#Eb2Kx

Jestem chorobliwie otyła. Nie gruba, nie z nadwagą, po prostu otyła. Przy wzroście 160 cm ważę 150 kg. Nikt nie wie, ile ważę (prócz teraz anonimowych), nikt nawet nie podejrzewa, ile mnie jest.

Próbowałam wielu rzeczy, tabletki, diety, ćwiczenia, spotkania z psychologiem. Jedyne co mi zostało to chyba tylko operacja żołądka, chociaż sądzę, że i to by nie pomogło.

"Walczę" z tym problemem od ponad 20 lat, z marnym skutkiem. Waga spada i jej przybywa i tak non stop.

Ojciec większość mojego życia powtarzał: "nikogo sobie nie znajdziesz", "dupa ci tylko rośnie i rośnie". No i jego słowa się sprawdziły.

A wiecie, co jest najgorsze... Te wszystkie komentarze, które przez tyle lat się uzbierały: szafa trzydrzwiowa, wieloryb, pączek. itp. Zaczepianie na ulicy przez obcych ludzi, którzy uważają, że mają prawo komentować twój wygląd, dawać dobre rady albo po prostu cię wyśmiewają. Nikt nie wie, jak to jedzie po psychice i pewnie tutaj też doczekam się wielu komentarzy, że pewnie leń jestem, widać tak mi wygodnie itp.

Takie to moje anonimowe.

#FF5Vh

Nie jestem emocjonalną osobą, ciężko wywołać u mnie smutek. Jedyne co wzrusza mnie do łez to tęsknota za psem i moment, kiedy w filmie ktoś umiera trzymając jedzenie/picie, którego nie zdążył spożyć. Boli mnie, że nie zdążyli spróbować czegoś, na co na pewno mieli wielką ochotę.

#G2hXp

Na początku studiów zapisałem się na kurs prawa jazdy. Dopiero gdzieś tak w połowie zdałem sobie sprawę, że nawet jeśli jakoś uzbieram na samochód, to przez najbliższe pięć lat nie będzie mnie stać na to, żeby nim jeździć.

No i nie było. Samochodu też nie. Dopóki nie poszedłem na jazdy doszkalające udawałem, że wcale nie mam prawka, bo po kilku latach ledwo pamiętałem jak się zmienia biegi.

#TyrHi

Działo się to w szkole. Od pierwszego dnia podstawówki. Codzienne wyśmiewanie, że dobry z matmy, że wysoki, że okulary, że słaby z wf-u (wf wyglądał tak, że najpierw nikt mi nie podawał, a potem wszyscy się ze mnie śmiali, że nie umiem grać, bardzo często do śmiania się dołączali nauczyciele). Nawet gdy do klasy przychodził ktoś nowy i chciał się ze mną zaprzyjaźnić, reszta go nastawiała przeciwko mnie.

W gimnazjum przerodziło się to w horror, zakładanie worka na śmieci na głowę, przykładanie balona z narysowana głupią twarzą do twarzy i mówienie "to ty", podkładanie brudnych skarpetek pod nos, śmianie się, że mam dopiero pierwszy telefon w życiu, chodzenie za mną do domu, przyklejanie do kurtki kartki z napisem "kopnij mnie" - to tylko niektóre rzeczy, które działy się w ciągu całej szkoły.

Przychodziłem do szkoły równo z dzwonkiem żeby nie czekać z nimi przed lekcjami - zawsze to te 10 minut mniej wyśmiewania. Nie umiałem się z nikim zaprzyjaźnić. Jedynym wyjątkiem był wyjazd na 3 tygodnie do sanatorium, gdzie wszyscy mnie lubili, bo znali mnie bez tej "szkolnej oprawy". Jednak po powrocie do szkoły wyjazd do sanatorium był kolejnym powodem do śmiania.

