Mam taki niecodzienny sposób, żeby zaczynać dzień. Bardzo, ale to bardzo lubię scenę z filmu "Władca Pierścieni: Powrót Króla", kiedy na polu bitwy pojawiają się jeźdźcy Rohanu. Zjeżdżają sobie w dół do bitwy i drą z całą mocą "śmierć!".
No i ja tę scenę sobie codziennie rano, jak wychodzę z psem, puszczam na maksa na słuchawkach i drę się "śmierć!", zbiegając z jednej górki na opuszczonej polanie.
Tym razem nie byłam sama. Jakaś grupka młodych ludzi (chyba studentów albo licealistów) wraz z prowadzącym, akurat tam mieli jakąś wyprawę. Nie wiem jakim cudem ja ich nie zauważyłam.
Byłam w różowej piżamie, mam 30 lat.
9 lat temu zdiagnozowano u mnie chorobę WZJG, czyli wrzodziejące zapalenie jelita grubego. Dla tych co nie wiedzą o czym mowa, w skrócie: wieczne biegunki z krwią bądź śluzem, wymioty, wieczna anemia oraz omdlenia. Choroba była na tyle agresywna, że nic mi nie pomagało. Wieczne szpitale, leczenie... Aż w końcu 3 lata temu miałam operacje ratowania życia. Czyli usunięcie całego jelita grubego i wyłonienie stomii, a dokładniej ileostomii. Moje życie "legło w gruzach". Nie mogłam uwierzyć, że jako młoda dziewczyna zostałam tak "okaleczona". Popadłam w ciężką depresję i nie wychodziłam z domu, aż do czasu gdy pojechałam odwiedzić mojego chłopaka, który krótko po tym ze mną zerwał (mimo, że prawdopodobnie nie to było tego przyczyną). Zaczęłam mieć myśli samobójcze. Nie widziałam sensu życia z tym "czymś". Myślałam, że nikt mnie takiej nie pokocha, bo skoro nawet chłopak, z którym byłam 4 lata się wycofał, to kto inny by się nie brzydził takiego "czegoś".
Po dłuższym czasie zaczęłam nabywać więcej śmiałości... Zaczęłam się zmieniać i próbować randkować. Wychodziłam na miasto żeby poczuć się "piękna". Aż w końcu miałam kolejną operację usunięcia stomii i wyłonienia zbiornika w brzuchu, który miał funkcję jelita grubego. To był najlepszy dzień w moim życiu. Po mimo ogromnego bólu, powróciłam do siebie i zaczęłam normalnie funkcjonować, a nawet pracować.
W pracy poznałam świetnego chłopaka, w którym się zakochałam i z którym jestem obecnie. Odpowiedziałam mu całą historię. O dziwo zniósł ją dobrze, a nawet bardzo i mówił, że to nic takiego. Po pół roku niestety miałam problemy z moim zbiornikiem na tyle poważne, że wylądowałam w szpitalu i miałam ponownie operacje ratowania życia.
Po obudzeniu się zobaczyłam na brzuchu, że mój największy horror powrócił. Pielęgniarki nie mogły mnie utrzymać... Krzyku co niemiara... Mój chłopak trzymający mnie za rękę, przekrzykując mnie, że wszystko będzie dobrze. Przez cały pobyt w szpitalu myślałam tylko jak popełnić samobójstwo. Nikt nie wiedział co dzieje się w mojej głowie. Udawałam, że wszystko jest okej. Pod koniec pobytu przyszedł mój chirurg, który pokazał mi stronę, na której mogę pisać z ludźmi, którzy przeszli przez to samo. Dzięki tym ludziom zrozumiałam, że to co uważałam za horror, tak naprawdę był cudem. Dzięki temu żyję.
Mój partner i rodzina mnie wspierają. Czekam teraz na moją szóstą operację, która ma ponownie wyłonić zbiornik i pomoże mi czuć się lepiej we własnym ciele. Dla wszystkich, którzy mają stomie czy inny jej "odłam" życzę wam powodzenia! Wiem, że to bardzo wstydliwa choroba i łatwo popaść w depresję, trzymam za was wszystkich kciuki, żebyście mieli siłę żeby trwać.
