Mam 18 lat i boję się zostawać sam w domu.
Jestem typem samotnika i ludzie nie są mi absolutnie do niczego w życiu potrzebni. I tak bardzo jak lubię siedzieć w towarzystwie samego siebie, tak dni, a raczej noce, kiedy rodzice wyjeżdżają, a ja zostaję sam w domu, to istny koszmar.
Zejście na parter (mój pokój jest na piętrze) po zmroku jest dla mnie niemożliwe. Gdy tylko otwieram drzwi jestem przekonany, że ktoś będzie za nimi stać. Non stop mam wrażenie, że ktoś spojrzy mi przez okno w pokoju (jeszcze raz - mieszkam na piętrze). Jeśli przechodzę z pokoju do pokoju, to koniecznie zabieram telefon, tylko po to, by w razie czego móc zadzwonić na policję. Na myśl, że ktoś mógłby wieczorem zadzwonić do drzwi robi mi się słabo. Ciągle wydaje mi się, że coś słyszę (oddech, kroki, skrzypiącą podłogę, otwierane szafki, stukanie). Ostatnio doszło do tego, że chodziłem z nożem między swoim pokojem a łazienką.
Wyznanie piszę chyba tylko po to, żeby zobaczyć jak absurdalnie to brzmi.
Uzależniłam się od spania.
Od jakiegoś roku miałam ogromny problem ze spaniem, po prostu nie mogłam zasnąć, mogłam ciągnąć 3 doby bez spania, a potem nagle ze zmęczenia paść na 14 godz. spać. Poszłam do lekarza, jeden przepisał mi tabletki na sen. Czy pomogło? I tak, i nie. Oczywiście przysypiałam całą noc, ale czułam się po każdej nocy potwornie zmęczona. Poszłam do drugiego lekarza, szereg badań - wychodzi na to, że wszystko ze mną OK i cyk, kolejne tableteczki na sen. Efekt ten sam. Przysypiałam każdą noc, ale po wstaniu czułam się jeszcze gorzej. Może ktoś z was to przeżył - bycie aż tak zmęczonym, że nie można zasnąć ze zmęczenia. Tak się czułam, jakbym dopiero nieprzerwanie prowadziła samochód przez 12 godz., przebiegła runmagedon (bez endorfin) i dźwigała ciężkie zakupy ze sklepu, naraz.
Zaczęłam czytać o moim problemie, ale w zasadzie nic ciekawego nie wyczytałam, aż trafiłam na tematykę ASMR. Zaczęłam oglądać różne filmiki, słuchać podcastów i nagle dzięki temu zaczęłam przesypiać każdą noc i to naprawdę się wysypiając. Problem w tym, że bez tego nie zasnę, problem w tym, że stało się do dla mnie czymś w rodzaju obsesji. Jak tylko przychodzę do domu, włączam jakiś filmik, co równa się niestety z pójściem spać. Zaniedbuję dom, obowiązki, czasem nie jem, bo po przyjściu myślę tylko o tym, żeby to włączyć i iść spać. Ostatnio jak mój szef wyjechał na delegację, oglądałam/słuchałam tych filmików w pracy, oczywiście zasypiałam, potrafiłam przespać cały dzień w pracy, budził mnie tylko telefon służbowy.
Nie wiem, co teraz robić, ani ta sytuacja, ani poprzednia nie jest dla mnie zdrowa, ale nie jestem w stanie się opanować przed ASMR, a z drugiej strony, jakbym przestała, to znów bym nie mogła spać lub musiała brać tabletki, przez które czułam się jeszcze gorzej.
Poznałem ciekawą dziewczynę na portalu randkowym. Pisaliśmy ze sobą i umówiliśmy się na randkę. W dzień spotkania temat rozmowy zszedł przypadkowo na inteligencję. Zapytałem ją z ciekawości jakie ma IQ.
Stwierdziła, oburzona, że ona niczego takiego nie ma, po czym dodała, że nie ma zamiaru spotykać się z facetem, który podejrzewa ją o choroby weneryczne. I odwołała randkę.
Bogu dzięki.
Sytuacja miała miejsce jakieś lata temu, kiedy to przyjacielska relacja z moim obecnym chłopakiem zaczęła ewoluować w związek. Był on moim pierwszym chłopakiem, więc nie do końca wiedziałam, jak powinnam się zachować na randkach.
Uznałam, że przede wszystkim powinnam sama za siebie płacić, ponieważ bardzo mi na nim zależało, a nie chciałam wyjść na pazerną osobę. Poza tym czułabym się źle każąc komukolwiek za mnie płacić. Na pierwszym wyjściu powiedziałam mu o tym, moja decyzja niestety ugodziła trochę w jego męskie ego, ale nie odpuściłam i musiał się zgodzić.