W liceum - niby nikt się nie śmiał, niby najlepsze w mieście liceum, ale towarzystwo takie, że jedno hobby - alkohol, picie do upadłego, potrafili rok się jarać tym, że jeden kolega pił na urodzinach i wyrzygał pół wiadra; mnie takie coś nie bawiło, wolałem oglądnąć mecze, pojeździć na rowerze, zresztą nikt mnie tam nawet na osiemnastkę nie zaprosił.
Na studiach - 80% to dziewczyny, ale 95% zajęte i tylko ze swoimi chłopakami spędza czas i rzadko kiedy da się wyjść, a jak się idzie na studia, to się ma 19 lat, a wtedy każdy ma już jakieś swoje towarzystwo i nie wpuszcza do niego obcych.

Teraz mam 24 lata, zaraz kończę studia i praktycznie żadnych znajomych, nigdy nie miałem dziewczyny, nie umiem zbudować żadnej relacji, co kogoś zapraszam gdziekolwiek, to i tak mi każdy odmawia, na sylwestra zawsze siedzę sam. Jedyne co się zmieniło, to że mimo wszystko wychodzę sam gdzie się da, na koncerty, festiwale, na mecze, robiłem sobie wycieczkę do koleżanki z internetu itp. Ale od paru lat powracają co jakiś czas myśli samobójcze, stany depresyjne itp.

Piszę, bo co jakiś czas pojawią się tego typu wyznania o dręczeniu w szkole i chciałem pokazać, że nie jest to rzadki problem.

#OQIm1

Krótka historia o tym, jak psiak uratował mnie i moją codzienność.

Kiedy rozlazł mi się związek byłam załamana. W końcu zauważyłam to, co mówili byli znajomi - toksyczna relacja. Dla drugiej połówki zostawiłam wszystko co miałam, od pasji aż po rodzinę. Stąd zostałam sama i to nie jest synonim słowa singiel. Wszelkie relacje przyjacielskie czy koleżeńskie się potraciły, a jedyna część rodziny dalej mająca ze mną kontakt to rodzice. Oczywiście poza wyniszczającym mnie smutkiem, w którym ugrzęzłam na dobre pół roku, towarzyszyła mi samotność. Ludzie z pracy nie chcieli chodzić ze mną na kawę, a wbijać do barów czy rzucić się w wir wycieczkowania to opcje, na które nie miałam nastrojów.

W pewnym momencie mojego życia stwierdziłam, że wezmę psa do domu. Że to jedyny powód, dla którego wyjdę na dwór poza chodzeniem do pracy, że to jedyny powód, dla którego będę się szczerze uśmiechać. I wiecie co, wzięłam sobie psiaka. I choć paskudnie czułam się, traktując go jak poduszkę na moje łzy - poczułam, że to była dobra decyzja już od momentu zobaczenia psiny.

Odkąd zaczęłam częściej wychodzić, spotykam wiele osób, choć mieszkam w małej mieścinie. Zawsze znajdzie się ktoś do pogadania, szczególnie ten, kto też wyprowadza swojego podopiecznego. Nawet poznałam pewnego pana, którego określić można mianem "żulik mieszkający" i za każdym razem przeprowadzamy głębokie rozmowy o życiu, bo to całkiem w porządku człowieczek.

Dodatkowo więcej się cieszę, w końcu mogę się wybawić niemal jak dziecko z dzieckiem - bo psiaka mam żywiołowego i wygłupy to jego drugie imię. Wita mnie serdecznie, za każdym razem zachęca do kontaktu z nim, ciągle czymś zaskakuje - nie ma w domu ani nudno, ani szaro.

Po pracy zamiast siadać do laptopa i grać, zajmuję się psem, wynagradzam długą nieobecność, jedziemy na krótkie wycieczki do pobliskich parków miejskich lub na wybiegi na bezpieczną przestrzeń.

W tym wszystkim zapomniałam, kim była moja druga połówka i co wyrządziła w moim życiu. Zapomniałam, co ja wyrządziłam i jej, i swoim przyjaciołom. Z rodziną zaczęłam odzyskiwać kontakt - przez psa, bo wszyscy okazało się iż są zauroczeni w tym stworzeniu. Wiele stało się "przez psa", co śmiało mogę przekręcić na "dzięki psu".

