Nie jestem w stanie pojąć sensu petard na sylwestra. I nawet nie chodzi o to, że zwierzęta się boją i się stresują, ale o to, jakie ktoś czerpie korzyści z rzucania petardami.
Fajerwerków nie puszczam, ale rozumiem, że komuś mogą się podobać efekty na niebie, kolorki itp., nie neguję. Ale petardy? Jaką ktoś czerpie radość z rzucania petardami? Jedyne co uzyskuje to huk na pół dzielnicy i nic więcej. W dodatku przecież niemało było przypadków, gdzie petarda oderwała komuś pół palca...
Najgorsze jest to, że petardami bawią się głównie dzieci i nikt nie pilnuje zakazu sprzedaży pirotechniki nieletnim
Nie wiem na ile anonimowe jest moje wyznanie - dla mnie jest, może dlatego, że nie mam z kim o tym pogadać, bo nie chcę wyjść na zazdrosną jędzę...
Mam problem z byłą dziewczyną mojego faceta - byli ze sobą krótko, 3 miesiące, dawno temu, ona jest od niego sporo młodsza i niby stwierdzili oboje zgodnie, że przeszkadza im różnica wieku, więc się rozstali. Krótko po tym M poznał mnie i wygląda na to, że związek kwitnie, jesteśmy razem ponad 3 lata, mieszkamy razem. Ale, jest jedno ale... Jego była dziewczyna nie zniknęła z jego życia, tylko ciągle się w nie wprasza. Moim zdaniem udaje przyjaciółkę, a tak naprawdę szybko pożałowała, że ich związek stal się przeszłością.
Pisze do niego SMS-y, niby przypadkiem wpada na niego na mieście, ciągle ma jakiś problem, który on musi pomóc jej rozwiązać. Wypisuje i wspomina "stare dobre czasy", jakiś ich wypad nad morze, wycieczki, imprezy. Mój facet twierdzi, że to normalne i nie ma w tym nic złego, mówi, że się z nią tylko przyjaźni, ich związek to przecież przeszłość. Na moje prośby zakończenia tej znajomości zbywa mnie mówiąc, że nie robi nic złego.
Wiem, że nic między nimi nie zaszło, ale jestem zazdrosna jak cholera, wiem, że ona robi to specjalnie, potrafi napisać do mnie, że umówiła się z nim na kawę, pokazując swoją wyższość i śmiejąc mi się w twarz, bo wie, że nic nie mogę zrobić. Jestem wściekła i żądna zemsty, mam czasem takie myśli, żeby spotkać ją gdzieś w ciemnej uliczce i sprać na kwaśne jabłko, żeby tylko odwaliła się od nas i dała mi żyć.
Tak, jestem zazdrosna, czy to dziwne? Mój facet przyjaźni się ze swoją młodszą o 10 lat byłą dziewczyną, która ode mnie również jest dużo młodsza i ładniejsza. I mam czasem wrażenie, że on robi to specjalnie i złośliwie, żeby mi dokopać i pokazać jak niewiele warta jestem dla niego, skoro pomimo moich próśb nadal się z nią "przyjaźni". Ja sama już w to wierzę, moje poczucie własnej wartości jest równe zeru. Podpowiedzcie, co zrobić, jak się zemścić na małpie, żeby poszło jej w pięty?
Jakiś czas temu skończyłam 30 lat. Nie powiem, poczułam się trochę staro. Kiedy wzięłam pod uwagę fakt, że nadal nie znalazłam sobie partnera życiowego, złapałam trochę dołka. Na szczęście wyleczyłam go zaledwie w dwa dni. Tyle czasu czekałam na moją imprezę urodzinową, na której pani barmanka nie sprzedała mi piwa, ponieważ nie miałam przy sobie dowodu osobistego. Ta kobieta nawet nie wie, jak bardzo podniosła mnie na duchu.
Moja siostra wpadła w złe towarzystwo. Imprezy, alkohol i nie tylko. Zmieniła się nie do poznania, a kiedyś jako dzieci byłyśmy nierozłączne. Wtedy ona stała się inną osobą i stałyśmy się dla siebie obce. Nie skończyła nawet szkoły. Miała dość naszego marudzenia (mojego i rodziców), więc szybko wyprowadziła się z domu do swojego chłopaka, który... no nie był dobrą partią. Typowy zły chłopiec, imprezowicz, kiedyś nawet handlował.