Pisałam tutaj niedawno, że mam 37 lat, moja córka 18, jestem sama i poznałam fajnego faceta, który ma 28 lat. Dał mi swój numer i zastanawiałam się, czy do niego zadzwonić.
Napisałam tamtą historię pod wypływem impulsu i nie spodziewałam się, że wzbudzi takie zainteresowanie. Dziękuję Wam za liczne komentarze.
Zastanawialiście się czemu wahałam się zadzwonić. Otóż:
- to pięknie brzmi "nie przejmuj się opinią innych", oczywiście. Niestety życie to nie bajka i ludzkie gadanie czasem może je naprawdę uprzykrzyć lub nawet zniszczyć. Jestem nauczycielką. Wszyscy mnie w okolicy znają i muszę mieć nieposzlakowaną opinię, inaczej mogę mieć kłopoty. Jestem już "starą panną z dorosłą córką". Wyobrażam sobie co będzie jak dołączy do tego jeszcze "młody gach",
- on jest starszy od mojej córki tylko o 10 lat. Nie jestem pewna jak by na to zareagowała,
- zawiodłam się kilka razy na mężczyznach, którzy byli już w moim wieku, a nadal pozostawali niedojrzali, a co tu dopiero ktoś młodszy? Bałam się po prostu.
Mimo wielu wątpliwości nie mogłam jednak wyrzucić go z głowy, więc zadzwoniłam. Był zaskoczony, bo trochę czasu już minęło, ale ucieszył się (i nie wydaje mi się aby udawał). Umówiliśmy się.
Tak właściwie to część mnie miała cichą nadzieję, że podczas tego spotkania czar pryśnie. Mogłabym wtedy z czystym sumieniem przestać o nim myśleć.
W świetle dziennym wyglądał na jeszcze młodszego niż w rzeczywistości. Pokazał mi nawet datę urodzenia w dowodzie, żebym nie miała wątpliwości, czy nie zaczął naszej znajomości od kłamstwa. Naprawdę ma 28 lat i najwyraźniej bardzo dobre geny, bo dałabym mu góra 24 (co może stwarzać kolejny, potencjalny problem, bo ja wyglądam na dokładnie tyle ile mam).
Opowiedział mi o sobie, że jest jedynakiem, że jego rodzice są od dawna po rozwodzie i z każdym z nich ma skomplikowane relacje (z różnych powodów). Potem mówił o swojej pracy, która jest jednocześnie jego pasją. Oczy mu błyszczały, a ja wiedziałam, że już po mnie.
Opowiedziałam mu o sobie, a potem niestety czas było się pożegnać. Odprowadził mnie do auta i... tyle. Tym razem nie było szalonych pocałunków. Byliśmy bardziej opanowani. Powiedział, że teraz to on zadzwoni, bo ma już mój numer.
Nie wiem co będzie dalej, co przyniesie przyszłość. Postanowiłam się nie zamartwiać na zapas. Podoba mi się ten facet, zarówno pod względem charakteru, jak i wyglądu. Nadal cudownie mi się z nim rozmawia, nadal uwielbiam jego śmiech i nieco sarkastyczny ton wypowiedzi, no i te oczy. Czar nie prysł, jest tylko gorzej, jakby mnie coś do niego przyciągało. Śmiem twierdzić, że ja też mu się podobam. Zobaczymy, czy coś z tego będzie. W tej chwili się nie martwię, po prostu żyję. Czekam czy zadzwoni. Myślę, że to zrobi.
Jestem przedszkolanką, która lubi dzieci i swoją pracę. Lubię bawić się z dziećmi, śpiewać z nimi piosenki, wymyślam dla nich kreatywne zabawy, uczę literek i staram się jak umiem umilić im każdy dzień w przedszkolu.
