#t1TQ9

Od roku jeżdżę na wózku, ponieważ z powodu wypadku samochodowego straciłam czucie w nogach. Latem jechałam przez miasto. Upał jak nie wiem co, no ale nie będę siedzieć w domu. Mieszkam w małym miasteczku, każdy każdego zna. Jadę po chodniku, dosyć wąsko, tak że wózek zajmował całe miejsce. 

Nagle usłyszałam tekst kogoś za mną "Kaleko, zjedź z drogi, bo miejsca nie ma". Obróciłam się i zobaczyłam dwóch chłopaków z mojej szkoły. Oni zaczęli się śmiać ze mnie, a ja płakać. 

Zauważył to starszy pan, który podszedł do nich i zrobił im pogadankę na temat szacunku. Dopiero od jakichś 3 miesięcy byłam w stanie wyjechać na ulicę i ta sytuacja była dla mnie bardzo traumatyczna. Mam nadzieję tylko, że ci dwaj nie będą nigdy na moim miejscu, bo najgorszemu wrogowi tego nie życzę.

#Fb8KP

Pracuję fizycznie, więc często wracam z pracy o 17 i jestem bardzo zmęczony. Ostatnio gdy wróciłem, myślałem, że jestem sam w domu, więc jak zawsze odgrzałem sobie obiad, zjadłem i położyłem się, aby się zdrzemnąć i nabrać sił. 

Podczas drzemki zadzwoniła do mnie mama i mówi, że pomyliła paliwo i nalała nie tego, że samochód się popsuł i mam przyjechać. Więc wstałem, jakoś się ogarnąłem, wziąłem rower i pojechałem na stację (3,5 km od domu) żeby zobaczyć jak tam samochód. Gdy zajechałem, okazało się, że mamy nie ma. Objechałem całą stację dookoła, pojeździłem trochę po uliczkach i nic! 

Kompletnie zmęczony i trochę wkurzony dzwonię do mamy i pytam się gdzie jest. A ona mi odpowiada jak gdyby nigdy nic, że jest w domu. Okazało się, że mama cały czas była w domu i korzystała z internetu w pokoju obok kuchni (drzwi były zamknięte). A mi po prostu przyśniło mi się, że dzwoniła...

#9G0FK

Mam 25 lat. Od 8 lat jestem rezydentem USA. Na stałe wyjechałam z Polski 4 lata temu. Początkowo mieszkałam i pracowałam z moim ojcem, ale pokłóciliśmy się i wyprowadziłam się od niego. Jednocześnie straciłam pracę, bo pracowałam w firmie ojca. Tam też poznałam Anthonego. 

W czasie kiedy szukałam pracy i dachu nad głową, pomieszkiwałam u mojej dalszej ciotki. Wtedy też odezwał się do mnie Anthony z pytaniem dlaczego nie przychodzę do pracy. Spotkaliśmy się, opowiedziałam mu całą historię. Zaproponował, żebyśmy zamieszkali razem, bo i tak chciał zmienić mieszkanie, a poszukiwał współlokatora. Zgodziłam się bez wahania. 

W międzyczasie znalazłam pracę, Anthony zwolnił się od mojego ojca i dołączył do mnie - pracujemy razem w budowlance, konkretnie w wykończeniówce. Chyba nigdy w życiu nie spotkałam tak wartościowego, porządnego, przyjaznego i pomocnego człowieka. Kiedy mówiłam mu, że brakuje mi rodziny i tęsknię za babcią i jej pierogami, wziął mnie do swojej babci, która zrobiła dla mnie... pierogi. W pewnym momencie zaczęliśmy się pojawiać u jego rodziny co tydzień na obiad. Traktują mnie jak rodzinę.

