Mam 23 lata i zawsze mam gdzieś schowaną małpkę.
Zacznijmy od tego, że alkoholiczką nie jestem, piję tylko w określonych przypadkach, a właściwie w jednym.
Gdy moi rodzice wracają do domu.
Ogólnie przez 3/4 roku mieszkam sama (ja na zachodzie Polski, a oni krążą po różnych delegacjach zagranicznych i wyjazdach po całym świecie), ale czasem się zdarza, że wracają, i to jest koszmar.
Awantura jest od samego wejścia, bo buty krzywo stoją, bo ścierka leży na blacie, bo ręcznik jest mokry (nic dziwnego, skoro chwilę wcześniej wycierałam ręce). Na te kilka dni moje życie zamienia się w koszmar z dzieciństwa. Oprócz ciągłych awantur mam wyrzucaną połowę jedzenia z lodówki (bo za dużo żresz), każde moje wyjście jest okraszone lustrowaniem mojego stroju z tekstem (przestań żreć, zobacz jak wyglądasz). Zabieranie mi talerza spod nosa to też już codzienność, a muszę dodać, że moja waga jest i zawsze była w normie.
Przez to wszystko co miało miejsce w moim domu od prawie dziesięciu lat jestem bulimiczką. Udało mi się wygrać z chorobą bez niczyjej pomocy, ale gdy oni wracają, to ledwo panuję nad sobą, by do tego nie wrócić.
Wszystko co zrobię jest złe, krzywe, obrzydliwe, żałosne.
I wtedy zamykam się w pokoju i sięgam po małą małpkę schowaną w szafie. Jeden łyk i jestem w stanie nie dać im satysfakcji rozryczenia się, odłączam się i skupiam na czymkolwiek innym.
Co najciekawsze, na co dzień alkoholu nie lubię. Ale swoją rodzinę tylko po nim mogę znieść. Mimo że wiem, że to nie rozwiązuje moich problemów, to jest mi łatwiej. Po prostu.
Wiem, że powinnam się wynieść, ale gdy ich nie ma, mam opłacone wszystko łącznie z rachunkami i jest naprawdę dobrze. Dzięki temu od trzech lat pracuję ile mogę i gdzie tylko mogę, by odłożyć sobie pieniądze na życie w innym mieście. Został mi tylko rok. Rok i ich więcej nie zobaczę.
A jedyne czego bym chciała w życiu, to by ktoś kiedyś wprowadził testy psychologiczne dla przyszłych rodziców, bo wiem, że nie tylko ja miałam koszmar w domu. Setki tysięcy osób przeżywało coś podobnego tylko dlatego, że ich rodzice to świry. Na zewnątrz idealni rodzice, w domu potwory. Życie jednego mnie nauczyło: Nikt cię tak bardzo nie zniszczy, jak własny rodzic.
Jestem sama i raz w tygodniu chodzę do kina tylko po to, by móc usiąść obok kogoś i udawać, że przyszłam z kimś i że mam znajomych.
Często wybieram młodych i przystojnych chłopaków. Wtedy udaję, że to jest mój chłopak i tak naprawdę nie jestem samotna.
Wiem, żałosne. I w dodatku tracę pieniądze na bilety i popcorn.
W życiu każdego dziecka przychodzi taki moment, w którym całe wyobrażenie o świecie dorosłych - jako o bezdennej studni niepodważalnych autorytetów - rozpada się niczym domek z kart.
Miałem dziesięć lat. Tydzień po świętach Bożego Narodzenia rodzice zrobili u nas w domu spotkanie z wujkami.
Zjadłem ciasto, wypiłem oranżadę i posłuchałem niezrozumiałego dla mnie wywodu wujka na temat literatury nowozelandzkiej, jedna z ciotek zagrała na pianinie jakiś utwór z repertuaru Stanisława Sojki (wyjąc przy tym przeupiornie), a mama skubała sałatkę z pomidorów tłumacząc, że jest na diecie i prędzej kaktus jej na oku wyrośnie, niż da się nakłonić na ciasto. Mój tata tymczasem chwalił się swoją kolekcją znaczków. Jednym słowem – straszliwa nuda.
