Dziś pojechałem z rodzicami do Ikei. Zgubiłem ich gdzieś w okolicach działu z ramkami do obrazów, więc nawet zadowolony z tego obrotu spraw, kontynuowałem moją tułaczkę samemu. W pewnym momencie z megafonu rozległ się znudzony głos jakiejś pracownicy: „Krzysztof Anoński ( to ja – przyp. aut.) proszony jest przez swoich zrozpaczonych rodziców o natychmiastowe przyjście do Strefy Dziecka! Jeśli ktoś widział błąkające się po sklepie, samotne dziecko, proszę o jak najszybsze powiadomienie obsługi!”.
Na Boga! Mam 39 lat i osobiście przywiozłem moich rodziców na zakupy, a ci zamiast wdzięczności odwzajemniają mi się takim obciachem!
Bez śmiechów i chichów (choć to niemożliwe).
Mam orgazm, jak grzebię sobie patyczkiem higienicznym w prawym uchu. Robię to średnio ze 7 razy dziennie.
Mam 22 lata i jestem facetem...
Mój ojciec pracuje w Policji jako antyterrorysta. Poza tym, że robota niebezpieczna, to w jego przypadku ma jeszcze jedną, istotną wadę. Otóż gdy przychodzi po pracy do domu i ściąga buty, zapach jego stóp mógłby zabić lepiej niż karabin maszynowy. Niby rzecz normalna, bo chłop z krwi i kości, a cały dzień nawet latem chodzi w ciężkich buciorach. Z matką nawet się już przyzwyczailiśmy. W domu codziennie aplikujemy odświeżacz powietrza, matka pierze jego skarpetki po trzy razy, a ja rano zawsze wącham rzucone gdzieś w kąt skarpetki, aby przypadkiem nie założyć tych należących do niego.
Gdy poznałem fajną dziewczynę i zacząłem przyprowadzać ją do domu, moja nieprzyzwyczajona do tych atrakcji wybranka dała mi do zrozumienia, że moglibyśmy coś zrobić z tym problemem. Znalazłem w internecie informację, że problem można załatwić u podologa. Jako dobry syn wykupiłem więc staremu pierwszą wizytę. Jak to zobaczył, to ryknął śmiechem i powiedział, że z jego zdrowiem psychicznym wszystko OK, a poza tym nie chodzi już do szkoły, żeby był mu potrzebny PEDAGOG.
Tak że tego... Ojcu stopy dalej walą, a teraz ponoć cała komenda się śmieje, że syn go wysyła do pedagoga.
Jestem dość młodym instruktorem jazdy i pracuję w jednym z ośrodków kształcenia kierowców. Dwa lata temu trafiła do mnie osiemnastoletnia dziewczyna. Od pierwszych jazd załapała czym jest sprzęgło i tak dalej :) Bardzo dobrze dogadywaliśmy się i prawdę mówiąc, z przyjemnością czekałem na jazdy z nią. Nie musiałem wtedy martwić się, że wjedzie w kogoś i rozbije samochód :D
Pierwszego egzaminu nie zdała ku mojemu zdziwieniu. Umówiliśmy się na dodatkowe i nieodpłatne 2 godziny, by potrenować - zawsze tak robię z każdym moim kursantem, który nie zda. Wkrótce przyszedł drugi egzamin, który też obalała. I tak jeszcze 8 razy i za każdym razem jakieś głupie błędy, których nigdy na jazdach nie popełniła. Gdy zapisywała się na jedenasty egzamin poprosiła, bym towarzyszył jej podczas niego. Zgodziłem się, ponieważ jako instruktor mam takie prawo i chciałem zrozumieć czemu nie potrafić zdać.
