#DZx7u

Jak byłam młodsza często zastanawiałam się co powiedzieć, gdyby ktoś chciałby mnie zgwałcić. Układałam sobie w myślach tekst jaki powiem "gwałcicielowi" najczęściej było to: "Zostaw mnie, jestem jeszcze za młoda" albo "Mam dzisiaj okres" albo że mam HIV.

Pewnego razu wracałam sobie rowerem z imprezy. Byłam tak zmęczona, że postanowiłam jechać na skróty, czyli przez las. Jadę sobie i nagle auto jadące za mną zaczęło zwalniać, powoli mnie wyprzedziło i stanęło parę metrów przede mną. Tak strasznie się przestraszyłam, że nie wiedziałam co robić. Ktoś wyszedł z samochodu, a ja zaczęłam krzyczeć, "Zostaw mnie, mam okres i HIV!". W tym momencie osoba strasznie zaczęła się śmiać, a ja przerażona nie wiedziałam o co chodzi.

Okazało się, że to był ojciec chłopaka, u którego byłam na imprezie. Nie chciał żebym wracała sama i zaproponował mi, żebym dała rower do bagażnika, a on mnie odwiezie. Co za wstyd... Przez resztę drogi nawet się nie odzywałam.

#luOO7

Dorabiam sobie pracując w kawiarni. Jednego dnia jak byłam w pracy zobaczyłam, że przyszła dziewczyna, którą znałam ze szkoły. Byłyśmy w jednej klasie i jej ulubioną rozrywką w liceum było poniżanie i ośmieszanie mnie.

Usiadła z koleżankami przy stoliku i jak tylko mnie zauważyła to, nie kryjąc się z tym, zaczęła coś im opowiadać na mój temat, co bardzo je rozbawiło. Patrząc na mnie z pogardą zamówiła gorącą czekoladę, a jej koleżanki po kawie.

Jak dobrze się złożyło, że akurat miałam w torebce tabletki na przeczyszczenie... Nie warto zadzierać z osobą, która przygotowuje ci jedzenie. Lub gorącą czekoladę.

#tbJtu

Ale dzisiaj odje**łam...

Poszliśmy oglądać lokal do wynajęcia, bo poprzednik zamknął działalność. Było otwarte, bo sprzątaczka otworzyła, ale nikogo nie było. Weszliśmy, oglądaliśmy, a mnie nagle przypiliło na dwójkę. Tam ładne toalety, więc myk skorzystałam. No i się okazało, że woda zakręcona... Logiczne, nie? Skoro lokal zamknięty, to i woda zakręcona... A do tego to stary typ kibla z półką. Zepchnęłam papierem w dół co się dało i udawałam, że nic się nie stało. A jak przyszedł właściciel budynku, to modliłam się, żeby tylko nie chciał nam kibla pokazywać...
Ale przypał :-/

#cVkzB

Mam 18 lat, pracuję aktualnie w dwóch miejscach naraz (supermarket i fast food), uczę się i mieszkam sama.

Co w tym nadzwyczajnego? Moi rodzice nadzorują moje wydatki, potępiając mnie, że za własne ciężko zarobione pieniądze kupiłam sprzęt, aby realizować swoją pasję albo że zapisałam się na tatuaż. Od 3 lat nie proszę ich o pieniądze, zarabiam sama na siebie, oszczędzam, a mimo wszystko jestem "ta zła", ponieważ wydaję WŁASNE pieniądze na to co kocham i co chcę mieć.

Najlepsze jest to, że nie doceniają, że w tym wieku daję sobie radę sama, uważając, że moja praca polega na siedzeniu i klikaniu w ekran przez 10 godzin dziennie.
A dni wolne mam raz na tydzień, aby znaleźć czas dla siebie.
Jestem złą córką?

#Rrd6S

Zastanawiam się, jak długo można mieć wyrzuty sumienia. Nie jakieś takie wielkie, przytłaczające, ale jednak pojawiające się w głowie raz na jakiś czas. Czasami myślę, że w jakimś stopniu przyczyniłem się do czyjeś śmierci.