Jest jednak jedna rzecz, która mnie irytuje w ich zachowaniu. Chodzi o sposób, w jaki dzieci kolorują malowanki: wychodzenie poza linię, nieodpowiednio dobrane kolory (niebieskie włosy, fioletowe drzewo), część malowanki niepomalowana. Nie oszukujmy się, większość to bazgroły, które nie wyglądają ładnie, ale muszę chwalić, udawać sztuczny zachwyt "jakie piękne", "jakie cudowne", "brawo", "super"... mimo że w duchu czuję zażenowanie tym, na co patrzę. Wiem, że są to maluchy i nie oczekuję malunków na poziomie Picassa. Irytuje mnie bardziej sam fakt udawania, że są wspaniałymi malarzami. Oczywiście jestem od motywowania i chwalenia dzieci, dlatego żadne z moich podopiecznych nigdy nie usłyszy ode mnie bolesnej prawdy, jednak to co zalega mi w sercu wylewam na papier w domu.... i tu zaczyna się anonimowa część wyznania.
Mając 29 lat, kupuję sobie malowanki dla dzieci. Najróżniejsze, ze zwierzakami, owocami, w okresie świątecznym z choinkami i Mikołajem. Wieczorami, weekendami, w wolnych chwilach je maluję. Starannie, nie wychodząc za linie, odpowiednio dobierając kolory, czasem bawię się w cieniowanie. Po skończeniu z dumą patrzę na moje dzieło i chwalę się w duchu za mój "wyczyn". Wszystkie malunki odkładam na półkę, nie wyrzucam.
...A potem przychodzi kolejny dzień, idę do przedszkola i z przyklejonym uśmiechem na twarzy chwalę dzieci za ich cudowne rysunki...
Gdy byłam mała, babcia każdego ranka i wieczora kazała mi odmawiać modlitwę. Strasznie tego nie lubiłam i wymyślałam mnóstwo powodów, by nie mówić po raz setny "Ojcze nasz" i "Aniele Boży".
Pewnego dnia babcia zmarła. Na stypie jakiś wujek dowiedział się o jej próbach nauczenia mnie modlitw i zażartował, że babcia umarła przeze mnie, bo byłam nieposłuszna. Inni dorośli zaczęli się śmiać, a ja przez wiele lat poważnie myślałam, że przyczyniłam się do jej śmierci.
Dwa lata temu poznałam chłopaka przez znajomą. Był cudowny. Chodził do teatru, był bardzo oczytany, jego hobby była wspinaczka, a każdego dnia wysyłał mi wieczorem piosenkę, którą bardzo mi poleca - każda była przepiękna. Byłam szczęśliwa, bo dla mnie był ideałem. Miesiące mijały i zakochałam się do szaleństwa, a słysząc głosy innych - on także. Po roku znajomości byliśmy razem. Byłam pewna, że spotkałam miłość swojego życia. Pasowaliśmy do siebie. Mieliśmy nawet wprowadzać się do wspólnego mieszkania.
Aż pewnego dnia cztery miesiące temu zadzwonił do mnie i powiedział, że musimy natychmiast się spotkać. Pojechałam na umówione miejsce, w którym on już był. Po chwili rozmowy powiedział, że musimy zerwać, bo on już nie może wytrzymać tego, że jestem w jego życiu. Nawrzucał mi, podkreślił moje wady i zaznaczył, że ma nadzieję, że się od niego odczepię. Popłakałam się i byłam zdezorientowana, bo jeszcze dzień wcześniej mówił, że mu bardzo na mnie zależy. Złamał mi serce i przez tydzień codziennie płakałam, ale w końcu uznałam, że nie będę na takiego kłamcę traciła czasu. Kontakt się urwał, nie wiedziałam, co robi ani gdzie się znajduje. Myślałam, że może wyjechał.