Przyjechaliśmy razem do WORDu i po czterdziestu minutach zdała perfekcyjnie. Gdy szczęśliwi wyszliśmy z ośrodka rzuciła mi się na szyję. Przytuliłem ją mimo, że nie powinienem, ale nie chciałem rujnować jej szampańskiego humoru. Gdy wsiedliśmy do mojego samochodu zbliżyła się i zaczęła mnie całować. Byłem w takim szoku, że dopiero po kilku sekundach odepchnąłem ją. Spytałem tylko co jej odbiło. Ona zaś odpowiedziała, że przecież wie, że tego chcę i znowu zaczęła się przybliżać. Tym razem szybciej zareagowałem i odsunąłem ją. Kazałem jej wysiąść i uspokoić się. Odjechałem bez niej.
Dwa dni później zadzwoniła do mnie, by przeprosić i wytłumaczyć całą sytuację. Okazało się, że była we mnie zakochana przez ten cały czas. Co najlepsze, egzaminy specjalnie oblewała, by móc spędzić ze mną więcej czasu! Cóż, więcej nie spotkaliśmy się, ale do dziś nie mogę uwierzyć w jej zauroczenie i że byłem warty tylu niezdanych egzaminów :D
Wspomnienie o nauczycielu, który nie był tak do końca bystry i rozgarnięty.
W latach 90. uczęszczałem do Technikum Budowlanego w pewnym mieście na południowym wschodzie Polski. W 4 klasie, a więc już pełnoletni i obcykani z nawykami i charakterami nauczycieli, zrobiliśmy pewien numer.
Korzystając z notorycznego spóźniania się na lekcję nauczyciela z przedmiotu technicznego pod nazwą "instalacje sanitarne", z kolegami wpadliśmy na pomysł podniesienia średniej z tego przedmiotu. Nauczyciel nie należał do bystrzachów. Pomysł podchwyciła cała klasa (25 chłopa i 2 dziewczyny) i jak jeden mąż napisaliśmy kartkówkę - jeden z nas dyktował pytania z książki, podawał, na której stronie są odpowiedzi i tak poleciało, że w 15 minut było po wszystkim, kartki schowane w biurku u "psora''.
Za tydzień pytamy jak tam kartkówka, a "psor'' oczka jak 5 złotych i mówi, że nie sprawdził i nie pamięta. To my na to, że schował głęboko do biurka. Nauczyciel wyciągnął szufladę z biurka i znalazł nasze kartkóweczki, do końca lekcji sprawdzał i stwierdził z zadowoleniem, że kartkówka wypadła nadzwyczaj dobrze, same 5 i 4! :D
Gdy o tym usłyszałem, przez długi czas nie mogłem dojść do siebie. Będzie o tym, jak małe rzeczy mogą zmienić bieg zdarzeń. Ale po kolei.
Czasy licealnych randek.
Umówiłem się na kawę z dziewczyną. Gadka szmatka, ale w końcu postanowiliśmy się pożegnać. Zaproponowałem, że ją podwiozę pod sam dom, bo było już ciemno, a ona musiałaby wracać PKS-em i trochę na piechotę. Nie zgodziła się. W sumie jej się nie dziwię, bo słabo się znaliśmy, a ja jeszcze dwa lata starszy. Jednak bałem się o nią, więc po prostu dałem jej gaz pieprzowy. Zawsze go noszę, ale jechałem samochodem, więc nie był mi potrzebny. Wytłumaczyłem jak się go używa i poszliśmy każde w swoją stronę.
Na drugi dzień zadzwoniła do mnie roztrzęsiona i z podziękowaniami. Okazało się, że gdy miała jeszcze 5 minut drogi na piechotę, zaczepiło ją dwóch pijaków, rzucali w jej stronę obrzydliwe komentarze i już się do niej zbliżali, gdy buchnęła im gazem po oczach. To ich opóźniło na tyle, żeby mogła uciec do koleżanki, która mieszka blisko.
Żałuję, że nie naciskałem na podwózkę, ale z drugiej strony nie wiem co by się stało, gdybym nie miał tego gazu i jej nie dał.
Dziewczyny! Uważajcie na siebie.
