#LeQve

Jestem kobietą, po 30, z dwójką wspaniałych dzieciaków, mężatką ze wspaniałym pożyciem małżeńskim, z dobrą pracą. Jestem spełnioną kobietą, zadowoloną ze swojego życia.
Dwa miesiące temu do naszej firmy przyszedł chłopak, a we mnie aż się gotuje. Nie śpię po nocach, a jak już śpię, to on mi się śni. Nie mogę jeść, nie mogę myśleć. Kiedy muszę iść do jego działu, aż cała się trzęsę z podekscytowania. Zachowuję się jak napalona nastolatka i nie wiem co ze sobą zrobić.

Tak anonimowo musiałam komuś się wygadać.

#KEBv9

UWAGA, będzie obrzydliwie. Osoby wrażliwe i/lub jedzące uprasza się o nieczytanie.

W mojej rodzinie kobiety zawsze miały problemy z cerą, przez co większość ciotek czy kuzynek, które minęły już trzydziestkę, wygląda na dużo starsze, niż są w rzeczywistości. Moja mama i siostra również, mimo wizyt u specjalistów, ton kosmetyków bardziej i mniej naturalnych, nigdy nie osiągnęły ładnej buzi bez przebarwień czy syfów. Mnie zaś udało się przełamać tę klątwę. Jak? Tutaj właśnie zaczyna się obrzydliwa część wyznania.

Otóż będąc nastolatką przeczytałam gdzieś, że mocz dobrze wpływa na regenerację skóry. Kompletnie zdesperowana, przy najbliższej wizycie w toalecie zamoczyłam palce w gorącej cieczy i rozsmarowałam ją sobie po twarzy. Śmierdziało, trochę gdzieniegdzie szczypało, ale nie zniechęciłam się. Powtarzałam swój mały rytuał najpierw codziennie, potem raz w tygodniu i robię tak do dziś. Kilka minut w toalecie, by mocz się wchłonął, potem dokładne mycie twarzy i voila. Moja cera może nie jest idealna, wciąż zdarzają się gdzieniegdzie zatkane pory i raz na miesiąc pojawi się pojedynczy wyprysk, ale mimo to mam o wiele mniej zmarszczek niż moje rówieśnice. Poza tym miło ciągle słyszeć, że mam dziesięć lat mniej niż w rzeczywistości.

#Lb2Hb

Nigdy nam się w domu nie przelewało. Słodycze dostawaliśmy od święta, ale jako dziecko wpadłam na genialny pomysł, aby w telewizorze zrobić małą dziurkę, taką, żeby przełożyć rączkę i kiedy by reklamowali smakołyki, to po prostu je sobie wyciągać z tego magicznego pudełka.
Rodzice przyłapali mnie z młotkiem w dłoni, do dziś im wmawiam, że wcale nie chciałam rozwalić telewizora.

#jvDh4

Nigdy nikomu o tym nie powiedziałam, ukrywam to już baardzo długo.

W czasach szkolnych mieszkałam w internacie. Któregoś wieczoru na kolację była potrawa, po której zawsze mam biegunkę. Nie chcąc na drugi dzień iść do szkoły, spałaszowałam kolację. Z samego rana wiadomo. Byłam blada i drżałam. Telefon do rodziciela, decyzja: zostaję w internacie. O godz 9:00 jak co dzień obchód po pokojach robiła kierowniczka. Szczerze nienawidziłam kobiety za sprawy, których nie mogę ujawnić (współlokatorzy mogliby rozpoznać). Wyjaśniłam kierowniczce sytuację, a także potwierdziłam zgodę rodzica na pozostanie w pokoju. Usłyszałam, że absolutnie, kategorycznie dla niej nie liczy się decyzja rodzica i mam iść natychmiast do lekarza.

W drodze do przychodni obmyślałam zemstę. U lekarza wyjaśniłam co mi jest. Padło pytanie: posiłki jesz ze stołówki internatu? Oczywiście, pani doktor. Wróciłam do pokoju, pokazałam kierowniczce zwolnienie i poszłam do pokoju. Na drugi dzień w szkole zostałam wywołana przez dyrektora z lekcji. Spotkałam się w gabinecie z dwiema kobietami, które przeprowadziły wywiad. Szybko pojęłam kim są. Zaczęłam opowiadać, że często w internacie choruję, dodatkowo w wieczór przed moją wizytą u lekarza kilka osób po kolacji też się źle czuło.

