Mieszkam w 40 tys. mieście, pracuję w banku. Mam już serdecznie dość starych, podłych ludzi. Jeśli kiedykolwiek będę się tak zachowywać będąc po sześćdziesiątce, zabijcie mnie.
Odkąd zaczęła się pandemia, nie wychodzę z domu. Wyłącznie do pracy i z powrotem, narzeczony ma obecnie urlop, robi zakupy raz na dwa tygodnie. Nie wychodzę, bo codziennie mam styczność z 200 ludźmi. Boję się, że kogoś zarażę sama będąc nieświadoma. 99% klientów, którzy w obecnej sytuacji przychodzą do banku, to osoby 60+. Po co przychodzą cztery razy w tygodniu? Sprawdzić stan konta, opłacić rachunek za każdym razem, gdy tylko pojawi się coś w skrzynce, a nie zbiorczo, wypłacić 50 zł zamiast w bankomacie, bo „lubi nas odwiedzać”...
Od tygodnia dezynfekuję tylko moją część biurka, jeśli się zarażą, może mniej idiotów pozostanie. Po cichu liczę, że koronawirus zdziesiątkuje populację bezmyślnych staruchów.
Jestem mniej wart od psa...
Dziś mam urodziny. Od żony dostałem jedynie życzenia. Nie wymagam nie wiadomo jakich prezentów, lecz nie dostałem nawet głupiej czekolady. Powiecie zapewne, że nie miała jak wyjść na zakupy, jak kupić najdrobniejszy upominek, ponieważ sklepy są pozamykane. Jednak nie stanęło to na przeszkodzie, by psu kupić mnóstwo gadżetów... Cóż, są rzeczy ważne i ważniejsze...
Nie czuje się winny, nie mam żadnych wyrzutów sumienia z tego, że kłamie przy spowiedzi. Uważam że to nie ma sensu mówienie facetowi w sukience o moich winach które ktoś nazwał grzechami.
Chodzę do spowiedzi tylko po to, żeby mieć jakiś papier, który jest mi aktualnie potrzebny. I nie mam wcale ochoty klękać, a księdza zresztą i tak słabo słychać, a poza tym ta pokuta i rozgrzeszenie i to co mówi na końcu spowiedzi w ogóle do mnie nie trafia, mam wrażenie, że w ogóle nie słucha co do niego mówię, a resztę czyta z książki albo się nauczył na pamięć i każdemu tak mówi.
Zacząłem ściemniać i wymyślać grzechy,nie jest mi z tym jakoś źle, moje życie się nie zmieniło, ot takie moje dziwactwo.
Wyznanie na temat rodziców, którzy palą przy dziecku w samochodzie, pobudziło u mnie pewne wspomnienia.
Jest wiele rzeczy, które obecnie budzą duże oburzenie, jeśli chodzi o wychowywanie i opiekę nad dzieckiem. Opowiem, jak wyglądało to około 20 lat temu z mojej perspektywy.
1. Zostawienie dziecka samego w samochodzie - niedopuszczalne, prawda? Cóż... Zdarzało się, że po drodze np. do babci, tata nagle stwierdzał, że chce kogoś jeszcze odwiedzić. Zostawiał wtedy mnie i siostrę w samochodzie i znikał. Czasami nawet na godzinę lub dwie. Nie przypominam sobie, żeby ktoś wtedy reagował, nawet jeśli samochód był zaparkowany gdzieś na chodniku i obok przechodzili ludzie.
2. Wspomniane wcześniej palenie papierosów w samochodzie przy dziecku - nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek tata jechał bez odpalonego papierosa. Też nikt nigdy nie zwrócił na to uwagi.