Chłopacy! Dbajcie o swoje dziewczyny.
W związku z tym, że dużo mówi się o tej złej stronie kościoła - dam Wam przykład na to, że zawsze musi być ta druga strona. Ta, która swego czasu uratowała mi życie.
Od początku - chorowity ze mnie chłop. Miałem lat 14, gdy wykryto u mnie wadę krzepliwości. Nie wiadomo z czego się to wzięło, po prostu jest. Plus wirusowe zapalenie wątroby. Jakoś z tym żyję, chociaż bywało kiepsko. 2 lata później wyniki spadły na bardzo niski, wręcz krytyczny poziom, gdzie nawet w warunkach klinicznych mogłem się po prostu wykrwawić po większym zabiegu. Więc wiadomo - leki. Ale nie ma lekko, z bogatej rodziny nie pochodzę, nawet pożyczki nie dałyby rady, bo przecież rachunki trzeba płacić, a rodzica mam tylko jednego. Tyle słowem wstępu.
W okolicy Wielkanocy nastąpił magiczny dzień. Dosłownie. Siedząc spokojnie przed telewizorem razem z mamuśką i babcią, słyszę pukanie do drzwi. Otwieram, co widzę - dwóch facetów z kopertą w ręku. Pytają, czy ja to ja, no i wyszło, że to jednak ja. Wręczają mi kopertę, żegnają się mówiąc, że to prezent na zajączka od parafii i po prostu odchodzą. Ja dziękuję i myk do środka.
Hmmm, koperta dziwnie gruba. Teraz wyobraźcie sobie minę 16-latka, który otwiera kopertę i widzi plik banknotów. Dokładniej 100. Po 100. Koperta zawierająca 10 tys.
Kopara opadła. Zasadniczo miały miejsce trzy reakcje:
- Moja - skąd tu tyle pieniędzy, ile tego jest itd.
- Mamy - co to jest, trzeba to oddać, pewnie pomyłka.
- Babci - na pewno fałszywe.
Tajemnicza dwójka za ten czas zdążyła się zmyć, mama wróciła do domu, wzruszyła ramionami. Koperta wylądowała na stole i nawet nie trzeba było rozmyślać na co zostaną przeznaczone.
Po przeliczeniu "na sucho", na same leki, przez rok, poszło około 8 tysięcy. Co najprawdopodobniej uratowało mnie przed tym, co mogłoby się stać, gdybym tych leków nie dostał. Mały research w parafii dał odpowiedź, że jest to, jak to określił proboszcz - "jednorazowy prezent, na zajączka". Dla samotnych rodziców, z przeznaczeniem na dzieci.
A ja, mając 21 lat, do dziś zastanawiam się, skąd ten skubaniec wiedział, kiedy pieniądze były mi potrzebne. Naprawdę potrzebne.
O obciachu przed sąsiadami
Zacznijmy od tego, że dwa dni przed sytuacją, którą Wam opowiem, wprowadziłam się z narzeczonym i córką do nowego dla nas bloku na czwarte, a zarazem ostatnie piętro.
Przeprowadzka, stres, pośpiech i wiele na głowie, do tego narzeczony kiepsko radzący sobie z opieką nad dzieckiem, a wszystko przez jego ciągłe delegacje po kilka miesięcy każda... To wszystko przyczyniło się do mojej żenującej wtopy.
Zostawiłam lubego z małą i poszłam do sklepu, trochę się stresowałam jak ogarnie, więc przyznam, że w drugą stronę niemal biegłam. Wchodzę na klatkę, lecę po trzy schodki. Są! Drzwi! Nasze, brązowe drzwi. Grzebię jednym kluczem - nic, drugim - nic. Trudno, nie mogę trafić widocznie, zmachałam się za bardzo, więc pukam, mówię: "Otwieraj, bo ja nie mogę klucza włożyć!". Zza drzwi słyszę, że się wydurnia, bo znów, jak to nieraz lubi, zmienionym głosem mówi: "Czego pani tutaj chce? Proszę stąd odejść, bo zadzwonię po policję". Przewróciłam tylko oczami i pukam dalej, ponownie grzebię w zamku kluczem, jeszcze z dwa razy. Znów krzyk...