Po jakimś tygodniu wezwała mnie na dywan kierowniczka internatu. Wytrząsała się, że jak mogłam, przeze mnie była drobiazgowa kontrola w internacie z sanepidu. Trwało to kilka minut. Po czym wzięłam głęboki wdech i odpowiedziałam: "Proszę pani, chciałam po prostu zostać w pokoju i dojść do siebie, rodzice wyrazili zgodę i wiedziała pani o tym. Jednak mimo to kazała mi pani osłabionej iść do lekarza, sama jest pani sobie winna. Ja nic nie zrobiłam i to nie moja wina". Przez kilka dni była afera, każdy dopytywał, w tym opiekunki internatu, co się stało i jak się to stało. Ja odpowiadałam, że nie wiem, ja tylko poszłam do lekarza, tak jak kazała pani kierownik.

Wiecie, że nie żałuję tego? Tym bardziej, że wykryto kilka niezgodności i internat dostał karę finansową.

#gq2rB

Ostatnio znalazłem świnkę morską na śmietniku. Była wsadzona do kartonu, więc zauważyłem ją od razu. Zabrałem biedactwo do domu i nagle stałem się bohaterem w rodzinie. Rodzice byli ze mnie dumni za uratowanie zwierzaka i zgodnie stwierdzili, że Lumpek zostaje z nami. Wujek kupił mi dla niej klatkę, a dziadkowie dołożyli się do wyprawki. Lumpek ma się dobrze, a ja jestem szczęśliwy. Co w tym anonimowego?

Moi rodzice nigdy nie pozwalali mi na zwierzaka. W akcie desperacji odkupiłem spasionego Lumpa na olx od jakiejś madki, której to dziecko znudziło się zabawką. Sam wsadziłem świnię do kartonu i udawałem, że ją znalazłem, nie kryjąc oburzenia.
Sam nawet nie sądziłem, że to kłamstwo się przyjmie.

Mam 19 lat.

#xDo2c

Wigilia u mnie w domu rodzinnym nigdy nie była miłym, ciepłym spotkaniem z krewnymi. Co roku są kłótnie między ciotkami, niemiłe komentarze, a na koniec obrażanie się na siebie.
Prawdziwej "magii" świąt doświadczyłam w domu mojego byłego męża.

Mam ośmioletnią córkę i mieszkam obecnie u rodziców, nie chciałam i nie chcę, by moja córka spędzała święta u moich rodziców, sama nie chcę takich świąt, dlatego od czasu rozwodu pracuję w wigilię oraz Boże Narodzenie. Z córką i rodzicami łamię się opłatkiem przed przyjściem rodziny, a następnie młodą odwożę do ojca, gdzie spędza święta. Choć jesteśmy po rozwodzie i był fatalnym mężem (mąż mnie zdradzał), to ojcem jest bardzo dobrym. Byli teściowie kochają wnuczkę, a ona ich. Wiem, że młoda jest zadowolona z takiego obrotu sprawy.

Za pracę w dzień świąteczny mam do "odebrania" dwa dni wolnego, czyli pracując te trzy dni świąteczne, mam sześć dni dodatkowego wolnego, z których korzystam w czasie gdy dziecko ma ferie, drugi tydzień ferii spędza z ojcem.

Rodzina nie ma pretensji, bo pracuję, ja się nie męczę, córka ma magiczne i spokojne święta, a nawet mój szef jest zadowolony, bo zawsze były problemy kto przyjdzie do pracy w te dni.

Tylko trochę mi żal, że muszę kłamać rodzinie i rodzicom o tym, że nie mogę mieć wolnego w święta.

#jrnqJ

Mam 24 lata i jestem emocjonalnym dzieckiem. Boję się dorosłości i bronię się przed nią rękami i nogami. Nie chodzi o to, że jestem życiową ofiarą - pracuję, radzę sobie, nie mam wyjścia. Od dwóch lat jestem w związku z 8 lat starszym mężczyzną. Do tej pory dziwię się, co on we mnie zobaczył - jesteśmy różni, ale dobrze się dogadujemy, chociaż ostatnio z tym gorzej.

