#7ufds

Mam dziwny zwyczaj, gdy moi rodzice gdzieś wyjeżdżają. Wyobrażam sobie, że giną podczas tej podróży, sposób zależny od środka transportu - rozbija się samolot, tir wjeżdża na czołówkę, pociąg spada ze skarpy... Tworzę też scenariusz kolejnych zdarzeń, za każdym razem dołączając następne. I tak na ten przykład zakładam, że babcia (ponad 90 lat) nie wytrzymuje stresu z tym związanego i umiera na zawał, dziadek trafia do szpitala, ale wychodzi z niego po jakimś czasie. Zastanawiam się, co sprzedać (samochód ojca - za dużo pali, matki jest bardziej ekonomiczny), a co zostawić. Czy przyspieszyć ślub, czy zaczekać te 2 lata, jak się umówiliśmy z chłopakiem. Sprawdzam też, jak wygląda w prawie przejęcie konta po rodzicach, miejsce pochówku w przypadku niewykupionego wcześniej miejsca, różnych opłat.

Robię tak od 3-4 lat, mam obecnie 22. Myślę, że to nieco pokręcony sposób na przygotowanie się na śmierć bliskich. Nie mam z tym związanego żadnego stresu, bo przerabiałam to wiele razy i nawet jakaś część mnie jest "na zapas" pogodzona z tym, że mogą nie wrócić żywi (podobnie jak to, że mogą umrzeć w dowolnym innym momencie). Nie mówię, że polecam ten sposób wszystkim, ale sprawdzenie takich rzeczy sporo wam ułatwi, gdy przyjdzie co do czego.

#0Gt3x

Była to szósta lub piąta klasa szkoły podstawowej. Do szkoły miałem piechotką 10 minut. Rodzice pracowali, dlatego chodziłem sam. Pewnego ranka, gdy byłem już przy szkolnej bramie zebrało mi się "na dwójeczkę". Byłem trochę w rozterce, bo do domu wracać już za daleko (mógłbym się spóźnić na pierwszą lekcję), a w szkole krępowałem się załatwiać swoje grubsze potrzeby. Pomyślałem więc, że wytrzymam te 5 lekcji... i wytrzymałem - z silnym bólem brzucha, z bólem głowy, ale wytrzymałem.

Powrót do domu zamiast 10 minut trwał 20... Bałem się, że robiąc normalne kroki popuszczę, dlatego szedłem bardzo powoli. Z głównej ulicy wszedłem w nasze osiedle domków jednorodzinnych. Tu już nie wytrzymałem i nawaliłem w portki. Teraz już  pobiegłem do domu. Rodziców nie było, więc wykapałem się, uprałem spodnie i majtki. Gdy mama wróciła z pracy oczywiście była zdziwiona tym, że zrobiłem pranie. Wymyśliłem, że gdy wracałem ze szkoły przewróciłem się w kałużę (akurat w nocy była burza, a droga na nasze osiedle była wysypana piachem, więc było dużo błota). Nie wiem, czy mama mi uwierzyła, ale sprawdziła, czy spodnie są dobrze doprane i temat odpuściła.

To wydarzenie było dla mnie dość traumatycznym, ponieważ po dość bolesnym dniu, akcji z popuszczeniem, praniem, mimo że udało mi się oszukać mamę bałem się, że mógł zobaczyć mnie któryś z sąsiadów. Dlatego przez najbliższe dni unikałem ich jak mogłem i modliłem się, żeby faktycznie nikt mnie widział i nie chciał powiedzieć o tym moim rodzicom.

Dziś jako dorosły facet widzę siebie jako bohatera i jestem z siebie bardzo dumny. Sam po sobie posprzątałem i udało mi się wymyślić historię z kałużą, gdy mama pytała co się stało... ale najbardziej cieszę się z tego, że nie popuściłem w szkole.

#MPrPc

Jak odzyskałam wiarę w dzieci.

