To już będzie moje trzecie wyznanie i ostatnie. Z tej strony lekarz mechanik. Napisałem dwa wyznania odnośnie mojego życia, pracy itd.
W ostatnim wyznaniu napisałem, iż otrzymałem mieszkanie od babci w spadku. Moja "rodzina" oddała sprawę do sądu. Po kilku rozprawach było jasne, że nie dostaną tego mieszkania, gdyż babcia wszystko zabezpieczyła prawnie - notariusz itd. W sądzie moje rodzeństwo wszczęło awanturę, że trzeba być debilem, żeby nie zauważyć iż "zmanipulowałem babcię", aby otrzymać mieszkanie. Sędzina nałożyła na nich karę grzywny za obrazę sądu. Po sprawie KAŻDA osoba z rodziny mówiła mi jaki to jestem podły, wredny, bez ambicji (bo jestem mechanikiem). Ogólnie na każde pytanie odpowiadali z wielką pretensją. Moja siostra (urodzona aktorka) powyciągała w sądzie jakieś stare zdjęcia babci i opowiadała jak to uwielbiała do babci przyjeżdżać, jak ją bardzo kochała, jak babcia zawsze była dla niej wsparciem. No była. Jak dostawała wypłatę czy emeryturę, to moja siostra zawsze przychodziła i opowiadała jak jej ciężko.
Mieszkanie zostało moje. Wynająłem je, bo nie miałem co z nim zrobić. Mieszkam w innej części Polski. Nie minęło 2-3 tygodnie, jak dostałem od brata informację, że nasz ojciec miał stan przedzawałowy z mojego powodu, że zrobi wszystko, abym mieszkania nie otrzymał. No faktycznie, bo decyzja sądu to mało. Coś na zasadzie "sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie". Stanu przedzawałowego ojciec nie miał - to było kłamstwo. Przestałem od nich odbierać telefon, odpisywać na SMS-y itd. W tej całej sprawie dzieci mojego rodzeństwa w sumie nie rozumieją do końca o co chodzi. Może jak będą starsze zrozumieją. Pomyśleć, że znowu stałem się czarną owcą w rodzinie. Śmieszne to i żałosne. Moje życie, moja sprawa. Moje mieszkanie. Zobaczymy, co z nim zrobię za kilka lat. Może sprzedam, może wynajmę dalej. Nie wiem.
Śmieszne w tym wszystkim jest to, że w komentarzach pod poprzednim wyznaniem odezwała się moja siostra, która została bardzo szybko przywrócona do pionu przez komentujących. Usunęła komentarz a później napisała mi SMS-a " Płacz dalej w internecie! Zobaczymy co zrobisz w sądzie, chamie jeden". Co do sądu - byłem spokojny, mówiłem co i jak. W sumie sędzina zobaczyła chciwość mojej rodziny. Moja siostra - wrzask, krzyk, płacz, lament. Brat - rzucanie mięsem, mówienie jaką to zakałą rodziny jestem, bo mechanik to zawód bez przyszłości, "rodzice" stwierdzili, że się mnie wyrzekają, bo skoro w takiej sprawie nie potrafię uznać tego co "należy się" mojemu rodzeństwu (czyt. mieszkanie po babci), to znaczy, że naprawdę mi odbiło.
Niby jesteśmy rodziną, niby mieliśmy super kontakt, niby wszyscy tacy w mieście "uważani" za dobrych ludzi. Przyszło co do czego, to życie pokazało kto kim jest. A ja? Kończę te smuty i idę spać. Rano czeka mnie demontaż skrzyni i regeneracja dwumasy.
Dwa tygodnie temu powiedziałam chłopakowi, że jestem z nim w nieplanowanej ciąży. Oboje bardzo dobrze zarabiamy, mam ładne mieszkanie po ciotce na własność, a nasz związek zbliżał się do czwartej rocznicy, więc sądziłam, że jakoś byśmy sobie z tym poradzili. Niestety on myślał inaczej.
Uznał, że nie jest jeszcze na to gotowy, nie poradzi sobie jako młody (28-letni) ojciec, a tak w ogóle to pewnie go zdradziłam. Jeszcze tego samego dnia postanowił się spakować i wyprowadzić.
