Mam 19 lat i jestem beznadziejnie zakochany w kobiecie starszej ode mnie o dziesięć lat, mającej kilkuletnie dziecko.
Zaczęło się zupełnie zwyczajnie, wprowadziła się do mieszkania vis a vis mojego. O czym nawet nie wiedziałem, bo poza uczelnią raczej nie wychodzę z bloku i nie czułem potrzeby kontaktu z sąsiadami.
Pewnej niedzieli usłyszałem dzwonek. Po otwarciu ujrzałem ją. Dosłownie najpiękniejszą kobietę, jaką widziałem w życiu. Chodzący ideał złożony ze wszystkich cech wyglądu, które najbardziej lubię.
Jak już się otrząsnąłem z szoku i wróciłem do rzeczywistości, okazało się, że chciała pożyczyć cukier, bo piekła ciasto, a sklepy zamknięte. Przy wyjmowaniu paczki cukru z szafy tak mi się ręce trzęsły, że zbiłem dwa talerze, co na pewno musiała słyszeć. Wręczając cukier coś tam bezładnie wydukałem i poszedłem użalać się nad sobą i swoją nieumiejętnością zachowywania się jak człowiek.
Jakie było moje zdziwienie, kiedy jakiś czas później ponownie usłyszałem dzwonek i zostałem zaproszony na owo ciasto.
Wtedy też poznałem jej sześcioletniego syna i dowiedziałem się, że wbrew swojej powierzchowności, ona wcale nie jest w moim wieku.
W trakcie rozmowy okazało się, że przy okazji nieziemskiej urody jest też inteligentną, wspaniałą i ciepłą osobą. Naprawdę rozmawiało nam się świetnie, jakby różnica wieku nie istniała.
Później wszystko rozwinęło się pozornie normalnie. Ot, kilka razy w miesiącu spotykaliśmy się na zwyczajne sąsiedzkie pogawędki. Poznawaliśmy się coraz lepiej, ona opowiadała o sobie, ja o sobie. Okazało się, że mamy podobny gust, podobne poglądy na wiele kwestii.
I przez cały ten czas umierałem w środku wiedząc, że nigdy nie spojrzy na mnie tak jak ja na nią. Jednocześnie bałem się jakkolwiek wyrazić swoje uczucia, nie chcąc zepsuć naszej przyjaźni.
Nigdy zresztą nie dała najmniejszego sygnału, że jakikolwiek inny rozwój sytuacji jest możliwy.
Męczę się okropnie, udając, że taki stan rzeczy jest dla mnie idealny, ale jednocześnie nie potrafię z tego zrezygnować, bo spotkania z nią są dla mnie najmilszą rzeczą pod słońcem, kiedy mogę z nią rozmawiać, przebywać. Ale brak możliwości, żeby się przytulić, wtulić we włosy i powiedzieć, że ją kocham jest okropny i odbierający całą chęć życia.
Morału nie będzie, bo i jaki miałby być.
Jestem ekshibicjonistą. Czasem wchodzę na kamerki internetowe i się pokazuję. Raz trafiłem na naprawdę fajną dziewczynę, która chciała obejrzeć jak kończę i sama też się pobawić. Nie jestem z tego dumny, ale czasem się zdarza. Zrobiłem co chciała i... I trafiłem do sieci.
Nie wiem co zrobić, to może poważnie zaszkodzić mojej karierze i mojemu życiu, chociaż czuję, że dostałem to, na co zasłużyłem.
Jestem w pewnym sensie prostytutką, ale nie taką do końca typową.
Moja przygoda zaczęła się bez jakiegoś strasznego dramatu, po prostu potrzebowałam na szybko pieniędzy, a że moja przyjaciółka już była w tym biznesie, to mnie wkręciła.
Problem w tym, że jak już miało dojść do wykonania usługi, czułam do siebie takie obrzydzenie, że już miałam wszystko odwołać. Wtedy właśnie klient zaproponował, że zapłaci mi trzy razy więcej, o ile nie będę robić nic innego, tylko patrzeć mu w oczy i pozwolę, żeby się na mnie spuścił. Zgodziłam się.
Potem stał się moim stałym klientem i weszłam w grono panów, których interesuje tylko taki rodzaj przyjemności.
