wykładowca na zajęciach powiedział kiedyś, że nie oczekuje od swoich dzieci, że będą się nim na starość zajmować. Stwierdził, że jego dzieci nie prosiły się na ten świat, a zatem nie powinny mieć żadnych zobowiązań.
Oczywiście wszyscy byli skonfundowani, bo jak to tak? Rodzice się nami zajmują (nie wszyscy tak jak powinni, oczywiście), więc przyjęte jest, że za parę lat role się odwrócą. A ja, szczerze powiedziawszy, pozazdrościłam takiego podejścia i całkowicie się z nim zgadzam.
Moi rodzice nie byli jacyś wyrodni. Ojcu mogłabym sporo zarzucić, bo nie był jakimś wzorem i nie potrafił okazywać uczuć inaczej jak krzykiem i czasem biciem, ale zdarzały się momenty, gdy był naprawdę w porządku. Mama jest kochana. Ale... nie widzę siebie jako opiekunki, gdy nadejdzie starość. Widziałam, jak babcia zajmowała się swoją teściową i ile wysiłku w to wkładała i jak ją to męczyło. Starsi ludzie potrafią być straszni. Mam dwójkę młodszego rodzeństwa i żadnemu nie zmieniałam pieluchy, a co dopiero dorosłej osobie. To też nie tak, ze jestem nieporadna. Po prostu nigdy nie angażowałam się w opiekę nad kimkolwiek do tego stopnia.
A wiem, że będzie to ode mnie wymagane. Mama czasem przebąkuje o tym, kto się nią zajmie na starość i pewnie oddanie jej do ośrodka złamałoby nam obu serce. A ja jestem przerażona tą wizją. Bardzo cenię sobie wolność, zero ograniczania i życie na własnych warunkach, a opieka nad osobą starszą jest zaprzeczeniem tego.
Nie wiem, czy sama dożyję starości, raczej bym nie chciała. Myśl, że mogłabym być dla kogoś ciężarem sprawia, że jest mi źle. Nie wiem, co o tym wszystkim myśleć.
Mielno, letnia noc. Mocno pijany poszedłem się wysikać na wydmy obok dyskoteki, w której się wraz ze znajomymi świetnie bawiliśmy. W czasie oddawania moczu alkohol sprawił, że stoczyłem się z owej skarpy przewrotem w przód w kierunku strumienia, skręcając przy tym obie kostki. Pech chciał, że były tam krzaki, gdzie wszyscy uczestnicy imprezy oddawali mocz i kupę... Niestety nie byłem w stanie się podnieść (nie miałem też telefonu ani portfela, bo krótkie spodenki nie miały kieszeni, jedynie kartę debetową) i spędziłem noc śpiąc w odchodach imprezowiczów.
Gdy odzyskałem sprawność pozwalającą się podnieść z ziemi, usiadłem na ławce w parku, gdzie zaczepili mnie mili, sympatyczni ludzie z Warszawy, którzy przejęli się losem smutnego chłopaka siedzącego ok. 4 nad ranem w parku, ubrudzonego "błotem", bo chyba tak wtedy myśleli, i zaprosili mnie do siebie do wynajmowanego przez nich mieszkania, bym odespał. Niestety stan mój nie pozwolił mi wcześniej się umyć przed położeniem się do pościeli, więc od godz. 4:30 do ok. 8 wycierałem ludzkie odchody i mocz ze swojego ciała i ubrania w ich pościel...
Gdy już odzyskałem pełną sprawność fizyczną pozwalającą się przemieszczać zauważyłem, że pomocni ludzie jeszcze śpią, więc wyszedłem w miarę po cichu i udałem się w stronę morza, zdejmując z siebie wszystkie części garderoby ubrudzone kupą i wyrzuciłem je do śmietnika, czyli zostałem dosłownie w samych majtkach, nawet skarpety miałem w kupie... W związku z faktem, iż obie skręcone nogi nie pozwalały mi chodzić, a do miejsca mojego noclegu było ok. 6 km plażą, udałem się brzegiem morza, by zimna woda Bałtyku zmniejszała opuchliznę nóg (po tym "spacerze" skręconych kostek nie mogłem doleczyć przez kolejne 8 miesięcy, więzadła totalnie rozwalone).