Miesiąc temu zadzwoniła do mnie jego matka i powiedziała, że Janek popełnił samobójstwo - powiesił się w piwnicy. Zatkało mnie. Napisał mi list. Byłam i jestem w ogromnym szoku, ponieważ zawsze tryskał energią i nigdy nie wspominał, że źle się czuje. Wtedy przy telefonie, myślałam, że cały mój świat się właśnie zawalił.
Winię siebie za to, że niczego nie zauważyłam i nie pomogłam. Winię siebie za to, że może nie okazywałam mu zbyt dużo uwagi, przez co ominęłam oznaki depresji. Byłam na pogrzebie i czułam się, jakby z nim zakopywano połowę mojego życia, i nadal nie mogę się pozbierać. Codziennie wspominam jego uśmiechniętą twarz i zastanawiam się, co czuł w takich chwilach.
Co było w liście? Nasze wspólne zdjęcie z podpisem, że mnie kocha i, że mnie przeprasza, że to nie moja wina. Ciężko mi teraz, ale staram się żyć dalej, mimo że wieczorami zalewam się łzami. Wiem, że chciałby, żebym była szczęśliwa, ale jedyne co robię w wolnych chwilach, to biorę list ze sobą i odwiedzam go na cmentarzu.
Janek był cudowną osobą. Mam nadzieję, że kiedyś spotkamy się tam na górze i wtedy opowiem mu całe moje życie, a on - jak to on - nie będzie mi przerywał, bo Janek zawsze słuchał, tylko może ja czasem słuchałam za mało.
Przed laty miałam bardzo dziwną obsesję - próbowałam pod każdym względem upodobnić się do swojej znajomej, nazwijmy ją Kasia. Nawet za często z nią nie rozmawiałam, ale z jakiegoś powodu fascynowała mnie ona i wszystko co robi. Może było to spowodowane jej popularnością i powszechnym uwielbieniem ze strony kolegów ze szkoły, w każdym razie robiłam wszystko, by być jej kopią.
Zaczęło się od naśladowania jej ruchów, gestów, sposobu wypowiadania się. Potem malowałam się jak ona, przefarbowałam włosy na podobny kolor. Gdy skróciła włosy, ja zrobiłam to samo. Niektórzy zwrócili na to uwagę, ale przede wszystkim uznali, że bardzo ładnie wyglądam, odkąd zmieniłam styl. To tylko pogorszyło sprawę. Potrafiłam spędzić cały dzień na podglądaniu jej na różnych portalach, na przewidywaniu tego, co będzie robić. Ubrania, kosmetyki, muzyka, seriale, jedzenie - wszystko co ona lubiła, ja też zaczęłam lubić.
W trzeciej klasie liceum obsesja weszła na nowy poziom. Zainteresował się mną pewien chłopak, zaczęliśmy się spotykać. Do teraz nie mogę sobie tego darować, ale chciałam, żeby był... kopią chłopaka Kasi. Wymagałam, by nosił podobne ubrania, by miał takie same zainteresowania, by grał w piłkę itp. Najpierw to olewał, ale później zaczęło go to denerwować i ze mną zerwał. Wtedy nie rozpaczałam z tego powodu.
Ta obsesja trwała mniej więcej do końca zimy, bo przekroczyłam wtedy pewną granicę. Zaczęłam śledzić Kasię i jej chłopaka. Gdy miałam czas, to obserwowałam nawet jej przyjaciółki. Było to okropnie stresujące, ale nie mogłam się powstrzymać. Na swoje nieszczęście mieszkały niedaleko mnie, więc nie było dla mnie problemem iść za nimi przez parę godzin i wrócić do domu przed nocą. Zdarzało się, że wieczorem stawałam przed jej domem i patrzyłam na nią. Jak chodzi po pokoju, przebiera się. Którejś nocy z domu wyszedł jej ojciec, spanikowałam i uciekłam. Wtedy postanowiłam, z ciężkim sercem, dać sobie spokój z tą obsesją. Później miewałam fazy na kopiowanie innych ludzi, ale już bez przekraczania takich granic.