Mój kuzyn zabił dwie osoby. Swojego czasu było o nim głośno, w szczególności w naszym województwie. Zrobił to w okrutny sposób. Jest psychopatą, siedzi w więzieniu i raczej nigdy z niego nie wyjdzie.

Znałem go od dziecka. Zawsze był moim idolem. Na wakacje, długie weekendy czy ferie jeździłem do babci na wieś, a on mieszkał w tej samej wiosce. Byłem kilka lat młodszy i wziął mnie pod swoje skrzydła. Był opiekuńczy, uczył mnie jeździć na rowerze, grać w piłkę, pływać. Był super kuzynem, rodzeństwem, o którym zawsze marzyłem.

Wszystko zmieniło się, gdy ciotce, mamie kuzyna, okociła się kotka. Kuzyn był wtedy nastolatkiem, ja miałem z 10 lat. Mogłem sobie wybrać jednego kotka. Byłem zachwycony, zawsze marzyłem o zwierzątku. Gdy wybrałem, kuzyn kazał mi przyrzec, że to co teraz się stanie zostanie między nami. Oczywiście przyrzekłem. Kuzyn wziął inne kotki i zaczął je powoli mordować. To było straszne. Byłem potwornie przerażony, aż sparaliżowany tym strachem. Nie zaprotestowałem, nic nie zrobiłem, tak po prostu stałem i patrzyłem. Potem przytaknąłem nawet, że nie wiem co się stało z kotkami, gdy ciocia ich szukała. Przepłakałem całą noc u babci i na szczęście z tego stresu się rozchorowałem, wymiotowałem i rodzice po mnie przyjechali.

Gdy pojechałem tam następnym razem, wszystko było jak dawniej, więc próbowałem o tym zapomnieć, ale dzień przed moim wyjazdem kuzyn przyniósł złapaną przez siebie myszkę i to co z nią zrobił przeraziło mnie jeszcze bardziej. Gdy on się śmiał i komentował, ja tylko przytakiwałem.

Nigdy nic nikomu nie powiedziałem. Nie chciałem już jeździć do babci i przed wyjazdem do niej miałem takie ekscesy żołądkowe, że raz nawet wylądowałem w szpitalu z odwodnienia. Potem babcia z nami zamieszkała i z tamtą rodziną widzieliśmy się tylko na świętach itp. A gdy babcia zmarła, to wizyty były raz na jakiś czas.

Gdy dorosły, pracujący już kuzyn nas odwiedził po tych paru latach, wziął mojego kota na ręce i powiedział, "Ale masz szczęście że, że cię wybrał, jesteś przez to wyjątkowy". Te słowa też mną wstrząsnęły, ale nawet jako nastolatek nic nie powiedziałem rodzicom.

Gdy byłem na studiach okazało się, że mój kuzyn kogoś zabił. A w trakcie tej sprawy powiązano go z jeszcze jednym morderstwem. Do dwóch się przyznał. Dla rodziny to był szok. Nawet moja mama mówiła, że to był taki porządny chłopak i była przerażona, że pozwalała mu u nas nocować, że się mną zajmował.

Wujostwo przeprowadziło się, bo było tak piętnowane.
A ja nawet po wielu latach myślę, że gdybym coś komuś powiedział to może nie doszłoby do tragedii.

#eQNNu

O tym, jak ukrywam śmierć mojej córki przed jej przyjaciółmi.

Moja córka odeszła dwa miesiące temu, jednak proces jej umierania trwał latami. Ten dzień jest dla mnie i najgorszą dobą, i wytchnieniem. Chorowała na depresję, a także wiele innych zaburzeń psychicznych. Traciła się, niszczyła, nie chciała leczyć, ćpała, piła, zawaliła liceum i nie słuchała nikogo. Byliśmy z mężem bezsilni, nikt nie potrafił na nią wpłynąć, a poznawała tysiące wspaniałych ludzi z różnych zakątków Polski. Przyjeżdżali do siebie, poświęcając na dojazd nawet całe dni. Nikt z nich nie był z okolicy.