Byłam sobie kiedyś w pobliskim fast foodzie ze znajomymi. Był środek dnia, dzień roboczy. Cały fast food był naturalnie zatłoczony, tym bardziej że weszła tam jakaś spora wycieczka szósto-, może siódmoklasistów. Dzieci usiadły przy jednym, dużym stole, który zwykle znajduje się gdzieś pośrodku tego typu restauracji i (dzięki Bogu) zachowywały się w miarę cicho.

Nagle do lokalu wszedł starszy pan. Był brudny i śmierdziało od niego mieszanką brudu i alkoholu. Najpierwej zaczął się rozglądać się po budynku, a potem kręcić się wokół dzieciaków. Patrzył głównie na ich jedzenie, ale raczej tylko stał z boku. Dzieci były najpierw troszkę niepewne, ale za chwilę jeden z chłopców odwrócił się do niego i zapytał, czy jest głodny. Zaskoczony staruszek tylko pokiwał głową, więc chłopak oddał mu swoje frytki i hamburgera i powiedział, że i tak już skończył. Inne dzieci zaraz zaprosiły pana do stołu i zaczęły przesuwać w jego stronę jedzenie i picie, które zostało. Jedna z dziewczyn spytała się, czy nie chciałby, aby zamówiła mu jedzenie także na wynos. Opiekunki niestety kazały już wychodzić dzieciom, bo podjechał ich autobus, więc dziewczynka wręczyła mu dwie dychy i powiedziała, że ma nadzieję, że starzec nie wyda tego na alkohol, tylko kupi jedzenie. Dzieci wyszły, a ja dojrzałam tylko jak mężczyzna chowa banknot do kieszeni, kończy jedzenie i wychodzi.

Puenty nie ma, nie wiem w jakiej sytuacji był ów pan i na co wydał pieniądze, bardzo możliwe, że na alkohol. Jednak byłam wtedy bardzo zaskoczona. Inni ludzie w lokalu tylko patrzyli z obrzydzeniem na staruszka i od razu go oceniali. Zachowanie dzieci było miłe i bezinteresowne, tym bardziej że tamte nie były jakieś młode i naiwne.

#mjOGp

Jestem radcą prawnym. Na początku kariery prawniczej, jeszcze w czasie aplikacji, miałem problemy z przemawianiem w sądach: pociłem się, jąkałem, czerwieniłem, miałem nawet problemy z czytaniem z kartki bez dukania. Szukałem pomocy u psychologów, jednak żaden nie rozwiązał mojego problemu.

Pewnego dnia po prostu kupiłem sobie małpkę czystej i wypiłem ją, co dało znakomite efekty - rozwiązało język tak, że moja przemowa zachwyciła klienta, poruszyła sędziego i wkurzyła pełnomocnika przeciwnej strony. Od tej pory przed każdą rozprawą piję małpkę.
Co ciekawe, poza pracą jestem abstynentem.
Uprzedzając pytania: nikt jeszcze nie wyczuł, a przynajmniej nikt o tym nie mówił.

#Bpzzw

Pracuję w call center.

Kiedy kłócę się z kimś bliskim, irytuje mnie ta osoba lub zaczyna coś wytykać, to wtedy zaczynam mówić głosem i tekstami typowymi dla konsultantów w call center.
Np.:
- Weź już do mnie nie pyskuj, gówniaro.
- Ja rozumiem pani niechęć, lecz dla lepszego zrozumienia chciałabym spytać, co jest powodem pani decyzji.
Albo:
- Nie mam już dla ciebie czasu.
- A czy mógłby mi poświęcić pan dwie minutki, ją szybko przedstawię szczegóły mojej oferty.

Najczęściej ludzie się wkurwiają i mam spokój.

#eAYTn

Moja małżonka stara się unikać moich rodziców jak ognia z powodu... naszego syna.