Z tego miejsca chciałem przeprosić owych wspaniałomyślnych ludzi z Warszawy.
PS Jak się potem okazało, znajomi, których zostawiłem na dyskotece szukali mnie całą noc, próbowali nawet zgłosić to patrolowi policji, ale w toku rozmowy z funkcjonariuszami doszło do sytuacji, że sami zaczęli przed policją uciekać.
(Nie)oszczędna w słowach historia o minimalizmie, którym rujnuję sobie przyjemność z życia.
Zaczęło się od aplikacji na telefon. Jestem potwornym łasuchem, a w połączeniu ze spowolnionym metabolizmem i przez problemy z hormonami zaczęłam robić się lekko puchata. Próbowałam "rzucić" słodycze. Na różne sposoby - nie kupować, szukać domowych zastępstw z miodu czy dziwactw z czerwonej fasoli udających brownie... i tak kończyło się na alpejskim mleczku czy oreo wpie*** za przeproszeniem po kilku dniach diety. Aż poszukałam "smart" aplikacji, która przeliczała dzień bez słodyczy na pieniądze. Pod koniec każdego dnia przelewałam odpowiednią kwotę na konto oszczędnościowe. Rzuciłam słodycze praktycznie od ręki - wizja nowej torebki, książki czy palety do oczu i wyższego słupka na koncie oszczędnościowym była milsza niż trochę cukru. Raj, co nie?
No nie. Bo przecież ten słupek taki fajny, coraz wyższy. Czujesz się bezpieczniej. I tak właściwie to przecież nie potrzebujesz nowej książki czy palety do oczu. Masz jedną, neutralną, jest spoko. Sok pomarańczowy? Zdrowiej pić wodę, nie ma cukru, zjesz pomarańczę, pomarańczy nie pakuje się w tetrapak, nie będzie się rozkładać przez setki lat... Nowe buty? Zajmują miejsce w szafie, lepiej uzbierać na coś porządnego, uniwersalnego. Co z tego, że miesiąc temu chciałaś fuksjowe sandały? Beżowe czółenka pasują do wszystkiego...
I tak po ponad dwóch latach obudziłam się z nudną, neutralną garderobą, 10 talerzami głębokimi, 10 płaskimi, 10 talerzykami (bo wszystko musi być spójne, nie ma sensu trzymać rzeczy niepasujących do kompletu), moje kubki - które zbierałam od gimnazjum - zredukowały się z ponad 30 do 10 sztuk... Wszyscy chwalą, że tak ładnie, czysto, spójnie, chociaż małe dziecko w mieszkaniu... Wszystko poukładane, ekologiczne, worki na warzywa z lnianego (koniecznie beżowego!) materiału, bo foliowe to zło...
A ja siedzę już drugą wizytę u psychologa, próbując odzyskać trochę braku kontroli nad otoczeniem, kupić coś zbędnego i mieć z tego przyjemność. Nie myśleć, że w Afryce dzieci zbierają metal pomiędzy tonami śmieci, które u nich lądują przez naszą głupotę i robią sobie klapki ze starych opon. Nie ubolewać nad tym, że jak coś kupię, to w szafie będzie leżało krzywo i już nie będzie idealnej prostej formy. Plusem całej tej sytuacji jest to, że faktycznie odżywiam się zdrowiej i mam spore oszczędności. Ale co z tego, jeżeli nie potrafię "wpie****ć" tego oreo i się uśmiechnąć? (No bo przecież tłuszcz palmowy i plastikowe opakowanie!)
Tak sobie myślę, że po terapii pojadę za tę kasę z rodziną na wakacje... Albo wydam ją całą na tego psychologa... Trzymajcie kciuki, żeby jednak wyszła ta pierwsza opcja.
Dodaj anonimowe wyznanie