Otóż mój facet nalega na to, żebyśmy ze sobą zamieszkali. Dla mnie to zdecydowanie za szybko, uważam, że mamy na to jeszcze dużo czasu. Poza tym jakkolwiek dziwnie to zabrzmi - przeraża mnie perspektywa takiego dorosłego życia z partnerem, dzielenia się obowiązkami i bycia ze sobą przez większość czasu. Wolę jak jest tak jak teraz, chociaż najchętniej cały czas mieszkałabym ze swoimi rodzicami. Oni niestety kilka lat temu wyjechali za granicę, a ja strasznie za nimi tęsknię. Bywają takie dni, że potrafię przeleżeć pół dnia w łóżku i płakać z tęsknoty. Kocham mojego faceta, ale z drugiej strony mam wrażenie, że jestem za młoda na związek, zobowiązania, poważne sprawy. Chciałabym wstać rano, zjeść śniadanie, spakować się i iść do szkoły, a po południu wrócić do domu, zjeść obiad, odrobić lekcje i spędzić wieczór z rodzicami. Nie cieszy mnie dorosłość, samodzielność, niezależność. Uważam, że to przekleństwo. Moje hobby to jazda na desce, granie na PS, kolekcjonowanie komiksów. Nie interesuję się polityką, finansami, gospodarką. Mam w nosie to, że wszystko drożeje (na tyle dobrze zarabiam, że spokojnie żyję sobie na przeciętnym poziomie). Kiedy mój facet zaczyna snuć plany na przyszłość, mnie od razu boli głowa i robi mi się niedobrze. Mówi, że chciałby wziąć ze mną ślub i mieć dzieci. Jak sobie pomyślę, że miałabym zostać matką, to robi mi się słabo, bo nie traktuję siebie jak kobiety, tylko jak dziecko.

Najchętniej cofnęłabym czas i zatrzymała go w miejscu, żeby już do końca życia zostać małą dziewczynką, za którą ktoś jest odpowiedzialny. Nie znam nikogo, kto miałby tak jak ja. Moi rówieśnicy ekscytują się wyprowadzkami z domu, biorą śluby, rodzą dzieci. Ja tak nie chcę. Coraz częściej mam czarne myśli, przeszło mi także przez myśl, żeby zacząć udawać chorobę i ściągnąć moich rodziców do Polski, wtedy byłabym najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi.

#OuYrd

Pewnie niektórzy z was, będąc małymi brzdącami, chcąc coś dostać, z niepohamowaną zaciekłością rzucali się na podłogę, tarzali się i płakali. Ja nigdy tego nie robiłem. Kiedy mama mi czegoś odmówiła, w środku nocy (często zmieniałem godziny) przebierałem się za ducha i przychodziłem do jej sypialni, puszczałem w tle dla urozmaicenia jakiś utwór muzyczny z akompaniamentem darcia ryja typu heavy-metalowego i napieprzaniem na gitarze. Krzyczała, mówiła, że jestem nienormalny i szła spać.

Kiedyś przyjechali do nas goście, jej rodzice. Po moim przywitaniu babcia miała objawy przedzawałowe, a dziadek rozbił na mnie wazon.

Z czasem mi przeszło, bo nigdy nie dostawałem tego, czego mi odmówiła.

#BZk2a

Nie lubię wyjazdów z dziećmi. Pewnie nie jestem sama i znajdzie się sporo osób myślących podobnie, ale głupio mi przyznać się do tego przed mężem i rodziną.


Prawda jest taka, że od dnia przyjazdu na "niby wypoczynek", odliczam dni do wyjazdu. Wkurzam się, że w domu ogarnięcie dzieci (3 latka i roczek) jest banalnie proste, a w obcych miejscach trzeba się organizować na nowo i spoczywa to najczęściej na mojej głowie. Mąż zawsze cieszy się na myśl o wyjeździe i podładowaniu baterii, a ja chcę to mieć jak najszybciej z głowy i wrócić na swoje śmieci. Nie mówię mu o tym, żeby nie sprawić mu przykrości i żeby faktycznie mógł wypocząć, bo na co dzień ciężko pracuje.
Dodaj anonimowe wyznanie