3. Dziecko w szkole pozostawione samo sobie, bez opieki? - Jak tak można? Kto do tego dopuścił? Mieszkaliśmy przy dość ruchliwej ulicy, więc rodzice nie chcieli, żebym chodziła ze szkoły sama (rano do szkoły nas odwozili albo szłam z siostrą, ona jest ode mnie starsza, więc miała lekcje kilka godzin dłużej niż ja). Musiałam więc po lekcjach czekać. Minimum 2 godziny. Świetlica była świetlicą tylko z nazwy - kilka stolików i krzeseł, żadnego nauczyciela. W bibliotece szkolnej nie było stołów i krzeseł, wchodziło się tylko po książkę/z książką i do widzenia. Z reguły siadałam gdzieś na korytarzu i odrabiałam lekcje albo gapiłam się w sufit, czasami posnułam się po korytarzach. Nauczyciele i pracownicy szkoły mnie widzieli, ktoś tam kurtuazyjnie o coś zapytał, ale poza tym nikt się nie przejął, że pałęta im się dzieciak bez opieki. Zwrócili na mnie uwagę raz - miał mnie odebrać jakiś kolega z pracy ojca, ale mu się zapomniało i po paru godzinach się rozbeczałam.
4. Dziecko należy uczyć, żeby nigdy nie ufało obcym - oczywiste, prawda? Rozwinę wątek kolegi ojca, który miał mnie odebrać. Ustalenia były takie, że miał przyjechać po mnie tata. Z jego pracy znałam dwie kobiety, do tej pory nie wiem kogo po mnie wysłał i mało prawdopodobne, że tego człowieka znałam. Znalazłabym się więc w sytuacji, w której obcy facet mówi mi, że tatuś go po mnie wysłał i mam wsiadać z nim do samochodu.
Sporo się przez tych około 20 lat zmieniło. Czasami zastanawiam się, co by ze mną było, gdybym miała trochę mniej szczęścia.
Moje wyznanie może być dla niektórych krzywdzące, ale jako kobieta chciałam wyznać, że rozmiar ma znaczenie. Miałam w życiu 3 facetów "na poważnie". Pierwszego w liceum, mojego pierwszego. Jako nie wtajemniczona, nawet nie zauważyłam, że ma małego. Sex było ok, czymś nowym, a że oboje mieliśmy dużą wyobraźnie, często się przebieraliśmy, odgrywaliśmy scenki to świetnie się bawiłam.
Mój drugi facet, poznaliśmy się na studiach, miał większego. Byłam zadowolona, inna jakość, można było robić odwróconą kowbojkę i nie spadałam :D, ale mój obecny.... ten to jest naprawdę dobrze wyposażony - nie dość, że długi to jeszcze grubiutki, ani do połowy nie jestem w stanie go wziąć do buzi.
Oczywiście kocham mojego mężczyznę za wiele innych cech, jest wspaniałym człowiekiem, ale ten sprzęt robi swoje. Prawda jest taka, że nie ma takich pomysłów jak pierwszy, ani takiego doświadczenia jak drugi, ale jest najlepszym kochankiem, bo przez ten rozmiar wystarczy, że we mnie wejdzie, chwile się porusza, a ja już odpływam...
Na początku i jak się dłużej nie kochamy zawsze musi mnie trochę rozepchnąć i jest to zawsze niesamowicie przyjemne. Jak byśmy się rozstali i związałabym się z kimś z małym penisem, nie wiem czy byłabym po tym związku w stanie być zadowolona z takiego mikruska...
Pamiętacie konta fikcyjne? Dawne czasy, w których młodzi przesiadywali na nk, wcielając się w różne postaci i wymyślając historie, które miały wciągnąć Zawiązywano tam przyjaźnie, związki i toczyło się to jakimś swoim biegiem.
Chciałabym Wam opowiedzieć pewną historię.
Gdy szukało się tam fikcyjnych znajomych, z którymi niekiedy jeżeli dobrze się dogadywaliście i wszystko przechodziło na bardziej realny kontakt. Wtedy epicentrum było GG. I tak któregoś razu pisząc ze znajomymi w fikcyjnym świecie, natrafiłam na chłopaka, który miał "fikcyjną dziewczynę", nie miał zbyt dużo znajomych (a był okres, w którym liczyła się jak największa liczba fikcyjnych znajomych na koncie, później nastała moda na posiadanie jedynie kilku osób, z którymi pisało się na bieżąco) a jego "historyjki" w komentarzach miały przestarzałe daty. Napisałam, długo czekałam na odpowiedź, ale jakaś myśl w głowie, mówiła, że nie należy usuwać tego chłopaka ze znajomych i warto poczekać na jego odpowiedź, chociaż gdy dzisiaj sobie przypominam to kazał czekać na odpowiedź długo.