Bawiłam się w to przez 3 miesiące, aż uzbierałam tyle pieniędzy ile potrzebowałam i ostatecznie nigdy się z żadnym mężczyzną nie "przespałam".
Parę dni temu poszedłem ze znajomymi na imprezę. Jako że niedawno dostałem wypłatę i miałem sporo gotówki, postanowiłem zostawić portfel w domu, bo bałem się, że ktoś może mi go podczas zabawy ukraść.
Okazało się, że moje obawy mogły być słusznie – nie dość, że na imprezie był straszliwy ścisk, to jeszcze trochę się upiłem, więc szansa na zgubienie tam mojej wypchanej hajsem skarbnicy była dość duża. Tak sobie rozmyślając i ciesząc się ze swojej zapobiegliwości, dotoczyłem się do domu. Humor mi się jednak trochę zepsuł, gdy okazało się, że podczas mojej nieobecności ktoś się włamał do mieszkania. Zniknął nie tylko mój portfel, ale i konsola, telewizor, laptop i mikrofalówka.
Miałem dwóch współlokatorów, poznaliśmy się na podwórku jako dzieci, teraz oni mają po 26 i 27 lat, natomiast ja 21.
Łukasz i Marcin (tak ich pozwolę sobie nazwać) bardzo często oglądali razem jakieś patostreamy, darli się, traktowali mnie jak sprzątaczkę, zapraszali swoich zaćpanych kumpli i siedzieli do późna, włazili mi do pokoju, mieli wąty do mojej dziewczyny, gdy przychodziła (o to, że nie wnosi alkoholu w gościnę) - traktowali mnie jak gówno.
Miarka przebrała się w momencie, gdy jeden z nich po pijaku przygwoździł moją dziewczynę do ściany, rozkazując jej się rozebrać i zatańczyć dla niego. Oczywiście zareagowałem, dostał po pysku, natomiast ja dostałem w zamian trzy złamane żebra.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jaką tragedią to się skończy.
W czym problem? Nie umiałem się efektywnie postawić, bałem się, że naślą na mnie swoich znajomych albo sami mnie pobiją lub zwyzywają. Uznałem, że najlepszą metodą będzie wycofanie się, więc wraz z moją lubą znaleźliśmy mieszkanie i powiedziałem, że się wyprowadzamy.
Chłopaki zareagowali, jakby im ktoś ziemię z pod nóg zabrał.
- Źle ci tu? Z kumplami? Przecież mamy niski czynsz! I jesteśmy jak bracia! Chyba nas nie zostawisz na lodzie bez współlokatora...
Okazało się, że byłem dla nich gosposią i potulnym domowym pieskiem, zależało im tylko na cichej osobie, która będzie płaciła czynsz i za lodówkę oraz nie poda na policje za dragi.
Raz a porządnie odciąłem się od nich, dostaję co jakiś czas maile z przeprosinami za ich zachowanie i prośbami żebym wrócił, bo grozi im eksmisja, a jeden czeka na proces za narkotyki.
Tak, podałem ich oraz ich kumpli na policję, dobrze mi z tym. Nigdy więcej nie dam się poniżać ani krzywdzić. Czy postąpiłem dobrze? Nie wiem, ale jednego jestem pewien - to nie koniec. Moja dziewczyna była w ciąży, a przy tamtej sytuacji tak mocno się zestresowała, że doszło do poronienia...
Nigdy im nie wybaczę.
Nie lubię tłumów oraz pchających się ludzi. Zawsze gdy jestem w takiej sytuacji, np. sklepie lub w pociągu, to udaję, że rozmawiam przez telefon, wtedy żalę się, że od paru dni męczy mnie grypa żołądkowa i chce mi się wymiotować. Mimowolnie wielu ludzi nagle się ode mnie odsuwa. A ja mam spokój.
Wczoraj ścięłam wszystkie włosy. Wszystkim mówiłam, że to dlatego, że tak chciałam, ale prawda jest taka, że nie mam siły się nimi zajmować przez depresję, o której prawie nikt nie wie. Pozdrawiam wszystkich, którzy rozumieją.
Przeczytałam wyznanie osoby, która boi się jeździć autem po stłuczce. No cóż... Ja mam podobnie. Z tym że nie po stłuczce.