Siostra wpadła z nim, chciała zatrzymać dziecko. Myślałam, że będąc mamą się ogarnie, ale nie. Większy porządek był w żulowni niż w ich mieszkaniu i wcale nie przesadzam. On ciągle zmulony, a siostra potrafiła dzwonić w nocy do rodziców, że mają przyjść po tego bachora, bo ona nie daje rady. Tak, własne dziecko nazywała bachorem. Moja siostrzenica chodziła głodna, brudna. Obawiałam się, że coś jej się stanie w tej patologii. Każdy z rodziny wiedział, co się dzieje, że nawet moja siostra zaczęła brać i pić, że nie daje sobie rady z tym dzieckiem. Nikt nie reagował, bo byli zdania, że gdyby dziecko im zabrali, to byłaby katastrofa.
Pewnego dnia siostra zjawiła się pod naszym domem z płaczem, że opieka społeczna zabrała jej córkę. Krzyczała, że to ktoś z sąsiadów musiał na nią zgłosić. Teraz nagle mówiła jak bardzo kocha swojego dzieciaczka, którego wcześniej miała cały czas totalnie gdzieś. Dziecko trafiło pod opiekę do mojego wujka, a siostrze zostały odebrane prawa rodzicielskie. Nadal bardzo cierpi, ale nic się nie zmieniła i cały czas siedzi ze swoim kochanym partnerem życiowym.
Anonimowe w tej historii jest to, że to żaden sąsiad ich nie zgłosił. Zrobiłam to ja, bo nie mogłam patrzeć na krzywdę tego dziecka i nie żałuję tego. Sądzę, że postąpiłam dobrze, a dziecko nie poszło do domu dziecka, a pozostało na całe szczęście w rodzinie.
Na pewno każdy z was słyszał w życiu historie o osobach, które zostały wyrzucone z domu przez swoich głęboko wierzących rodziców za to, że były ateistami. U mnie było podobnie.
Tyle że na odwrót.
Wychowałam się w zdecydowanie inteligenckiej rodzinie - mój pradziadek wykładał przed wojną na jednym z najstarszych polskich uniwersytetów. Jego wnuczka, a moja matka, lekarka, poszła w jego ślady i oprócz leczenia ludzi również wykładała, a ponadto jeździła na międzynarodowe konferencje na całym świecie. Ojciec był naukowcem.
Generalnie gdyby prześledzić moje drzewo genealogiczne, to są nim pokolenia osób wybitnych w różnych dziedzinach.
Łączyło ich od zawsze jedno - ateizm, konsekwentnie wpajany od najmłodszych lat i przekazywany z dziada pradziada. Ja również nie byłam wyjątkiem od reguły i według tradycji rodzinnej miałam przejąć intelektualną spuściznę razem z poglądem na świat, według którego Boga nie ma, a religia to szkodliwy zabobon i opium dla ludu, którym karmi się społeczeństwo. Tak się jednak nie stało. Już od podstawówki ciekawiła mnie religia, pamiętam, jak raz po lekcjach z duszą na ramieniu udałam się do pobliskiego kościoła, zaciekawiona tym, co też się tam może dziać. Tak mnie urzekła atmosfera tego miejsca, że zostałam do końca mszy. Potem zdarzyło mi się tak wymykać wiele razy. Gdy byłam większa, zaczęłam poszukiwać informacji w internecie o wierze w Boga, czytałam potajemnie Biblię i byłam zachwycona wizją życia po śmierci, która prezentowała się o niebo lepiej niż pustka i nicość, czekające mnie po śmierci według moich rodzicieli.