Dopiero wtedy zorientowałam się, że coś jest nie tak, że nawet wycieraczka się nie zgadza. Upewnił mnie w tym tylko pełen pretensji krzyk kobiety i jej męża wyłaniających się w końcu zza drzwi.
Okazało się, że byłam dopiero na trzecim piętrze i próbowałam wbić się sąsiadom o do mieszkania na siłę. Przeprosiłam grzecznie i w stresie próbowałam wyjaśnić sytuację, skołowana tym, co właśnie się odstawiło.
W zasadzie do tej pory przeżywam to, co sobie o mnie pomyśleli. Ledwo się wprowadziłam, a już sąsiedzi dosłownie pode mną zdążyli się do mnie uprzedzić.
Pozdrawiam Was mocno
- przewrażliwiona babka! :)
Historia za kierownicą.
Jadąc do dziewczyny muszę przejechać przez skrzyżowanie, którego wręcz nienawidzę, ponieważ jest znak stop przy bardzo ruchliwej drodze i wyjechanie na nią graniczy z cudem :(
Pewnego słonecznego dnia stałem na tym skrzyżowaniu i zatrzymał się za mną golf IV z agrotuningiem. Zrobiła się luka w ruchu, bo jakiś inny uprzejmy kierowca chciał mnie wpuścić. Zaczynam ruszać, a tu golf próbuje mnie minąć lewym pasem przejeżdżając przez skrzyżowanie. Zajeżdża mi drogę, otwiera drzwi i zaczyna wykrzykiwać wulgaryzmy... Zmieszany, bo nic nie zrobiłem, kulturalnie kazałem mu się zamknąć i jechać dalej, skoro się tak bezczelnie wpycha.
Panu chyba puściły nerwy, albo był bardzo wkurzony wcześniej, bo wysiadł z samochodu i ruszył odważnie w moją stronę.
Ja również wysiadłem z samochodu... Gość do mnie podchodzi, zaczyna się awanturować. Pan, który mnie wpuścił na drogę wysiadł z samochodu z kolegą. Dodam, że golf zablokował całe skrzyżowanie.
Podeszli do mnie i mówią, że widzieli całe zajście i chętnie mi pomogą. Troszkę bylem
zdziwiony, ale miło mi się zrobiło. Pan z golfa stał się bardziej agresywny, jednego z tych uprzejmych panów pchnął na mój samochód ze słowami "spier..., to nie wasza sprawa".
I tu zaczyna się ciekawostka :) Cała akcja trwała z 30 sekund :) Nie do końca chyba ogarnąłem co się stało, ale w ciągu tych 30 sekund właściciel golfa zaliczył mocne uderzenie o ziemię i został skuty kajdankami.
Tych dwóch panów okazało się policjantami :) Byli to tajniacy.
Cała historia kończy się tym, że agresywny kierowca został zabrany na komendę i dalszych jego losów niestety nie znam.
Morał jest taki, że nie bądź chamem na drodze, bo karma może szybko się zemścić.
Nie ma to jak siedzieć spokojnie na własnym podwórku i z nudów udawać pohukiwanie sowy, gdy pod domem zatrzymuje się dziecko i krzyczy "Tato, tato, sowa!".
A ty wiesz, że musisz pohukiwać dalej, by nie zrobić przykrości małemu, bo gdy przestajesz, on zaczyna płakać. Aż w końcu mija bite pół godziny, wracasz do domu i jeszcze przez parę minut słyszysz płacz dziecka i pocieszającego go ojca, że sowa widocznie odleciała albo poszła spać :)
Dodaj anonimowe wyznanie