Wstyd mi, gdy pomyślę o tym licealnym stalkowaniu, ale z drugiej strony, gdyby nie ono, to może nadal byłabym niezadbaną szarą myszką bez przyjaciół. Kasia, choć nieświadomie, pomogła mi się zmienić.
Mam nadmiernie czuły węch. Niby nic takiego, ale jest bardzo męczące.
Idąc ulicą czuję gdzie nasikał pies i każda niesprzątniętą psią niespodziankę. W publicznych toaletach nie mogę oddychać. Wędlina po jednym dniu w lodówce, dla mnie jest nie do zjedzenia. Jeśli ktoś jest choćby leciutko spocony, to mam problem wytrzymać w jego obecności. Nie jestem w stanie podróżować komunikacją miejską, bo mam wrażenie, że czuję każdego żula, który kiedykolwiek tam był.
Kiedyś siedząc na ławce w parku poczułam wyraźny zapach padliny, zainteresowało mnie to i zaczęłam szukać źródła. Parę metrów dalej znalazłam pogryzioną kostkę kurczaka. Po powąchaniu potrawy jestem w stanie wymienić każdą przyprawę użytą przy gotowaniu. Jestem w stanie rozpoznać znajomego mi człowieka tylko po zapachu, nawet jeśli nie użył perfum. A jeśli użył perfum będę je czuć z kilku metrów i jestem w stanie podać nazwę, jeśli kiedykolwiek w życiu je wąchałam. Jeśli w galerii muszę przejść obok perfumerii czuję się otumaniona i przez chwilę muszę dochodzić do siebie.
Czytałam, że papierosy przytępiają węch, więc próbowałam palić, ale każdego papierosa czułam na sobie do następnej kąpieli, a czasem nawet po, więc była to tortura. Jestem w stanie powiedzieć czy śmieciarka już jechała czy nie, tylko po zapachu na ulicy jakiś czas później. Nie chcę chodzić z zatyczką do nosa, bo każdy kto miał katar wie jakie to męczące. Jakieś porady, jak trochę przytępić węch?
Czasami przed kąpielą udaję, że jestem tancerką erotyczną i zamiast po prostu się rozebrać, tańczę, w moim mniemaniu, bardzo ponętnie i powoli zdejmuję z siebie ubrania.
Strasznie mnie to podnieca, ale nie potrafiłabym tak zatańczyć przed moim facetem.
Ostatnio było wyznanie o psie, który ma uraz związany ze zmywarką. Przypomniała mi się w związku z tym historia z moim poprzednim psiakiem.
Często przygotowywałam mu coś oprócz typowej psiej karmy, żeby miał jakieś urozmaicenie - a to smażyłam wątróbkę, a to porcje rosołowe. Zwykle jak byłam na zakupach, to kupiłam więcej i wrzuciłam do zamrażarki „na potem”. Oczywiście potem znów byłam na zakupach… Tym sposobem cała zamrażarka w psim żarciu, bo ja raczej jadłam wszystko na bieżąco. Czasami zabierałam się za jej oczyszczanie, a pies jest bystry, więc po jakimś czasie ogarnął, że zwykle jak wyciągam coś z zamrażarki, to potem to smażę i on ma kolację - w efekcie na sam dźwięk otwieranej zamrażarki zwykł przybiegać i czatować.
Dostałam od znajomych sporo mięsa z prywatnego uboju, no to gdzie to upchnąć? Do zamrażarki naturalnie. Pękała w szwach, ale jakoś ją (na siłę) domknęłam. Kiedy kilka dni później otworzyłam ją, żeby zrobić psu kolację, drzwiczki jednej z półek z trzaskiem odpadły, a z wnętrza dosłownie wystrzeliło kilka sporych kawałków mrożonego mięsa.
Pies, który był tuż obok mnie (i chyba jednym kawałkiem nawet dostał), zwiał z kuchni z podkulonym ogonem. Od tamtej pory była odwrotna tendencja - jak widział, że będę otwierać zamrażarkę, wyprowadzał się z kuchni.
Dodaj anonimowe wyznanie