Odpisał. Na początku był dość oschły, ale inicjatywę w rozmowie przejęłam ja. I tak pisaliśmy co jakiś czas, gdy on znalazł chwilę by zjawić się na swoim koncie i mi odpisać, gdy jednak nastawał taki dzień potrafiliśmy wymieniać się historyjkami i dialogami przez niemalże całe dnie. W tym czasie on zakończył swój fikcyjny związek, z tą dziewczyną. I tak, po pewnym czasie zostaliśmy parą po fikcyjnej stronie naszej-klasy. Na początku było cudownie, ale z czasem chłopak zaczął się coraz rzadziej pojawiać, aż w końcu przyznał, że mało kiedy ma czas wchodzić na konto i pisać lub mu się nie chce, ale chciałby mieć ze mną rzeczywisty kontakt poprzez GG. Wymieniliśmy się numerami i często już zamiast na naszej-klasie pisaliśmy na gg. Miałam wtedy kilkanaście lat, on był dwa lata starszy i naprawdę świetnie się nam dogadywało.
Fikcja odeszła w odstawkę, a my zaczęliśmy kontaktować się realnie. Poświęcaliśmy na to dużo czasu i swojej uwagi albo tylko ja to robiłam? Cały sens w tym, że "otworzyliśmy" się przed sobą i z każdą chwilą łączyła nas silniejsza więź niż jedynie fikcyjna znajomość z nk. Zaczęliśmy snuć coraz poważniejsze plany. Zamierzaliśmy się spotkać kiedyś, jak będziemy trochę starsi, chociaż M. był z jednego końca Polski tego "nadmorskiego", a ja niemalże z drugiego także dzieliło nas kilkaset kilometrów.
Przez kilka lat było naprawdę fajnie i wydawało mi się, że wszystko idzie w dobrym kierunku, bo zaczęliśmy traktować siebie jak chłopaka i dziewczynę. Taki związek na odległość, z tym że większość rzeczy zawężała się do GG. Po około 7 latach znajomość legła, ale dzisiaj zastanawia mnie jak dużo osób z was pamięta fikcje, site models? Kto wie, może M. też to przeczyta? Miło wspominam ten czas.
Półtora roku temu poznałem dziewczynę. Było to na uczelni, K. (na potrzeby opowieści) rozmawiała ze znajomą, ja siedziałem obok, rzuciłem jakąś uwagą do ich rozmowy i od słowa do słowa wymieniliśmy się numerami telefonów.
W ten sam dzień ona odezwała się do mnie pierwsza i zaczęliśmy pisać, rozmawiać przez telefon. Raczej starałem się przejmować inicjatywę, rzucać tematami do rozmów itp. Parę dni później byliśmy już umówieni na spotkanie. Po pierwszym spotkaniu sądziłem, że wszystko fajnie, ale niedługo potem zaczęło się dziwne rzucanie uwag, które miały wzbudzić moją zazdrość, zwiększone zainteresowanie i tak dalej.
To był czas, kiedy jednocześnie studiowałem, pracowałem w dwóch miejscach, nie zaniedbując przy tym pasji, toteż raz wypadło, że musiałem odmówić jednego spotkania i spytałem, czy może to być inny dzień. Zgodziła się, ale chyba nie do końca, bo gdy już się spotkaliśmy, to usłyszałem, że gdybym jeszcze raz musiał przełożyć spotkanie, to więcej już byśmy się nie spotkali. Cóż, nie skreślałem jeszcze tej relacji. Skreśliłem ją dopiero później, bo zaczęła lecieć cała seria wyrzutów.