Przelotem powiedział, że nie zamierza też oczywiście płacić żadnych alimentów, a jak poprosiłam go o pieniądze na aborcję, to skwitował to słowami: "przecież to niechrześcijańskiej, nieetyczne i nie pozwoli mi zabić naszego dziecka", po czym zablokował mnie wszędzie, gdzie się dało.
Całe szczęście tylko żartowałam, bo byłam ciekawa, co by zrobił w "kryzysowej" sytuacji i cieszę się niezmiernie, że przetestowałam go, zanim do tego doszło.
Jakiś czas temu postanowiłam zmienić coś w swoim życiu.
Podczas studiów pracowałam w lodziarni w galerii handlowej w jednym z większych miast. Zarobki takie sobie, ale nie była to najniższa krajowa, a i z każdym rokiem zarabiałam więcej. Po studiach postanowiłam poszukać pracy w zawodzie.
Znalazłam pracę w domu dziecka jako "młodszy wychowawca". Wszystko super, rozmowa poszła obiecująco, zaproponowano mi kilka dni wolontariatu, żebym przyszła zobaczyć jak wygląda ta praca, zapoznać się z ogólnymi zasadami oraz żeby stwierdzić, czy się do tego nadaję. Po kilku dniach wolontariatu stwierdziłam, że pomimo wszystko chcę podjąć tę pracę. Jest bardzo trudna i niesie ze sobą bardzo duża odpowiedzialność, trzeba robić tam dosłownie wszystko. Wchodzisz i stajesz się nagle mamą dla 10 dzieci, myjesz je, podcierasz, odrabiasz lekcje, robisz pranie, rozwiązujesz konflikty między dziećmi i między rodzicami, jesteś nazywana k**wą itp. Dbasz o to, żeby dzieci się nie nudziły i przede wszystkim nie pozabijały. Poza tym obciążenie psychiczne, z którego pewnie zdajecie sobie sprawę.
W każdym razie poszłam podpisać umowę o pracę. Okazało się, że moje zarobki za cały etat będą wynosić coś koło 2000 zł na rękę. Czaicie to? Ja więcej za cały etat zarabiałam w lodziarni, gdzie nie było żadnej odpowiedzialności za nikogo. Praca polegała na robieniu deserów, mieszanek, sprzątaniu i uzupełnianiu papierów.
Tak wygląda nasz kraj. :)
PS Kobieta, która pracuje tam 12 lat zarabia tylko 200 zł więcej.
Mam 30 lat, mój narzeczony jest ode mnie starszy o dwa. Jest cudownym człowiekiem, który naprawdę o mnie dba i przy którym czuję się doceniona.
Gdy zaczynaliśmy się spotykać byłam w nim ogromnie zakochana. Jednak z roku na rok coraz bardziej czuję, że nasze wspólne życie nie ma racji bytu. Powodem tego jest jego matka niestroniąca od alkoholu.
Od początku znajomości opowiadał mi o niej i o jej nałogu. Ich relacje przedstawiał jako kiepskie, co później zauważyłam. Nie chciałam go od razu przez to skreślać, gdyż sama pochodzę z rodziny alkoholików. W moim przypadku oboje rodziców nie wylewało za kołnierz. W czym się zatem różnimy? Ja od moich rodziców trzymam się na pewien dystans - nie mam z nimi zbyt dobrych wspomnień ze względu na ich nałóg, po ukończeniu liceum od razu uciekłam do innego miasta i żyłam na własną rękę. Z czasem nasze relacje się ociepliły, lecz nie sposób zapomnieć tamtego okresu.