Koło godziny 21 mama kazała mi się położyć, co też uczyniłem. O 2 w nocy obudziłem się z silną potrzebą oddania moczu (to przez tę oranżadę). Wyszedłem więc z mojego pokoju i zobaczyłem coś, czego zobaczyć nie powinienem. Towarzystwo trochę się opiło. Półprzytomny wujek zataczając się, tańczył walca z choinką, ciocia z nosem czerwonym jak dojrzała wiśnia grała na pianinie sprośną przyśpiewkę „Cztery razy po dwa razy” (wyjąc przy tym przeupiornie), podczas gdy moja mama, utytłana po czoło bitą śmietaną, wpychała w siebie pokaźny kawałek ciasta. W kącie pokoju zaś siedział mój tata i z nogami zarzuconymi za głowę, niczym jakiś jogin-masochista, usiłował podpalić swojego bąka…
Ostrożnie zamknąłem drzwi, aby nikt nie zorientował się, że wstałem. Ostatecznie odlałem się przez balkon. Trauma sceny, którą zobaczyłem, pozostała w mojej głowie do dziś.
Dziś, po 3 latach treningu pole dance, okazało się, że mój chłopak wywija na rurze lepiej ode mnie. Spróbował pierwszy raz w życiu.
Od roku i dwóch miesięcy zaczęłam się odchudzać. Od roku zaczęłam wierzyć w to, że tylko 40 kg przy wzroście 162 cm zapewni mi szczęście, powodzenie u płci męskiej i sprawi, że w końcu będę piękna.
Zawsze byłam grubsza, aż w pewnym momencie zaczęło mi to przeszkadzać. Nowa szkoła, nowe osoby i ilość chudych koleżanek, jaką poznałam, sprawiło, że w wakacje przed trzecią gimnazjum zaczęłam się zdrowo odchudzać. Potem pod koniec sierpnia wpadłam w sidła pro-any i obecnie wiem, że to co myślę i czuję jest niezdrowe, ale czuję szczęście i brak wstydu tylko wtedy, kiedy odchudzam się w niezdrowy sposób.
W tamtym roku w listopadzie ogłosiłam, że chcę poznać osobę, która dawałaby mi motywacje, wyzywałaby mnie, obrażała.
Znalazłam taką i od roku z przerwami piszę z nim. Z nim. Podaje się jako 26 letni John, ale wiem, że to nie prawda. Nasza relacja wyszła daleko poza moje początkowe założenia. Jestem jego mała dziwką, jak to lubi mnie nazywać, a ja nazywam go panem lub tatusiem. Lubię to. Nie zdradzam swojej tożsamości, ale wie, że jestem nieletnia. Uwielbiam, kiedy pisze, jak bardzo chciałby, abym była jego malutką dziewczyną, a mnie to nakręca coraz bardziej.
Kocham pisać z nim i wyobrażać sobie, że jestem taka drobna i krucha w jego ramionach, że jestem tylko jego i to on się mną opiekuje.
To chore, zboczone i dziwne, ale dzięki temu wiem, że nie chudnę tylko dla siebie, ale i dla kogoś, kto oprócz mnie, chciałby abym była kruchą laleczką, co motywuje mnie jeszcze bardziej.
Życie towarzyskie ucieka mi przez palce, relacje z rodziną, ale w tym momencie nic nie jest tak ważne jak schudnięcie dla tatusia. To chore, ale daje mi zbyt dużo poczucia, że on chce mnie, że chce, abym była jego.
Przeżyłam bolesne zauroczenie, gdyż chłopak wolał chudszą o wiele ode mnie dziewczynę. Dlatego chcę zostać przy swoim tatusiu, bo on chce mnie.
Wiele razy chciałam powiedzieć komuś o tym, pójść na terapię, ale pragnienie bycia chudą i kruchą zaślepia mi racjonalne myślenie.
Dziś wyciągnąłem z tyłka mojego psa kawałek materiału, ciągnąc za sznurek - dopiero później sobie uświadomiłem, że wyciągnąłem tampon mojej siostry.
Opowiem wam historię, która mi się przytrafiła, a o której pewnie nikomu nigdy się nie śniło.