W liceum w tajemnicy przed rodzicami zapisałam się na religię. Wtedy byłam już pewna, że wierzę i chcę być częścią Kościoła. I wtedy moi rodzice dowiedzieli się na jednej z wywiadówek o moim uczęszczaniu na religię. Zgłosiłam się jako chętna na pielgrzymkę, a ksiądz postanowił poruszyć jej temat na tymże zebraniu, wyczytując nazwiska chętnych. Nie chcę opisywać tego, co się działo później, ale efekt tego wszystkiego był taki, że w wieku niespełna 17 lat zostałam osobą bezdomną. Nikt z mojej rodziny nie chciał mnie znać, wszyscy się odwrócili. Na szczęście jedna z koleżanek z klasy, wiedząca o mojej sytuacji, okazała serce i przyjęła mnie do siebie za aprobatą swojej rodziny.
Od tamtego czasu minęło już kilka lat. Dziś jestem szczęśliwą osobą, zaręczoną z mężczyzną, który również wierzy. W przyszłym roku bierzemy ślub. Kościelny, więc raczej nie mam co liczyć na obecność moich rodzicieli. Zresztą wiem, że nawet gdybym wysłała zaproszenie, pewnie nawet by go nie otworzyli. W końcu minęło już tyle lat, a oni ani razu nie dali znaku życia od tamtych wydarzeń...
Miałem wypadek samochodowy, zabrała mnie karetka. Jadąc do szpitala, mieliśmy wypadek samochodowy...
Historia wydarzyła się ponad 7 lat temu, fakt kolejnego nowego roku boleśnie to przypomina.
7 lat temu źle się czułam, zwalałam wszystko na zmęczenie i brak dużej dawki snu, jednak gdy wciąż było nie halo, udałam się do lekarza. Właśnie w sylwestra w 2012 diagnoza - rak. Pół roku wcześniej były zaręczyny po wielu latach związku na "kocią łapę". Trudno, trzeba było zacząć walkę, myślę sobie "dam radę, bo jak nie ja to kto!".
Niestety pierwszy strzał był od mojego narzeczonego - "musimy się rozstać, nie chcę być z kimś chorym, nie będziesz już normalnym człowiekiem".
Pierwsza myśl, że, cholera, dobrze, że teraz, a nie po ślubie. Załamanie przyszło po 11 miesiącach, jednak powiedziałam sobie, że nie poddam się, będę walczyć dalej.
Walczyłam - udało się. Jestem zdrowa, jednak badania powtarzam i tu zaczyna się problem. Nikt nie chce się związać z kobietą, która przeszła raka. Gdy panowie dowiadują się po jakimś czasie, że byłam chora, uciekają gdzie pieprz rośnie. Pracuję, cieszę się życiem, doceniam życie, jednak nie mam z kim tej radości dzielić.
Próbowałam wszystkiego - szybkie randki, znajomi znajomych, nie chodzę i nie biadolę, że byłam chora, po prostu gdzieś w trakcie znajomości to wychodzi, a mężczyźni dosłownie uciekają. Próbowałam kilka razy, ale zawsze kończyło się tak samo. Jakby każdy, kto miał kiedyś raka, był osobą, która potrzebuje pomocy.
Ja walczyłam bardzo zaciekle, nie poddawałam się. Jednak ten nowy rok jest dla mnie strasznie, strasznie ciężki i pierwszy raz w życiu mam ochotę się poddać... Tym bardziej że wczoraj dostałam wyniki i znów będę musiała walczyć...
Nigdy nie miałem zbyt dobrych stosunków z moim ojcem. Zawsze jakoś się tarliśmy, chyba nasze charaktery są zwyczajnie zbyt podobne do siebie, dlatego nie mogliśmy nawiązać nici porozumienia. Kiedy tylko wyjechałem na studia, ograniczyłem swój kontakt z tatą do minimum. Oczywiście, przyjeżdżałem do domu i wciąż miałem świetną relację z mamą – bardzo ją kocham i cieszę się, że w przeciwieństwie do ojca, potrafiła mnie w każdym momencie mojego życia wspierać.
Ostatnio w moim życiu się sporo pozmieniało. Choć wcześniej wydawało mi się to nierealne, to w końcu poznałem kobietę, z którą wyobrażam sobie spędzić resztę życia. Kocham Anię i bardzo chciałem przedstawić ją rodzinie, dlatego po latach zdecydowałem się przyjechać do domu na wigilię. Mama bardzo się ucieszyła, aż popłakała się ze szczęścia i nie ukrywam, że ja też. Bardzo tęskniłem za świętami w jej towarzystwie. Było to dla mnie trudne przez lata spędzać święta ze znajomymi, a nie z rodziną, ale niechęć do ojca przewyższała inne uczucia. Kiedy moja Ania poprosiła mnie, bym spełnił w te święta jej jedno życzenie i przedstawił ją mojej mamie, nie wahałem się zbyt długo. Przyznam, że zmieniłem się trochę dzięki tej miłości i coś we mnie drgnęło - poczułem się silny, odporny na przytyki ojca na tyle, by pojechać do domu z moją narzeczoną.