Adam natomiast wciąż mieszka z matką i mimo, iż przyznaje mi rację, że jest ona toksyczna, nie chce się od niej wyprowadzić ani zmienić pewnych nawyków. Zawsze gdy do niego przyjeżdżałam było nieposprzątane, nieugotowane, bo matka wypita, a on sam nic nie zrobił, bo nie umie. Dom jest zaniedbany, w łazience odpadają kafelki, w kuchni blat jest tak oblepiony, że niczym nie da się go doczyścić. Korytarz to istny tor przeszkód - wszędzie walają się butelki po wódce, śmieci, resztki jedzenia rzucone psu. Dodatkowo jego matka przez wódkę traci rozum, robi coraz większe głupoty i coraz mocniej zagraża sobie i innym. Zawsze gdy mamy gości, wchodzi pijana do pokoju i robi wstyd nam, i sobie. Jest agresywna wobec syna i wobec mnie. Na moje awantury o to tłumaczy, że nie jest w stanie nic z nią zrobić. Coraz więcej cech jej charakteru oraz brak wychowania zauważam u Adama i miałam cichą nadzieję, że po wyprowadzce uda mi się go zmienić.
Mieszkamy od siebie 40 km. Kilka lat temu zdecydowaliśmy, że Adam poszuka pracy u mnie i razem coś wynajmiemy lub poszukamy szczęścia w zupełnie innym miejscu.
Niestety do ubiegłego roku twierdził, że szukał innej pracy ale "nic nie było", a od pewnego czasu zaczął mnie namawiać na wprowadzenie się do niego i jego matki oraz na wspólne wyremontowanie domu, bo po co płacić za wynajem, skoro można zainwestować w coś, co już mamy. W dalszym życiu z tą pijaczką nie widzi przeszkód.
Mogłabym zmienić pracę, ale nie chcę znów pakować się w życie z alkoholiczką ani nie chcę na takie narażać moich przyszłych dzieci. Coraz mniej wierzę w to, że Adam kiedykolwiek "odetnie pępowinę" i będziemy żyli po swojemu. Kocham go i wiem, że to ten jedyny, ale przez moich rodziców nienawidzę alkoholizmu i nie jestem w stanie go tolerować u nikogo. Gdyby Adam miał inne podejście do swojej mamy, to inaczej bym na to patrzyła, jednak jego przywiązanie wskazuje na to, że szybko się od niej nie uwolni.
Znacie takie historie… Mamusia miała synka, mamusia rozpieszczała synka, synek miał wszystko co chciał (pojęcie względne, nie było za dużo kasy, ale wystarczyło się popłakać żeby coś dostać, rozumiecie). Karę synek w życiu dostał jedną, a i tak udało mu się uprosić mamusię o zapomnienie kary po jednym dniu. Kolegów synek nie miał, bo nikt nie lubił rozpuszczonego synka. Znacie takie historie… Mamusia nigdy nie wytłumaczyła synkowi, że czegoś nie wolno, jak inni odbierają jego zachowanie, zawsze było mu wolno. W wieku nastoletnim, synek nie miał żadnych zasad, żadnych obowiązków, żadnych motywacji, a matka zastanawiała się czemu nie słucha i ciągle wszędzie się buntuje, przecież ona go dobrze wychowała… Z reguły takie dzieci zdają sobie sprawę, że są rozpuszczonymi bachorami, poprawiają się i wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Nie w moim przypadku. Zdanie sobie sprawy, że jestem rozpuszczonym bachorem zajęło mi wiele, wiele lat.
Teraz pomimo bycia dorosłym mężczyzną, mężem i ojcem, synek nadal ma problemy w życiu, ponieważ nie zawsze potrafi sobie poradzić z otaczającym go światem, bo mamusi nie chciało się bawić w wychowanie synka…
Tak po prostu, bez morału.
W odpowiedzi na wyznanie #oq5gV9 postanowiłam opisać historię z mojej perspektywy. Przynajmniej myślę, że chodzi o mnie, choć szczegóły są nieco inne (chociażby to, że mam syna, nie córkę).
Byłam w szczęśliwym związku z partnerem, naprawdę dobrze nam się układało. Gdy pierwszy raz trafiłam do szpitala, zaczęło się psuć.
Odwiedzał mnie często, fakt, ale tylko po to by robić mi wymówki, że tak długo wracam do zdrowia. Twierdził, że chcę go do końca wykorzystać, żeby zarabiał na utrzymanie moje i syna oraz opiekował się nami, kiedy ja odpoczywam. Wtedy go tłumaczyłam. „Spadły na niego wszystkie obowiązki” „Przytłacza go praca i opieka nad moim dzieckiem, to zrozumiałe, że mu ciężko”.