Po paru dniach "randek spacerowanych" chłopak postanowił mnie zaprosić do cukierni. Zajęliśmy miejsca i przeglądaliśmy menu, a kiedy wybrałam ciastko, które chciałabym zamówić, wyjęłam portfelik i zaczęłam liczyć pieniądze. Wreszcie powiedziałam: "24 złote, starczyłoby nawet na dwa ciastka i jeszcze trochę kasy by mi zostało".
Wtedy chłopak popatrzył na mnie zdziwiony i zapytał: "Czyli dzisiaj ty chcesz stawiać? No dobra, skoro tego potrzebuje twoja feministyczna dusza"...
Zatkało mnie. Wcale nie zamierzałam stawiać, chciałam wziąć dwa ciastka dla siebie, bo po prostu lubię wp**rdalać. Był to na tyle wczesny etap związku, że odmówić nie mogłam, ale zaczęłam mówić coś w rodzaju: "Jeśli czujesz się zdominowany przez kobietę, to nie muszę ci go kupować, nie ma problemu", ale on uznał, że nie może mi odbierać tej radości z dominacji. No cóż, kupiłam, ciastko i dla siebie, i dla niego.
Jesteśmy razem już prawie 10 lat, ale on dalej nie wie, że chciałam wtedy zeżreć dwa ciastka sama, przez długi czas był bardzo dumny, że ma tak niezależną kobietę :D
Mój kolega zdawał prawo jazdy w czasach, kiedy jeszcze nie było kamer w samochodach. Warto zaznaczyć, że zdawał 14 lutego, czyli w walentynki.
Na egzamin odwoziła go jego dziewczyna, a z racji takiej, że on ma romantyczną duszę, to zabrał ze sobą kopertę z walentynką dla swej dziewczyny. Planował wręczyć ją po wszystkim i włożył ją do kieszeni od kurtki.
Przyszedł czas egzaminu. Obsługa. Kolega otwiera maskę, ale że przeszkadzała mu walentynka, to wyjął ją i położył na silniku. Egzaminator spojrzał w prawo, w lewo, a następnie wyciągnął rękę po kopertę i szybkim ruchem schował ją do siebie do kieszeni. Kolega ze stresu nie zwrócił mu uwagi.
Jego egzamin trwał 15 minut. Żadnych trudności, oczywiście wynik pozytywny.
Jakież musiało być zdziwienie egzaminatora, kiedy chciał przeliczyć pieniążki, a okazało się, że w środku jest walentynka :D
Od jakiegoś czasu nie mam swoich znajomych. Mam męża, mieszkanie, fajną pracę, dużo ciekawych zajęć i ogólnie nie szukam problemów, jestem szczęśliwa.
Od znajomych ciągle słyszałam, że mi się w życiu powodzi, że też by chcieli nie mieć problemów jak ja, a oni mają kredyty do spłaty i ledwo im na życie wystarcza. Muszą brać kolejne kredyty, żeby na wakacje pojechać albo kupić telewizor. Mają małe mieszkania, są z partnerami, których nie kochają etc.
Kiedy mówiłam, że sami sobie robią problemy biorąc właśnie kredyt, o którym wiedzą, że go nie spłacą, to byłam najgorsza, ta, która nie ma żadnego współczucia. Kiedy pytałam po co tkwią w związkach, w których nie są szczęśliwi, to patrzyli jak na głupią, bo przecież nie rozstaną się z kimś po 7 latach związku, bo dziecko, bo kredyt.... To nic, że nawet wśród obcych ludzi i dziecku potrafili wyzywać się od najgorszych...
Zaczęłam zauważać, że traktują mnie jak taką co "wyżej sra niż dupę ma", bo przecież ja nie mam problemów. Idealny mąż, idealne mieszkanie, idealne wakacje i praca... Nazywali mnie pozerką i śmiali się ze mnie. Między sobą mnie obgadywali, że co ja o życiu mogę wiedzieć, jak nie mam 200 tys. kredytu i mój facet mnie nie bije, twierdzili, że się wywyższam i daję im głupie rady, zamiast pomóc finansowo.
Jak wpadali do nas, nigdy nie przynieśli ze sobą swojego alkoholu czy jedzenia (dużo razy spotykaliśmy się u nas ze względu na wielkie mieszkanie i robiliśmy wspólnie sylwestra czy spędzaliśmy majówkę, ale oni nigdy nie dorzucili się ani do jedzenia, ani alkoholu i nigdy im tego nie wypomniałam). To ja zostałam najgorszą, bo powiedziałam w końcu dość, że sami sobie tych problemów narobili przez swoją głupotę i nieudolność życiową.
Nie jesteśmy z mężem bogaci. Zarabiamy tyle, żeby opłacić bieżące rachunki, kredyt, kupić jedzenie i coś odłożyć, a mimo to ich sponsorowaliśmy.