I wiecie co? Stała się rzecz niesłychana. W życiu nie powiedziałbym, że mój ojciec zachowa się tak kulturalnie i będzie taki miły. Poczułem się, jakbym rozmawiał z jakimś nowym człowiekiem. Najwidoczniej on również sporo się zmienił na przestrzeni ostatnich kilku lat. Jestem bardzo szczęśliwy, że dałem się Ani przekonać i przełamałem się, jadąc do domu. Nie mówię, że będę się teraz z ojcem przyjaźnić, ale przynajmniej porozmawialiśmy normalnie, jak ludzie, po tylu latach. Powiem Wam, że to najlepszy prezent, jaki mogłem dostać na te święta. Polecam każdemu, próbę przełamania się i rozmowy z rodzicem. Oni czasem naprawdę potrafią się zmienić i zrozumieć swoje błędy…
Ogólnie jest tak, że lubię zwierzęta i nie jestem obojętna na ich krzywdę. Sama wielokrotnie wpłacałam i wpłacam na rzecz zwierząt lub schronisk. Zanoszę karmę i koce. Rozpieszczam zwierzęta członków rodziny i znajomych. I co w związku z tym? Nie toleruję psa, którego mąż wziął do domu bez mojej zgody. Powiecie: "a co, to twój tylko dom? Ograniczasz męża, bla, bla, bla..". No to parę słów o tym, jak OPIEKUJE SIĘ przygarniętymi zwierzętami mój mąż i reszta rodziny.
Mąż nie mógł odmówił znajomemu i wziął dwie szynszyle. Gdybym nie ogarnęła klatki, karmy i innych akcesoriów, byłoby z nimi źle. To ja czyściłam klatkę, wymieniałam ściółkę, kupowałam jedzenie, on nic... Tylko się z nimi bawił. Planowaliśmy kolejne dziecko, a on zapragnął psa, żeby dziecko chowało się z psem, bo u niego w domu rodzinnym zawsze był pies, choć na sporym podwórku. On wziął tego psa, ja zaszłam w ciążę. Obiecał, że będzie pomagał w porządkach i w ogóle. Ten pies gubi mnóstwo sierści. Będąc nawet w 9 miesiącu ciąży na kolanach zbierałam wiecznie walające się kłaki. Jego to nie ruszało, bo mu kłaki nie przeszkadzają. Puszki z żarciem też kupowałam i kupuję ja. Muszę wychodzić z nim wieczorem i rano też, bo mąż jeszcze śpi. Ten pies często sika w domu i też ja to muszę sprzątać... W sylwestra prosiłam, żeby zamknął psa w garażu, który jest dość dobrze wyciszony, ale nieeee. Pies został w domu i zalał całe mieszkanie, a ja z mopem musiałam latać.
Mam dość. To nie fair. Mówiłam otwarcie, że nie chcę psa, bo wiem jak to będzie, a on musiał na swoim postawić. Obiecał, że to on się nim zajmie i będzie sprzątać.
Naprawdę nie mam nic przeciwko trzymaniu psa w domu, spaniu z nim w jednym łóżku, jedzcie nawet z jednego talerza albo się razem kąpcie. Wasza sprawa. Ale ja mam dość i tego psa, i dziecinnego i nieodpowiedzialnego podejścia męża.
Kiedy miałam jakoś 12 i nie było w domu rodziców, udawałam razem z bratem, że uprawiany seks. Nie wiem skąd ten pomysł się pojawił i które z nas na to wpadło. "Bawiliśmy się" tak za każdym razem, pamiętam tylko, że kilka razy miałam orgazm... Najlepszy seks tylko w ciuchach :)
Dodaj anonimowe wyznanie