Dlatego gdy wyzdrowiałam, wróciłam do moich obowiązków ze zdwojoną siłą. Bo mimo swoich komentarzy, bardzo mi pomógł. Od teraz jednak, wracając z pracy, czekał tylko na posiłek, a potem grał na komputerze lub oglądał telewizję. Nie chciał spędzać czasu ze mną ani z moim synem, stał się burkliwy, a na każde próby rozmowy - wychodził. Potem zaczęły się komentarze - źle gotuję, źle sprzątam (po roku związku zaczął my przeszkadzać zapach płynu do podłóg), obiady przestały mu smakować, a gotowałam dokładnie tak samo. Raz zrzucił wszystko z talerza na podłogę i kazał mi ugotować obiad od początku. Wtedy też to tłumaczyłam. „Ma pewnie stresujący okres w pracy” „Kłótnie w związku są normalne”.
Wtedy drugi raz trafiłam do szpitala i potrzebny był mi przeszczep. Do końca życia będę mu za to wdzięczna, uratował mi życie. Ale moja długa rekonwalescencja go denerwowała. Krzyczał na mnie, żebym myła podłogi klęcząc, bo mopem nie jest wystarczająco dokładnie. Po operacji ta czynność była dla mnie bardzo bolesna, nie mogłam wytrzymać z bólu w tej pozycji. Codziennie przypominał mi, że oddał mi nerkę i muszę robić dokładnie to czego on chce, bo żyję dzięki niemu. Wszystko krytykował, krzyczał, a ja pokornie to znosiłam, bo wierzyłam, że ma rację. Kiedy wyzdrowiałam i mogłam wykonywać bez bólu narzucone przez niego obowiązki myślałam, że teraz kłótnie się skończą, ale było tylko gorzej. Robił „test białej rękawiczki” na górnej framudze drzwi, w listwach, gdzie da się sięgnąć tylko małym palcem. I wtedy do mnie dotarło, że to się nigdy nie skończy. Powiedziałam mu, że tak ten związek nie będzie funkcjonować, ale zaśmiał mi się w twarz i powiedział „droga wolna”. To wyjechałam, razem z synkiem. Nie chcę mieć z nim kontaktu nigdy więcej. A wszystkim, którzy w komentarzach wypominali mi moją „sukowatość” i „podłość” radzę poznać dwie wersje historii przed wydaniem osądu.
Parę miesięcy temu byłam na zakupach odzieżowych w jednym z dużych domów handlowych. Krążąc pomiędzy półkami zauważyłam, że jedna z klientek wychodzi ze sklepu zapomniawszy zabrać duże pudełko, które stało przy jej nogach koło kasy. Niewiele myśląc, chwyciłam zgubę i ile sił w nogach wyleciałam za nią, wyobrażając sobie, jak bardzo będzie jej przykro, gdy okaże się, że w zawieruszonym pudełku było dla niej coś szczególnie ważnego. Nie dałam rady jej dogonić. I to wcale nie dlatego, że wolno biegam. Rzuciło się na mnie dwóch rosłych ochroniarzy, którzy, jak się okazało, gonili mnie przez ostatnich paręnaście metrów.
Musiałam potem długo tłumaczyć się, że wcale nie chciałam ukraść pudła-skarbonki z datkami na lokalny dom dziecka...
Miałam kiedyś dobrą przyjaciółkę. Nasze drogi rozeszły się gdzieś na etapie mojego wyjazdu na studia, z rodzinnej miejscowości. Ona została, znalazła faceta, z którym ma synka. I teraz istnieje coś o czym ona nie wie, a ja tak.
Wróciłam kiedyś, w przerwie między zajęciami, do domu i poszłam na imprezę. Był tam on, jej samiec, bo facetem nazwać go nie mogę. Dobierał się i przystawiał do wszystkich lasek. Widziałam to i poczułam na własnej skórze, gdy próbował pocałować i mnie. Przemilczałam całą sytuację, do czasu. Dowiedziałam się, że on się jej oświadczył, a ona oświadczyny przyjęła. To już nie jest moja przyjaciółka, nie chce się wtrącać, ale zżerają mnie wyrzuty sumienia, że siedzę cicho.