Mój mąż pracuje, a po pracy często naprawia samochody znajomych i znajomych znajomych, co jest w sumie zgodne z jego wykształceniem. I jak to mówią - szewc bez butów chodzi. Na nasze auta brakuje już czasu i chęci, a honor nie pozwala oddać do kogoś innego do zrobienia.
Lata temu zmieniłam miejsce pracy, mężowi nie chciało się naprawiać mojego ukochanego pierwszego auta (golf 2 w automacie), bo uznał, że za dużo roboty, auto stare, nie opłaca się. Kupił prawie równie starą corsę, ale uznał, że pojeździmy z rok i kupimy coś lepszego.
Straszne auto. Niby jeździło, ale pierwszy bieg nie wchodził, z czasem też wsteczny i dwójka. Dojeżdżanie do pracy wiązało się ze stresem, że jednak będę musiała tę jedynkę wrzucić... Uspokajał mnie do czasu, gdy nie rozkraczyłam się - na szczęście - pod samą pracą. Wstyd, bo osobom, z którym pracowałam mój mąż auta robił... Sytuacja powtórzyła się dwa razy jeszcze, a mąż naprawiał mi auto na byle jak, na prowizorkę.
Od tego czasu mimo że auto mamy wymienione na całkiem sprawne, boję się jeździć sama autem. Boję się, że znów coś się nagle zepsuje, że zatarasuję skrzyżowanie i nie będę umiała nic poradzić, że dostanę prócz tego mega mandat. Że będzie wstyd jak cholera i mnóstwo kłopotów.
Anonimowe bo nikt o tym nie wie, a ja wstydzę się przyznać bliskim do tego, bo zawsze kozaczyłam, że jestem najlepszym kierowcą w rodzinie - u mnie babska część rodziny bardzo słabo lub w ogóle nie jeżdżą samochodami.
Byłam kozakiem, a teraz drżę jak osika jak mam gdzieś jechać sama.
Poszedłem z moją dziewczyną na domówkę do kolegi. Było tam sporo par i ktoś rzucił pomysł pewnej gry towarzyskiej. Polegała ona na tym, że osoby w związku odpowiadały na pytania o swoich partnerach. Ostatecznie przegraliśmy, bo udzieliłem kilku złych odpowiedzi – jesteśmy z Olką razem dopiero pół roku, przecież nie wiem wszystkiego.
Moja dziewczyna POPŁAKAŁA SIĘ, obraziła i wyszła z imprezy. Nie rozmawia ze mną do dziś, a minęły już cztery dni.
Nie wiem, to jest normalne? Ludzie, co ja takiego złego zrobiłem? Czuję się jak w jakiejś kiepskiej komedii!
Jestem złym człowiekiem. Jestem i będę złą matką.
Pierwszą córkę urodziłam 4 lata temu, już wtedy piłam, dużo piłam, ale wiadomość o ciąży sprawiła, że przestałam. Owszem, zdarzył się jakiś tam pojedynczy drink na osiemnastce siostry czy innym spędzie rodzinnym, ale generalnie trzeźwość całą ciążę. Pierwsza lampka wina tego samego dnia co wyjście ze szpitala z córką, ale wtedy jeszcze się hamowałam. Wszystko wróciło z czasem. Im córka była większa, tym częściej znów zaczynałam popijać. Wiecie, aby się odstresować.
Teraz jestem w drugiej ciąży. Nigdy nie chciałam drugiego dziecka, ale po pierwsze córka marzy o rodzeństwie, po drugie uznałam to za szansę, aby skończyć pić. Aby po porodzie już do tego nie wracać, jak zrobiłam to po pierwszej ciąży.
Tymczasem jestem już w czwartym miesiącu i nie potrafię skończyć.
Do 8 tygodnia piłam codziennie (o ciąży dowiedziałam się w 5 tygodniu). Od ósmego tygodnia postanowiłam sobie, że max do trzeciego miesiąca skończę, bo przecież tyle kobiet późno dowiaduje się o ciąży, pije, pali, a dziecko i tak rodzi się zdrowe.
Nie wiem czemu tym razem sama świadomość, że noszę w sobie dziecko nie pomaga mi przestać. Nie wiem dlaczego nie szukam nigdzie pomocy. Czuję się jak gówno, bo chcę skończyć, dla moich dzieci, ale nie umiem.
Dodaj anonimowe wyznanie