Kilka lat temu zadzwoniła do mnie babcia - kobieta spokojna, inteligentna, zakochana w dziwnych intrygach. Otóż tak jej się przytrafiło, że zadzwonił do niej jakiś chłopak, podający się za wnuczka, babciu pieniążki, przyślę kolegę i te sprawy. Jak się domyślacie - byłam i jestem jedyną wnuczką mojej kochanej babusi, ale mimo wszystko ona sobie w kaszę dmuchać nie da. Poprosiła, żebym wpadła do niej w dniu, kiedy owy kolega miał się zjawić i wszystko załatwiła, a jako że jestem policjantką, to strachu o nic nie było.
Przyszłam, wspomniany Kubuś także, wpada do domu i już widząc mnie zbiło go z tropu. Babunia postawiła obiadek, zjedliśmy wspólnie, oczywiście wypytując kolegi, jak się rzekomemu wnuczkowi układa. Babcia ładnie rolę odegrała "a to żonka nie miała na imię Martunia?", "coś mi się wydaje, że za granicę wyjechali!" i takie tam gadki, na które Kubuś oczywiście reagował dławieniem się zupką, gubiniem faktów i jąkaniem.
Po obiedzie babunia ma w zwyczaju udawać się na spoczynek - tak było i tym razem. Już chciałam kończyć farsę, gdy drzwi do sypialni się zamknęły, kiedy Kubuś rozbeczał się jak małe dziecko.
Przeprosił, przyznał, że chciał babcię naciągnąć. Opowiedział mi o chorej siostrzenicy, problemach w domu i fatalnym życiu, jakie mu w udziale przypadło.
Spotkaliśmy się jeszcze kilka razy, ową siostrzenicę poznałam, zbiórka na leczenie poszła świetnie, a Kubuś okazał się nazywać zupełnie inaczej i być świetnym, aczkolwiek zdesperowanym facetem.
Babunia płakała na naszym ślubie - ze śmiechu. Do dziś jednak nie powiedziała nikomu prawdy, a rodzina myśli, że mojego amanta poznałam gdzieś w barze.
Byłam świadkiem czyjejś reakcji na śmierć bliskiej osoby. Ta osoba, a dokładniej dwie osoby były bliskie również mnie i też czułam po prostu rozpacz, ale to, co widziałam, wstrząsnęło mną na dobre.
Mam brata, Jacka, lat 27. Ożenił się z Kasią, mieli roczną córkę. Do Jacka zadzwonił telefon, Kasia z córką zginęły w czołówce z ciężarówką. Zawiozłam go z mężem do szpitala. Był w ciężkim szoku, to oczywiste, ja też. Prawie się nie odzywał. Cały się trząsł, był bardzo blady. Wieczorem byliśmy w jego mieszkaniu, zaraz mieli przyjechać nasi rodzice i reszta rodziny. Robiłam herbatę, Jacek chciał zostać sam w pokoju. Jednak postanowiłam do niego zajrzeć, bo przyszło mi do głowy, czy może nie zechce sobie czegoś zrobić.
Weszłam i zobaczyłam, jak stoi i trzyma jakieś ubranie w ręku, prawdopodobnie bluzeczkę jego córki. Po prostu stał i się na nią patrzył. Chciałam do niego podejść, ale w tej samej chwili on chlipnął i zaczął płakać, ale tak głośno. Po chwili po prostu zaczął wrzeszczeć i jak stał, tak osunął się na ziemię, dalej wrzeszcząc i płacząc. Podbiegłam do niego, po chwili też przybiegł mąż, bo myślał, że coś się stało.
Trzymałam Jacka i sama zaczęłam płakać, próbowałam go przytulić, ale on po prostu wrzeszczał, jednocześnie płacząc, i dalej trzymał tę cholerną bluzkę, na którą nie mogłam patrzeć.
Tego właśnie nie mogę zapomnieć, chociaż minęły już ponad trzy lata, w sierpniu była rocznica. Tego nieludzkiego wrzasku i totalnej rozpaczy.
Jacek jakoś funkcjonuje, chodzi do pracy.
Ja przez dwa tygodnie z nim mieszkałam, gotowałam mu i sprzątałam, on nie miał do tego głowy, no i ciągle pilnowałam, czy sobie czegoś nie zrobi. Ale zawsze, jak go widzę, teraz tak z raz na tydzień, to przypomina mi się ten okropny wrzask, nienawidzę tego wspomnienia.