A to, że na uczelni studiuje jakiś chłopak, który z całej grupy (w której było z 15 dziewczyn) rozmawiał tylko z nią i twierdził, że jest najbardziej wyjątkowa ze wszystkich. A to, że jej koleżanki robią jej wyrzuty, że jeśli wychodzi ze mną, to one też powinny z nami. Gwoździem do trumny tej groteski było wyjście do kina.
Film był dosyć ujmujący, a że wrażliwość obca mi nie jest, parę scen dość mną poruszyło. Gdy po seansie rozmawialiśmy o filmie, usłyszałem od K. z wyrzutem że: "no wiesz? Myślałam, że mi się tam popłaczesz w pewnym momencie". Cóż... Dla jasności - nie popłakałem się, nawet nie miałem szklanych oczu, po prostu zrobiło na mnie mocne wrażenie kilka rzeczy. Aha, no i był on oparty na autentycznej historii. Nie przeszkadzało to jednak K. stwierdzić, że rzeczy pokazane na filmie na pewno są zmyślone, bo ONA nigdy o czymś podobnym nie słyszała. I tyle wystarczy by coś zanegować. Bo przecież dinozaury też nie istniały, bo nikt ich nigdy nie widział na żywo, prawda? ;)
No i to było na tyle, kontakt zerwałem. Ona też więcej nie pisała. Nie żałuję, nie trawię tego typu gierek, podobnie jak ignorancji zresztą.
Chodzę do liceum. Moi rodzice pracują i często do 17 nie ma ich w domu.
Odkąd jest kwarantanna, wszyscy siedzimy w domu cały czas.
A ja jakiś czas temu zamówiłam na Ali dość pokaźnych rozmiarów świeczkę w kształcie penisa. Miał to być śmieszy prezent na urodziny koleżanki, które i tak prawdopodobnie się nie odbędą. Właśnie dostałam powiadomienie, że paczka jest już w kraju i jest wysyłana lokalną firmą przewozową, więc pojawi się u mnie lada dzień.
Wcześniej zamówiłam jakieś ozdoby do włosów i przyszły kilka dni temu - rodzice od razu byli ciekawi, co nowego sobie kupiłam i scenariusz pewnie powtórzy się za parę dni, kiedy przyjedzie mój woskowy przyjaciel.
Jest mi teraz trochę wstyd. Chyba będę udawać, że pomylili zamówienia.
A najgorsze jest to, że zamówiłam też takie naklejki na piersi z frędzlami dla siebie i one przyjdą w innej paczce za jakiś czas...
Wcześniej nie było problemu, bo te paczki przychodziły, gdy rodziców nie było w domu.
Mój brat powiedział, że skoro i tak nie może nigdzie wychodzić, to jest to idealny okres, by przeprowadzić eksperyment, o którym myślał od dawna. Postanowił, że nie będzie się teraz myć. Ma zamiar notować, kiedy jego brak kąpieli zacznie przeszkadzać otoczeniu oraz kiedy brud zacznie sam się złuszczać. Chce odkryć jaki jest możliwy najdłuższy czas bez mycia, z zachowaniem normalnych stosunków międzyludzkich.
Dodam tylko, że dzielimy jeden pokój. Pomocy.
Często ludzie nie wiedząc co mają narzekają na to. Ja będąc 30-letnim facetem z problemami zdrowotnymi i paroma zabiegami na koncie. Martwię się nie tylko o swoje zdrowie co jest czymś normalnym, martwię się o to, że wciąż brnę przez życie samotnie.
Jedyne czego pragnę to znaleźć wreszcie kobietę, która pokocha mnie mimo mej dolegliwości. Kobiety, którą pokocham i będę czuł się kochany w jej ramionach. Uczucia, które sprawi, że dla kogoś będę kimś. Widząc czasem wpisy oraz nawet znajomych często nie doceniających tej wartości, która w środku serca oraz głębi duszy jest najważniejsza.
Dodaj anonimowe wyznanie