Może mało anonimowe, bo takich sytuacji są tysiące, ale ja to mogę jej udowodnić. Tylko siedzę cicho, bo nie chce ojca dziecku odbierać. I żal mi jej, żal mi dziecka, żal mi siebie, bo czego bym nie zrobiła, będą tą złą.
Mam obsesję na punkcie żeli pod prysznic, a konkretniej ich zapachów. Mam ich kilkadziesiąt, używam w zależności od nastroju.
Trzymam je w łazience w szafce zamykanej na kluczyk w obawie, że któreś z moich znajomych z ciekawości zacznie mi grzebać po szafkach i dowie się o moim dziwactwie.
Pracuję jako kosmetyczka, a mój mąż (niestety) pomaga przy rodzinnym interesie.
Dlaczego niestety? Bo dostaje za to psie pieniądze. Robi tam jak niewolnik, a teść daje mu pieniądze wedle własnego uznania, czasem kilka stów, czasem nic.
Mamy na utrzymaniu dom, dwa samochody, którymi dojeżdżamy, a mąż ma lekką rękę do pieniędzy. Tu komuś pożyczy, tam kupi jakieś pierdoły, tu zasponsoruje dzieciakom kumpla jakiś fast food... I tak pieniądze idą, a ja czasami zastanawiałam się skąd wsiąść na gaz, żeby dojechać do pracy.
Naprawdę miałam dość, mąż wszystko daje z siebie innym (niestety to typ człowieka o złotym sercu). Żadne rozmowy z nim nie pomagały, bo odpowiadał, że to tylko pieniądze, a wdzięczność ludzi i dobra opinia jest ważniejsze. Tia... on w nocy wstawał naprawiać za darmo elektrykę sąsiadowi, gdy poszło jakieś zwarcie, a gdy my prosiliśmy o pierdołę typu kupienie coś w sklepie, bo akurat jechali, to odpowiadali, że nie.
Aż w końcu pieniądze się skończyły. Szefowa zabrała mi część godzin, przez co wypłatę przynoszę o połowę mniejszą. Na początku było ciężko, ale z czasem mąż odkrył, że nie musi każdemu pożyczać, nie musi wydawać na każdą pierdołę, w końcu nauczył się odmawiać.
Co w tym anonimowego?
Szefowa wcale nie ucięła mi godzin, zmieniłam pracę na lepiej płatną, oprócz tego zdarza mi się jeździć prywatnie do klientek. Nasza sytuacja finansowa jest najlepsza od lat. Dlaczego to zrobiłam? Bo miałam dość odmawiania sobie wszystkiego, zapier... jak głupia i że nic z tego nie mam. Więc tak - okłamuję męża, otworzyłam oddzielne konto, gdzie szefowa przelewa mi wypłatę, część z niej wkładam na nasze konto, ale 3/4 ląduje na moim. Mąż prędko nie zauważy, że wracam później, bo sam na ogół wraca po 21, a ja w końcu jestem szczęśliwa, a i konta nie sprawdzi skąd są przelewy, bo nie ma dostępu do bankowości online.
Odłożyłam pieniądze, mam już na remont pokoju dziecięcego, na wyprawkę, mogę sobie pozwolić na odżywkę do włosów, nowszy telefon. Nawet nie wiecie jaka byłam szczęśliwa mogąc sobie kupić loda gałkowego w budce, a nie zwykłego wodnego za złotówkę.
Czuję się źle z tym co robię, a jednocześnie jestem szczęśliwa. W końcu to my korzystamy z naszych pieniędzy (mężowi kupiłam trochę nowych ubrań, bo on i tak sam nie wie co ma w szafce, nawet nie zauważył).
Za jakiś czas zwiększę kwotę przelewaną na konto, ale już chyba nigdy nie przeleję całości. Chcę, by nasze dzieci miały jakieś pieniądze na start, chcę mieć coś na czarną godzinę.
Czy żałuję? Nie, przynajmniej mój mąż nauczył się odmawiać, co uważam za duży sukces, a nas w końcu stać na większe zakupy czy po prostu kupienie sobie normalnych ubrań, a nie latanie po ciuchlandzie, gdy wszystko jest za złotówkę.
Dodaj anonimowe wyznanie