A sedno? Anthony jest czarny. Kiedy moi przyjaciele z Polski dowiedzieli się, że mieszkam z czarnym zaczęli gadać "zobaczysz, wykorzysta cię i obudzisz się z ręką w nocniku", "uważaj na niego, bo z takimi nigdy nic nie wiadomo". Sprawa jeszcze bardziej się zaogniła, kiedy zabito Georga Floyda i czarni wyszli na ulice. Zrobili armagedon w wielu amerykańskich miastach, kazali białym przepraszać ich za to, że żyją. Anthony patrzył na to i płakał. Mówił mi, że wstyd mu za jego rasę. Jednak ja zawsze mu powtarzałam, że dla mnie najważniejsze jest to, jakim jest człowiekiem, a nie to jaki ma kolor. 

Wtedy też moi znajomi i rodzina zaczęli zatruwać mi życie. Nie chcę wam tu przytaczać epitetów jakimi określali mojego przyjaciela, bo jak sobie o tym pomyślę, to cała się telepię, ale były to naprawdę obrzydliwe rzeczy. Wtedy też się przekonałam, że nie mam po co wracać do tego kraju. Do ludzi, którzy uważają się za lepszych, bo są biali, a oceniają jednego człowieka (którego tak naprawdę nie znają) przez pryzmat całej rasy. W sumie to śmieci, nie ludzie. 

Jednak przyjadę do Polski, bo mam tu jeszcze babcię, która jako jedyna okazała szacunek mojemu przyjacielowi.

#1dqjY

Zjedziecie mnie jak burą su*ę, ale muszę się wygadać, bo nie wytrzymam.

4 miesiące do ślubu. 8 lat razem, na dobre i złe, ciągle myślałam, że to ten jedyny, jest dobry, kochany dba o mnie, chce dać wszystko co tylko może. nigdy specjalnych fajerwerków nie było ale było super. To mój przyszły mąż.

2 miesiące temu zaczęłam nową pracę, był tam koleś, całkiem przystojny, starszy kilka lat, z żoną i dziećmi. Zwrócił moją uwagę, był zabawny zagadywał do wszystkich. Później jakiś czas pracowaliśmy na innych działach i się nie widzieliśmy, zapominałam że w ogóle jest. Nagle któregoś dnia trafiliśmy na ten sam dział, i jeb - wystarczyło jedno spojrzenie, jedno które trwało z minutę, prosto w oczy, po chwili uśmiech i maślane oczka, a ja momentalnie mokra. Nigdy w życiu czegoś takiego nie poczułam. Jakby mnie zaczarował, aż ciężko mi było oddychać, to było tak dziwne, że koleś, który ze mną bezpośrednio współpracuje stał i patrzył na nas jakby zobaczył ducha. 

To na mnie to na niego, nie rozumiał jak my co się właśnie stało, musiałam wyjść do łazienki ochłonąć, bo wszystko mi zaczęło lecieć z rąk, od tamtej chwili mi odjebało. Później dalej były ukradkowe spojrzenia, uśmiechy, później już długie perfidne gapienie się w oczy i uśmiechy jakbyśmy chcieli się zeżreć. Jak nie uśmiechy, to ukradkowe spojrzenia, czułam jak mnie obserwował w każdej możliwej chwili. Nikt z nas niczego więcej oprócz jakiejś krótkiej rozmowy nie zrobił.

Żeby nie było: nie planowałam tego, nie mam zamiaru nic z tym robić, ma rodzinę niech sobie ma i tyle. Ale ja już wariuję, przeniosłam się na całkowicie inny dział, żeby go nie spotkać. W głowie rozjebane, pragnę go jak nikogo nigdy. Ślub zaraz, a ja marzę o kolesiu, którego widziałam kilka razy. Możliwe to, żeby się zakochać od wejrzenia któregoś tam, trzeciego? Mam wrażenie, że ktoś mnie do niego przykuł łańcuchem, nie wiem nawet jak to powiedzieć. Po prostu czuję jakby coś mnie siłą do niego ciągnęło i kazało w to brnąć. Nie mogę przestać myśleć o nim nawet na chwile. Dosłownie jak na filmach jakby rzucił na mnie urok i jeb od teraz jesteś moja. Wiem resztką rozumu, że to złe. 