Gdy tylko młody się urodził, stał się oczkiem w głowie żony, a ona zmieniła się w lwicę, która broni go przed całym złem, czyli moimi rodzicami, a w szczególności moją matką. Od samego początku nie odstępuje dziecka na krok. Doszło do tego, że aby udać się do lekarza czy kupić ubranie, musi być karczemna awantura kilka dni wcześniej. Dopiero po paru dniach, jak ochłonie, z wielkim bólem serca zostawi małego z babką, mimo że mieszkamy obok siebie i dziadki często widują wnuka. Niby mogą przyjść pobawić się z małym, ale tylko w jej obecności.

Zastanawiam się, czy to ja mam jakiś wypaczony obraz świata, czy coś z moją żoną jest nie tak? Dodam, że syn ma już 1,5 roku, a babcia ani razu nie była z młodym na spacerze, a pilnowała go sama może z 5 razy w sytuacjach kryzysowych, gdy nie było innej opcji. Wkurza mnie fakt, że jej rodzina może z małym robić co chce, chodzić na spacer, bawić się itp., a moja traktowana jest jak trędowaci.
Co w tym anonimowego? Ano to, że wszyscy znajomi uważają nas za wspaniałą kochającą się rodzinę, a ja już ledwo wytrzymuję psychicznie te wszystkie kłótnie, aby nie ograniczać dziadkom kontaktu z jedynym wnukiem.

#Lg8gj

Kilka dni temu odwiedziłam pewne muzeum. Było to jedno z tych, w którym spędza się nawet 4-5 godzin. Do tego prezentowało poważną, a wręcz drastyczną tematykę (kojarzycie film "Katyń"? Na jednej z ekspozycji pojawiły się fragmenty tego filmu, m.in. sceny egzekucji oraz prezentacji odnalezionych zwłok). Mimo to znalazły się osoby, które zabrały ze sobą małe dzieci, a nawet niemowlęta w wózkach. Dzieci po krótkim czasie nudziły się, marudziły, biegały, niemowlęta płakały...

Ludzie, serio? Do klubu na imprezę też byście dziecko zabrali, jeśli zachce wam się imprezować? Zrozumcie, że nie możecie zabierać swoich "bombelków" wszędzie! Nie dość, że męczycie swoje dzieci (ja byłam po tych 5 godzinach zmęczona, a co dopiero dziecko, które na dodatek nie rozumiało tego co widziało), to jeszcze wszystkich dookoła. Jeśli już musicie targać latorośle ze sobą, to dostosujcie rozrywkę również do nich (warto wspomnieć, że muzeum, o którym mowa, oferowało osobną wystawę dla dzieci w innej części budynku). A jeśli chcecie olać komfort i samopoczucie potomstwa, to zostawcie je w domu z nianią/ciocią/babcią/sąsiadką. To chyba nie jest takie trudne do zrozumienia?

#iWg1E

Miesiąc temu mojej przyjaciółce podrzucono okrutne zdjęcia do plecaka. Widać na nich jej ojca, jak zabawia się z nie-żoną. Płakała tak bardzo, że nie wróciła już na zajęcia.
Przez cały czas byłam blisko i ją wspierałam. Była wściekła na cały świat, a jednocześnie dostała depresji, ponieważ nie wiedziała, czy powiedzieć mamie, czy nie rozbijać rodziny i siedzieć cicho.

Co w tym anonimowego? To ja podrzuciłam jej te zdjęcia. Nie chciałam, żeby mnie za to znienawidziła. Nie powiem jej o tym, ponieważ od razu padłoby pytanie skąd to mam. Znalazłam te zdjęcia na telefonie mojej mamy.

#Xp8r5

Nie lubię ludzi chorych np. na zespół Downa. Czuje niesamowity dyskomfort przebywając w ich towarzystwie. Staram się żyć w zgodzie z zasadą, że jak mi się coś nie podoba, to na to nie patrzę, ale gdy wiem, że w pobliżu znajduje się taki człowiek, nie mogę opanować odruchu strachu i obrzydzenia. Chyba jestem złym człowiekiem...
Dodaj anonimowe wyznanie