Obecnie nie mogę być bardziej zadowolona. Nawet mam siłę na naukę, na robienie kursów - i być może za niedługo wstąpię na lepsze stanowisko.

Dziękuję ci, psiaku.

#MUSOV

Jakiś czas temu miałam finał olimpiady z fizyki. Kułam do tego dniami i nocami. Strasznie no zależało, chciałam mieć laureata albo finalistę. Jestem generalnie bardzo zawziętym typem osoby.

W dzień olimpiady obudziłam się 2 godziny po odjeździe pociągu. Okazało się, że babcia, z którą niestety mieszkam, wyłączyła mi budzik, bo uważa, że "takie, co to za bardzo wyskakują z tą nauką, to mają pstro w głowie i nigdy sobie chłopa nie znajdą". Tak, moja babcia wyłączyła ten cholerny budzik, bo uznała, że zbyt dużo się uczę, a od nauki są przecież chłopcy.

Patrzyłam na zadania z tej olimpiady, rozwiązałabym na ok. 80%.

#ojQOC

Cierpię na depresję. Aby się wewnętrznie podbudować, często piszę do możliwie jak największej liczby znajomych coś w stylu "hej, jak leci?" i tego typu bzdury. Co dalej? Wyłączam internet na dobrych parę godzin. Później włączam go z powrotem i mam mega niespodziankę, kiedy widzę ile osób do mnie "napisało", ilu ludzi się mną interesuje.

Tak, wiem, że w ten sposób oszukuję samą siebie. Jestem dorosła. I marzę o tym, żeby choć raz ktoś sam z siebie zajął mój czas. Samotność to najgorsza rzecz, jaka może się człowiekowi przytrafić - wierzcie mi.

#NTtPC

Kiedy byłem w podstawówce, spotkała mnie naprawdę dziwna sytuacja.

Początek dnia, jako pierwsze mieliśmy zajęcia z wychowania fizycznego. Dziewczyny ćwiczyły na innej sali.
W pewnym momencie wbiega któryś z nauczycieli i mówi, że ktoś zadzwonił, że w szkole znajduje się bomba. Nauczyciel zareagował poprawnie i kazał nam się ubrać i natychmiast wyjść z budynku.

Kiedy czekaliśmy na przyjazd służb na ulicy przed budynkiem zauważyłem, że nie ma dziewczyn z naszej klasy. Zaproponowałem więc nauczycielowi, że wejdę ponownie na teren szkoły i pójdę na salę gdzie ćwiczyły dziewczyny i poinformuję je o zaistniałej sytuacji. Nauczyciel zgodził się!

Teraz wyobraźcie sobie ucznia w pełnym ubraniu (nawet w kurtce ), który wykłóca się z nauczycielką od wf-u, która nie chciała uwierzyć w moje słowa. Po pewnym czasie kobieta zrezygnowała i kazała dziewczynom pójść do szatni, zmienić ubrania i wyjść poza teren szkoły.

Oczywiście okazało się, że żadnej bomby nie ma. Śmieszek, który był uczniem owej szkoły, został odkryty i szczerze mówiąc nie pamiętam jaką karę poniósł. Jednak z perspektywy czasu (a było to ok. 20 lat temu) dziwi mnie to, że nauczyciel zgodził się na moją propozycje i pozwolił mi wejść ponownie na teren szkoły mimo zagrożenia.

#DTtWF

Jestem egzaminatorem WORD-u. Mam przy tym najniższą zdawalność z całego mojego ośrodka, chociaż chyba najbardziej przymykam oko na drobne błędy. Dlaczego?
Dlatego, że chcę wypuszczać na ulice kierowców, a nie pipy. Mam jednocześnie wrażenie, że większość moich kolegów robi dokładnie odwrotnie.