Pytanie do doświadczonych: Takie działanie na siebie jak pojebani jest normalne? Jak ktoś wam się podoba i go podrywacie tak jest? Głupie, ale od liceum jestem ze swoim, nie podrywałam nikogo nigdy. Mi się wydaje, że ciężko trafić na kogoś, kto aż tak na ciebie działa, jakbyś się topił od samego spojrzenia.
Nie wiem co mam zrobić.

Życie to kurwa. Rozjebie ci najpiękniejsze chwile i się z ciebie śmieje.

#4tf5m

Byłam straszną syfiarą. Odkurzanie raz na miesiąc, albo trzy, tak samo zmiana pościeli. Tyle dobrze, że chodziłam w czystych ciuchach i się myłam, ale mieszkanie miałam zawalone brudnymi naczyniami, kilku tygodniowa pleśń w kubku. Gotowanie zaczynało się od zmywania garnka...

Na szczęście nigdy nie miałam problemów z tym, że mam jakieś robale. Jakiś czas temu się to zmieniło. Zmiana pościeli i odkurzanie co tydzień, ścieranie kurzy. Ogólnie duża zmiana. Może nie perfekcyjnie, ale jest o niebo lepiej. Karma mnie jednak dopadła...

Pojawiły się u mnie pchły czy inne że takie co siedzą w materacu i gryzą...
Już dwa tygodnie mijają. Zmiany i gotowanie pościeli, pryskanie materacu... Chyba trzeba kupić nowy materac.

#VGnZB

Znajomi mają kilkuletniego synka, lubimy z żoną do nich czasami wpadać. Gdy któregoś razu ich odwiedziliśmy, mały jeszcze nie spał i wyleciał do przedpokoju zobaczyć, kto przyszedł. "Ooo, ciocia i wujek" - ucieszył się i z bananem na twarzy pobiegł do salonu. 

Gdy wszyscy weszliśmy do salonu, ujrzeliśmy małego wyciągającego kieliszki do wódki z szafki...

#nG6n2

Z cyklu: poznajcie mnie... Nie mam dziewczyny (nigdy nie miałem), nie staram się specjalnie, żeby takową mieć (chłopaka też nie, chociaż by mi to nie przeszkadzało). Nie jestem też aseksualny: jak mam potrzebę prawa ręka daje radę (lewa czasem też). Uprzedzając pytania: mam pracę, mieszkam sam, jestem pod 30-tkę, nie jestem zakompleksionym nastolatkiem mieszkającym z rodzicami, który ma na wszystko czas. Do żony i dzieci mnie nie ciągnie. Mam jakieś tam życie towarzyskie (na stopie koleżeńskiej), więc nie jestem raczej socjopatą. Preferuję spotkania w małym gronie, z osobami, które znam przynajmniej od pewnego czasu, nie głośne imprezy co tydzień. Nie będzie morału ani apelu, akceptuję samego siebie i do terapeuty się nie wybieram. Na siłę nikogo szukać nie będę. Ot, anonimowe wyznanie chłopaka, jakich pewnie wiele na tym świecie.

#cYAQe

Przyjechała do nas na dwa tygodnie babcia. W sobotę poszedłem na imprezę do kolegi, wróciłem późno w nocy. Niedziela rano, godzina 7, a tu babcia przychodzi ze śniadaniem do mnie do pokoju i mnie budzi. Ledwo przytomny otwieram oczy a babcia mówi: "Piotruś wstawaj, nie można tak spać na głodnego!".

#K6KLS

Niedawno na krakowskim dworcu kolejowym odprowadzałem swoją dziewczynę na pociąg do domu. Weszła do wagonu, usiadła i czekała na odjazd, a ja stałem wśród ludzi na peronie. Nagle od boku podchodzi do mnie niewidomy i kulturalnie pyta, czy ma przed sobą wagon numer 13. Stanąłem na palcach żeby dojrzeć numerek nad ludźmi, ale niestety było zbyt gęsto. Odpowiedziałem mu "Przykro mi, ale nie widzę". On ze stoickim spokojem i uśmiechem odparł: "No widzi pan, ja mam ten sam problem".