Przez ostatnie dwa-trzy lata co chwilę pogotowie zabierało ją na oddział psychiatryczny, gdzie do diagnozy dołączały kolejne podejrzenia, jak np. borderline. Niecały rok temu zapisała się do ośrodka zamkniętego, bo jak twierdziła, chciała dać sobie ostatnią szansę. Przed tym pożegnała się ze wszystkimi przyjaciółmi (a miała masę oddanych jej osób), którzy dostali zgodną z prawdą informację, że nie będzie mieć dostępu do telefonu czy internetu. Wszyscy na nią wyczekiwali... i wyczekują dalej. Nie wiedzieli, że tamto zwykłe "do potem" było jej ostatecznymi słowami do nich kierowanymi.

Odwiedzaliśmy ją z mężem raz na miesiąc. Po kilku wyszła na własne żądanie, a że weszła w pełnoletność i miała pełne prawa do jakiejkolwiek decyzji, a także dobre opinie pośród lekarzy, nikt nie mógł na to wpłynąć. Wróciła z nami do domu i postanowiła nie logować się na swoje konta, nie odczytywać żadnych wiadomości kierowanych do niej. Nie odblokowała nawet telefonu. Wszystko wróciło do "normy". Kilka następnych dni przesiedziała zamknięta w pokoju, prawie bez przerwy śpiąc.

Pewnej nocy idąc do łazienki, potknęłam się o coś, co leżało na podłodze. Dobrze się domyślacie. Zapaliłam światło, by odnaleźć jej zimne ciało z otwartymi oczami. Jej ubrania pokrywały wymioty. Do teraz obwiniam siebie. Byłam pewna, że podczas jej nieobecności przejrzałam wszystkie kąty, wyrzucając każde dragi. Coś musiałam pominąć. Gdzieś nie zajrzałam.

Obiecałam jej za jej życia, że będę informować jej przyjaciół co z nią. Ci zresztą sami od siebie ciągle do mnie pisali i piszą, podpytując: jak się trzyma, kiedy wychodzi, czy mogą wysłać jej list, czy mogę ja jej coś przekazać. Nie wiem jak im powiedzieć o tej wiadomości, dlatego na ich pytania ciągle odpowiadam, że z moją córką jest "OK" i to od lekarzy zależy, ile potrwa leczenie. Tylko my z mężem byliśmy na jej pogrzebie, do tej pory nie usuwaliśmy jej prywatnych kont internetowych. Dla pozorów. Jej dusza istnieje w internecie.

Będę musiała im powiedzieć, ale nie mam pojęcia jak. Mam ochotę ich wszystkich zablokować i się od nich odciąć.

#PO3jx

Na pewno każda dziewczyna natknęła się na zboczeńca, szczególnie będąc w młodym wieku.

Miałam około 14 lat i wtedy były takie czasy, że chłopcy fuuj, nie wspominając o sprawach łóżkowych. Przynajmniej ja taka byłam.
Był maj, a mnie zachciało się ryby po grecku, więc czym prędzej ubrałam się i popędziłam do sklepu rybnego, który był na tej samej ulicy. Kupiłam rybkę bez przeszkód i gdy byłam już pod domem, podszedł do mnie mężczyzna około trzydziestki, dobrze ubrany, zadbany. Zapytał, czy nie chciałabym pokochać się z nim za 300 zł. Dokładnie tak to powiedział - ''pokochać''. Ja oczy jak 5 zł, odpowiedziałam, że nie. Następnie zapytał, czy może dałabym mu dotknąć pierś za 100 zł. Odpowiedziałam tak samo i uciekam do domu aż się kurzyło.

A morał z tego taki, że byłam mądrym dzieckiem. Zastanawiam się ile dzisiejszych dziewczyn w tym wieku by się na to zgodziło.

#YRWq1

Lubię się droczyć i żartować z moją narzeczoną. W Dzień Matki wymyśliłem, że wyślę jej życzenia z okazji tego dnia. Jak pomyślałem, tak zrobiłem, rano puściłem SMS-a „Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Matki!”. Dziesięć minut dostaję odpowiedź „Skąd wiesz, Natalia Ci powiedziała?” (Natalia to jej siostra).