Skąd wiem, co na mój temat między sobą gadali? Bo przyszła raz znajoma i powiedziała, że jak pożyczę jej 50 zł, to pokaże mi ich wspólne wiadomości i opowie co wszyscy gadają na mój temat... Pożyczyłam jej hajs, a screeny rozmów przesłałam do siebie, na pamiątkę. Ta znajoma sama mi tam obrobiła nieźle tyłek, ale dzięki jej nieogarnięciu mam dowody jak bliscy znajomi mogą z zawiści stać się hienami.
Mam o trzy lata młodszą siostrę, którą często za dzieciaka wykorzystywałam. Gdy byłyśmy małe, mama często kupowała nam różne smakołyki i słodycze. Gdy zjadłam już swoje słodkości, przychodziłam do siostry i pytałam, czy pobawimy się w ''pieska''. Zawsze się chętnie zgadzała. Gra polegała na tym, że ona wydawała mi polecenia, a ja je wykonywałam, a w nagrodę dostawałam jakiś smakołyk. Tym sposobem wyżerałam słodycze siostry, a gdy siostra oddała pieskowi do zjedzenia wszystkie swoje ciasteczka, piesek nie chciał się już bawić.
Na szczęście siostra tego nie pamięta :D
Randki w ciemno, czyli jak oduczyłam się umawiania z mężczyznami przez Internet.
Wiele osób odradzało mi ten sposób nawiązywania znajomości, ale ja byłam mądrzejsza - cóż złego może się stać?
Pierwsza randka - było w sumie w porządku, ale bez jakiejkolwiek iskry, szału, jednym słowem nuda. Postanowiłam skusić się na kolejną.
Druga randka - facet zaczął od tego, że skoro jestem kobietą, to na 100% go oszukam. Rozmowa byłaby się nawet kleiła, gdyby nie regularne wtrącenia, iż kłamstwa leżą w babskiej naturze (czy tego chcę czy nie), więc na pewno go okłamię. Teraz, później, za chwilę - na pewno. W końcu nie wytrzymałam, powiedziałam mu, że owszem, już teraz zamierzam go okłamać, a jak chce, to mogę robić to aż do końca wieczoru.
Trzecia randka okazała się jednak absolutnym hitem, po którym już nigdy nie umówiłam się z żadnym mężczyzną poznanym online.
Faceta poznałam na rockmetal.pl, kiedy szukałam ekipy na Brutal Assault. Zabawnie się z nim rozmawiało, był fanem Monty Pythona i zdawało się, że mamy podobne poczucie humoru. Umówiliśmy się w konkretnym miejscu w centrum miasta, a moim znakiem rozpoznawczym miały być długie do pasa, czerwone włosy. Tak to się zaczęło.
Nie zauważyłam, że niedaleko mnie stoi dziewczyna o podobnych włosach. Dopiero w ostatniej chwili dostrzegłam faceta, który zachodzi ją od tyłu, zakrywa jej oczy dłońmi i mówi całkiem głośno "Nie spodziewałaś się hiszpańskiej inkwizycji!".
Ano nie spodziewała się, zaczęła krzyczeć i zwiała, a ja z pewnym wewnętrznym oporem i lekkim uczuciem zażenowania podeszłam i się przedstawiłam. Dalej było już tylko gorzej.
Poszliśmy na pizzę. Cały czas powtarzał (serio: cały czas), że on jest straszliwym ogrem mieszkającym z matką na bagnie. Opowiadał o swojej bagiennej siedzibie i o tym, że jako ogr zajmuje się poskramianiem wiedźm takich jak ja. Mówiąc to, próbował chwytać mnie i ciągnąć za włosy. Raz nawet wstał i chciał pomasować mi plecy, żeby "zmniejszyć opór wiedźmy". Opowiadał o paleniu wiedźm, o tym, jak uczy je posłuchu na bagnie. Nie było innego tematu, udawał nawet dźwięki, jakie mógłby wydawać prawdziwy ogr, jakieś chrząknięcia, warknięcia i inne.
Próbowałam zachować spokój, bo to ani chybi był prawdziwy czubek, a filmowa ucieczka przez okienko w toalecie nie wchodziła w rachubę. Chciałam wyjść z pizzerii, ale uparł się, że pójdzie ze mną i skoczymy gdzieś na kawę. Uciekłam, wskakując do pierwszego lepszego jadącego tramwaju.
Nigdy więcej "ogrów"...
Pamiętam, jak kiedyś pisałem tu wyznanie o swoim nieżyjącym już dziadku.
Zachwalałem go, podziwiałem, pisząc wszystko ze łzami w oczach.
Jakiś czas temu dowiedziałem się, że ciężka depresja siostry była spowodowana tym, że ją molestował, gdy miała 6 lat.
Pozory mylą...
Dostałam kwiaty z okazji Dnia Matki i trochę się zdziwiłam.
Bo nie mam dzieci. Mam za to chłopaka.
Wręczył mi bukiet i powiedział, że dziękuje mi za „matkowanie przez cały rok”.
Dodaj anonimowe wyznanie