#3XfUN

Miałam przyjaciółkę.

Od przedszkola trzymałyśmy się razem. Dziewczyna dość specyficzna, wredna z natury i zyskuje dopiero przy bliższym poznaniu. Tylko trzeba było do tego dotrwać. Odkąd pamiętam miałyśmy różne priorytety. Ona chciała ślubu, dziecka, domu z ogródkiem, ja natomiast stawiałam na edukację, pracę i rozwijanie swoich zainteresowań. I jak ja nigdy nie komentowałam jej życiowej ścieżki, to ona uwielbiała mówić jak bezwartościowe i płytkie jest moje życie. No ok, ja jestem szczęśliwa i to najważniejsze.

Od paru lat spotykam się z mężczyzną dość znacznie ode mnie starszym, tworzymy zgodną, aczkolwiek dość specyficzną parę kierującą się zasadą, że to nasza miłość i cały świat o niej wiedzieć nie musi. Ona nie może tego przeżyć, że nie mieszkamy razem, nie spędzamy razem świąt i nie wychodzimy z nią i z jej partnerem na piwo. Za każdym razem jej mówiłam, że nam to odpowiada i nikomu krzywdy naszym stylem życia nie robimy.

Jakiś czas temu "przyjaciółka" wymyśliła projekt "dziecko". Na szczęście swoje. Jej partner natomiast absolutnie nie jest na to gotowy, nawet nie chce z nią mieszkać. Zresztą ma już dwójkę z poprzedniego związku i lekko mówiąc jest słabym tatą. Ale kumpela się uparła. Od pół roku każda nasza rozmowa to było dziecko, że ona już oszczędza, już kombinuje z pracą i jak jej piękny nie będzie chciał, to ona odstawi antykoncepcje i "wpadną". Jak zazwyczaj staram się ją wspierać i ewentualnie głupie pomysły wybijać delikatnie z głowy, tak za każdym razem jak mówiła o "wpadce" to z góry do dołu ją opierdzielałam.

Nie wiem jakim cudem, ale w końcu jej facet na dziecko się zgodził, aczkolwiek prosił ją o czas. No dobra, ich sprawa. Ale chyba jednak dziecka nie będzie.

Ostatnio byłam na jej urodzinach, sama bo mój luby był akurat w delegacji. Koleżanka dość szybko się lekko wstawiła i całą imprezę wszystkim opowiadała, że będzie mieć dziecko, kompletnie pomijając udział w tym swojego chłopa. Ludzie zaczęli jej trochę dogryzać, że ma lekką obsesje, nawet mnie już gul skoczył, bo wstyd mi za nią było. W pewnym momencie wybuchła, żeby wszyscy się od niej odwalili bo ona chce dziecko i już. I w sumie nie wytrzymałam i przy wszystkich, łącznie z jej facetem zapytałam czy w ogóle Piękny to jest jej potrzebny do tego dziecka. Powiedziała, że ktokolwiek jest potrzebny byleby miał sprawnego penisa, a ja żebym się odwaliła, bo sama źle się prowadzę ze starym chłopem. Wstałam od stołu, na pożegnanie rzuciłam, że może jestem ze starym chłopem, ale nie jestem taką egoistyczną suką ona, a facetowi rzuciłam, żeby wiał od niej jak najszybciej.

I może źle zrobiłam, że w sumie ją podpuściłam żeby pokazała prawdziwą twarz, ale nie żałuje. Może Piękny przejrzy na oczy, bo w sumie fajny facet z niego, a ja pozbyłam się toksycznej osoby ze swojego otoczenia.
Dodaj anonimowe wyznanie