Muszę przyznać, że aż mi się zrobiło gorąco i musiałem usiąść. Jakkolwiek planujemy dzieci, to jednak zdecydowanie jeszcze nie teraz. Na szczęście jak do niej zadzwoniłem, to przekonałem się, że to tylko mój własny żart został obrócony przeciwko mnie.

#FNrcA

Jestem matką niepełnosprawnej fizycznie 22-letniej dziewczyny. Aurelia całą swoją edukację spędziła w zespole szkół dla niepełnosprawnych ruchowo z internatem niedaleko Szczecina, my jesteśmy z Poznania, więc córka bywała w domu tylko na święta, ferie i wakacje. Wysłałam ją do tej szkoły, bo w masowej nie dało się połączyć i rehabilitacji i edukacji tak by któregoś nie zaniedbywać, dlatego w połowie pierwszej klasy podstawówki wysłałam ją do tej szkoły. Są tam opiekunki, jest dużo i rehabilitacji, i nauki, i to przyniosło efekt - w pierwszym roku nauki zawoziłam tam dziewczynkę z balkonikiem, a wróciła do mnie dziewczyna samodzielnie chodząca. Co prawda gdy chodzi, to się kołysze jak kaczka, chodzi nierówno, chwiejnie i niestety widać po niej ten niedowład. Aurelia wcześniej nie mówiła, a teraz mówi pełnymi zdaniami, chociaż czasami niewyraźnie. Zawsze wiedziałam, że w szkole ma tylko jedną przyjaciółkę, ale jakoś nigdy nie poświęciłam temu większej myśli, tak samo jak na później przekładałam rozmowy z córką o tym, chociaż nauczyciele mnie informowali o jej aspołeczności. Po liceum córka uczęszczała tam jeszcze do dwuletniej policealki, dwa razy tez przystępowała do matury, ale bez skutku.

Teraz córka wróciła do domu i zaczęłam rozumieć, co nauczyciele mieli na myśli – Aurelia jest wyniosła, o byłych uczniach ze szkoły (nie licząc przyjaciółki) wypowiada się jako o szarakach bez krzty oryginalności, jest bardzo emocjonalna, ale za wszelką cenę stara się to ukryć, czyli jest górą lodową aż do czasu wybuchu, nie toleruje jakiejkolwiek krytyki pod swoim adresem i reaguje chłodem, ironią albo płaczem. Kiedy zapytałam, czy miała jakiegoś chłopaka, to ona mówi, że nawet się nigdy nie całowała, bo nie wyobraża sobie życia z kimś niepełnosprawnym, więc jeżeli chłopak, to tylko zdrowy. Kiedy powiedziałam jej, że ta jej emocjonalność przystoi nastolatce, a nie dorosłej pannie, to nie odzywała się do mnie przez tydzień, a gdy na mnie patrzyła, wzrok wyrażał gniew i smutek. W szkole twierdzono, że jest wrażliwa, ale jakoś tego nie widzę, nigdy nie płakała nad zwierzakami czy nie wyciskała łez na filmach. Najchętniej by siedziała przed komputerem, dogaduje się tylko ze swoją nową rehabilitantką, ale tylko dlatego, że mają podobne niszowe zainteresowania. Muszę przyznać, że pomimo że kocham ją nad życie to widzę, że nie ma łatwej osobowości i to odstrasza ludzi.

Chyba jest w tym trochę mojej winy. Ostatnio jak spacerowaliśmy jakaś baba wzięła ją za pijaną przez jej chód, a mnie oskarżyła o upijanie dziecka (córka młodziutko wygląda), dopiero gdy córka pokazała legitymację potwierdzającą kalectwo pani przeprosiła, ale mi było wstyd za córkę i pomyślałam, żeby już z nią nie wychodzić... Samą siebie ganię za te myśli, mam nadzieję, że tego nie odczuła. Tak samo jak miałam czas na dostosowanie mieszkania przez lata, ale odwlekałam to, a wakacje czy ferie dała radę „przecierpieć”. Wstyd mi za to.
Dodaj anonimowe wyznanie