Oprócz bycia egzaminatorem, jestem też, naturalnie, kierowcą i poruszam się po ulicach prywatnie. Nic nie denerwuje mnie bardziej niż ludzie, którzy nie potrafią skręcić bez całkowitego zatrzymania się (i zatamowania na moment całego ruchu) i później powolnego toczenia w kierunku skrętu. Może tylko ci, którzy wyjeżdżają z podporządkowanej, niby wcale nie wymuszając, bo zbliżające się auta na głównej jeszcze daleko… Wydawałoby się. Bo po takim wyjechaniu rzeczone auto rozpędza się na tyle wolno, że auto na głównej musi iść po heblach… Czyli w sumie wymuszenie jednak było. I co? Bezpiecznie, bo wolno? A, są jeszcze ci, którzy jadą lewym pasem daleko poniżej dopuszczalnej i są wyprzedzani przez co mniej cierpliwych prawym (znów zagrożenie).

Jeśli ktoś wywija mi takie cyrki w samochodzie na egzaminie albo jeździ po mieście nie prędzej niż 30 na godzinę, bo przecież bezpieczniej, znajdę zawsze coś (to wcale nie jest takie trudne, dużo jest różnych kruczków), aby go upieprzyć.

Uważam, że to oni nie powinni dostawać prawka, nie ci, którzy przypadkowo przejadą podwójną ciągłą czy coś w ten deseń. Jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, że instruktorzy nie uczą młodych jeździć, a jedynie zdać egzamin - więc choćby tego, by każdy manewr wykonywać z ostrożnością. Ostrożność - oczywiście. Nikt nie pochwala wchodzenia w zakręt z pełną prędkością. Ale na litość ludzką, da się skręcić bez tamowania całego ruchu na ruchliwej ulicy.

Szkoda, że moi koledzy mają dokładnie odwrotne odczucia i hołdują temu rzekomemu bezpieczeństwu. Tylko kursanci - nie wiecie nigdy, na jakiego egzaminatora traficie. Więc może próbujcie uczyć się po prostu jeździć, a nie zdać egzamin? I płynnie (powtórzę raz jeszcze: nie mówię, że ma być szybko i brawurowo!), i bez błędów.

Sorry, musiałem się wygadać.

#G9s77

Mój tata ma osobliwą przypadłość, nie wiem, czy można nazwać go już zakupoholikiem, czy to po prostu niekontrolowane hobby, jednak w naszym domu od czasu do czasu znajdują się nowe tak zwane "pochuje", jak zwykłyśmy je z mamą nazywać. Otóż tata lubuje się w kupowaniu wszelakiej maści gadżetów, takich typowych chińskich wynalazków, w stylu "paczaj, co znalazłem na Alibabie". Do tego nigdy nie kończy się na jednej sztuce, zazwyczaj kupuje kilka "na zapas". Rzeczy te oczywiście są nam równie użyteczne, co i niezbędne do życia, dlatego pokupowane skrzętnie chowa w najróżniejszych zakamarkach w domu, po czym zwyczajnie o nich zapomina.

Raz na jakiś czas z mamą natrafiamy na skrytki pełne takich pochujowych skarbów. Jakiś czas temu wpadłam na pomysł, żeby zebrać taki składzik i wysłać na licytację na bazarek na rzecz bezdomnych zwierząt. Jak wymyśliłam, tak też zrobiłyśmy, ku naszemu zdziwieniu pierwsza paczka okazała się ważyć 46 kg (!), a końca pochujów nie było widać! Pani z fundacji, do której wysłałam paczkę nie kryła zdziwienia, gdy otworzyła paczkę i zaczęła przeglądać coraz bardziej wymyślne gadżety, o niektóre musiała mnie pytać do czego w ogóle służą (nie zawsze byłam w stanie udzielić jej konkretnej odpowiedzi).

Tym sposobem pierwsza paczka zarobiła dla zwierzaków naprawdę konkretną sumkę. Kolejne kompletujemy i co jakiś czas podsyłam fundacji.
Tata póki co nie zauważył braków w swoich bezcennych pochujach...
Dodaj anonimowe wyznanie