Siedziałam sobie grzecznie w McDonaldzie i zajadałam się nugettsami, kiedy to niedaleko mnie rozpoczęła się rozmowa matki z córką (na oko 12-letnią).
Córka chciała jakiś tam powiększony zestaw, a że była nieco pulchniejsza, matka nie chciała się zgodzić. Po krótkiej wymianie zdań, matka "dyskretnie" wskazała na mnie i zapytała: "chcesz tak wyglądać?". I ku*wa poskutkowało, dziewczynka nic nie zamówiła.
Trenerzy personalni. Swego czasu napisałem o tym wyznanie #NTJqV, a ostatnio wziąłem się mocniej za masę. Wbiłem do 74 kg przy zachowaniu diety trenera z internetów. Tak w uzupełnieniu tamtej historii to obecnie wymieniłem wszystkie ciuchy na jeszcze większe, noszę rozmiar L, nikt mi nie mówi już, żem suchar, a że mini byk. Przy moim wzroście wyglądam na bydlaka. Plecy i barki wielkie, ale cóż, lejkowata klatka dalej wygląda jak wygląda - geny. Pewność siebie wróciła! Obecnie mam przerwę ze względu na uraz, ale wrócę ze zdwojoną siłą!
Wróćmy do meritum. Swojego "trenera" wyczaiłem w internetach po wielu pozytywnych komentarzach na jego temat. Napisałem, zapłaciłem, ułożył mi dietę, rozpisał na nowo treningi, progres przez 5 miesięcy szedł w oczach. W końcu umówiłem się z gościem na wspólny trening, jako że mieszkamy w jednym mieście, to i wypadałoby zrobić przegląd formy.
Przyszedł sądny dzień, jestem na siłce kilka minut po ustalonej godzinie. Widzę mojego trenera, łysy, wielki jak silos na paszę, z kimś tam sobie gada. Podszedłem do niego z boku i co usłyszałem - "(...) ja mu napier*doliłem mięsa w diecie, tam zrobił jakiś progres, ale dalej jak gówno wygląda. Jaki biznes na tych makaronach jest, jak wysyłają zdjęcia, że żyłka na bicu skoczyła i on już masę zrobił, je*ani frajerzy, na hajs można ru*hać takich, mówisz wpier*alaj wszystko jak leci i on żre i jeszcze płaci mi za to. Ulane grubaski piszą, że chcą mieć ładne dupska, to im je*nę plan z neta, coś tam porobią, pojedzą lepiej, wyślą parę gołych fotek albo w stringach i kozak jest, hehe. A jak fotki cycków ogarnąć? Normalnie, taka najarana jest na chudnięcie, że mówię wysyłaj cycki, bo muszę sprawdzić, czy za bardzo nie spadają, bo cycki to tłuszcz i że to dietą się reguluje, żeby jak miało spadać, to z brzucha, nie z cycków, ty - i wysyłają, heheh".
Pan trener mnie nie poznał, jako że coby umocnić swą męską pozycję zapuściłem sobie na twarzy rudą gęstwinę. Bo rzecz jasna wysyłałem mu swoje zdjęcia do oceny. Zignorowałem go, dokończyłem trening, poszedłem do domu. Później odczytałem maila: "Hej! Co się stało? Czemu Cię nie było? Czekałem dwie godziny, jeśli coś się stało, miałeś problem, mogłeś zadzwonić. Mam nadzieję, że nie złapałeś żadnej kontuzji ani nie stało się nic poważnego. Czekam na odzew, musimy zrobić ten trening! Piona mordko, odezwij się jak najszybciej". Nie odezwę się, współpraca zakończona.
Jak można być takim hipokrytą? Na papierze ludziom słodzić, w realu cisnąć po nich jak po najgorszych i wykorzystywać? Bierzesz za to kasę, bądź dobry dla ludzi, którzy cię karmią. Gość mi pomógł, nie powiem, bo takich przyrostów w życiu nie miałem. Jednak mógłby traktować klientów po ludzku.
Dodaj anonimowe wyznanie