Niedzielny poranek, osiedlowy plac zabaw. Kilkoro dzieci w piaskownicy, obok na trawniku labradorka tarza się na plecach, pokazując co ma najlepszego. Jeden z chłopców zainteresował się zwierzakiem i przejęty zawołał do ojca:
– Patrz, tato , taki sam piesek jak nasz, ale nie ma chu.a!
– Bo to jest suczka... - wybąkał czerwony jak burak tatuś.
Szybkość z jaką po chwili oddalali się od placu zabaw, można by wykorzystać do nowej definicji prędkości światła...
Kiedyś na domówce miałam wielki problem z gazami. Do tego łazienka była tak tragicznie blisko kuchni i pokoju, że nie było szans na dyskrecję. Stres powodował u mnie zaciskanie zwieraczy, a to z kolei czyniło nawet małego bąka donośnym grzmotem. Zrozpaczona wymyśliłam, że utnę mały kawałek szerokiej słomki i z jego pomocą się odgazuję. Wtedy wydawał mi się to pomysł na miarę Nobla.
Udałam się ze schowaną słomką do łazienki i wprowadziłam plan w życie. Jak się domyślacie, coś poszło nie tak. Nic mi nie utknęło, nie musiałam jechać na SOR ze słomką w dupie. Problem w tym, że po wetknięciu słomki w odbyt z łazienki zaczęło dochodzić głośne gwizdanie, jakby gotowała się woda w czajniku. Wyrzuciłam słomkę, wyszłam, a gospodarz jeszcze długo sprawdzał bojler, czy aby woda się nie zagotowała i nie ma gdzieś jakiejś szczeliny.
Przed chwilą przeczytałem historię dziewczyny, która jako dziecko chciała być seryjnym mordercą-psychopatą. Miałem podobnie, tylko ja miałem wymyślone plany kogo i za co będę zabijał, kodeks honorowy i ksywkę "Lizaczek", bo wyrywałbym serca, a w ich miejsce wstawiał takiego lizaczka w kształcie serca.
Rysujemy coś? Ja rysowałem swoje ofiary i gdy pani pytała co to jest, podawałem imię, nazwisko i powód, dla którego go/ją zabiłem. Potem jeszcze wymyśliłem, że mam rozdwojenie jaźni i jestem "Lizaczkiem" i policjantem, który go szuka.
Ostatecznie skończyło się na tym, że pani przedszkolanka poprosiła rodziców, żeby ze mną porozmawiali. Tata spytał kim chcę być, ja odpowiedziałem, że seryjnym mordercą, za co dostałem w dupę. I tyle.
Już nie chcę być seryjnym mordercą, ale niekiedy myślę o tym, jak by wyglądał mój nauczyciel z lizakiem w miejscu serca ;)
Akcja miała miejsce w autobusie na Śląsku.
Zanim wsiadłam do pojazdu, na przystanku zobaczyłam upośledzonego chłopaka, miał tak mniej więcej 25 lat. Gadał do siebie, śmiał się itp.
Nadjechał autobus i chłopak od razu poszedł na koło i kurczowo trzymał się tam rurek. Nagle do busa wsiadło dwoje kanarów, no i kontrola... Podeszli do tego chłopaka, coś tam im nie grało i wzięli go do przodu - ja stałam w miejscu przeznaczonym na wózki i byłam od nich dosłownie kilka centymetrów. Okazało się, że chłopak miał skasowany podwójnie bilet. Kanary oczywiście poprosili o dokumenty, a chłopak wyciągnął im kartkę (chyba z informacją, że jest chory). Kanary jeszcze kilka razy wręcz kazali mu wyciągnąć dokumenty, krzycząc na niego, a ten za każdym razem dawał im tę kartkę.
Zaczęło być niemiło. Chłopak był przerażony, bo nie rozumiał czego oni od niego chcą. Trzymając się jednej rurki miotało nim na prawo i lewo. Wokół mnie siedzieli sami mężczyźni. Ja chwyciłam chłopaka za bluzę w momencie, gdy wpadł na jednego z siedzących. Nikt się nie zainteresował. Mówię chłopakowi, by się nie bał...
Nagle zobaczyłam jak ze strachu zesikał się. Był totalnie przerażony. Mówię kanarom, że przecież on nic nie rozumie, żeby przestali na niego wrzeszczeć, bo on się boi! Wysiedli na następnym przystanku, a ja razem z nimi. Wiedziałam, że pewnie go tam spiszą i zostawią, a chłopak nie będzie umiał trafić do domu. Oczywiście wdałam się z nimi w dyskusję. Ci stwierdzili, że będą musieli jechać na komisariat, bo chłopak nie miał dokumentów, ale ubłagałam ich, żeby odpuścili chociaż raz, bo przecież była to sytuacja wyjątkowa, no i w końcu stwierdzili, że OK. Wsiedli do następnego busa.
Chłopak cały zaryczany, posikany - uspokajałam go chyba z 10 minut. W końcu poprosiłam go, żeby wyjął telefon. W telefonie dosłownie kilka kontaktów - mama, tata, siostra. Zadzwoniłam do jego mamy, opowiedziałam jej co zaszło i "dostarczyłam" go do domu. Matka strasznie mi dziękowała, mówiła, że gdyby nie ja, chłopak by się pewnie błąkał, bo miał zakodowane, że wchodzi do danego busa, dojeżdża do danego miejsca i wysiada, inaczej by nie trafił.
Spóźniłam się przez to wszystko do pracy, ale i tak byłam z siebie mega dumna. Wiem, że słusznie postąpiłam. Oprócz mnie każdy to miał gdzieś, okazałam się większą bohaterką (ja, niska, młoda blondyneczka) niż ci faceci siedzący obok mnie, którzy odwracali wzrok.
Umieszczając na anonimowych moje pierwsze wyznanie nigdy nie sądziłam, że zrobię to drugi raz. Chyba padła na mnie wtedy jakaś paskudna klątwa. Ale do rzeczy.
Spotykałam się od jakiegoś czasu z pewnym wspaniałym mężczyzną. Nie było to jeszcze nic konkretnego, ale usilnie próbowałam do tego doprowadzić. Parę dni temu, gdy akurat miałam wolne, a ów wybranek siedział w pracy i wyjątkowo marudził mi, że jest niesamowicie głodny - postanowiłam wspaniałomyślnie podbić jego podniebienie i zaprosić na pyszną kolację. Jak wiadomo, przez żołądek do serca! Nie mogłam przegapić takiej okazji. Kierując się tą myślą zabrałam się prędko za najbardziej wymyślną potrawę, jaką potrafiłam przygotować. Potem szybkie sprzątanie na błysk i oczywiście - uczynienie z siebie siódmego cuda świata tak, aby odechciało mu się jeść, a zachciało czego innego. I tak zleciał mi cały dzień wielkich przygotowań, niczym na wizytę prezydenta.
Na godzinę przed jego przyjściem... zaczęło się. Czułam, jakby tysiące karaluchów gnieździło się w moich jelitach. Co chwilę latałam do kibla modląc się, by przestało, ale nie... z minuty na minutę było tylko gorzej. Biegunka, jak jop twoja mać. Kolacja jednak już gotowa na stole, ja odwalona jak milion dolarów, a on w drodze! Na sprint do apteki po Stoperan za późno, a odwołanie spotkania nie przeszło mi nawet przez myśl. Stwierdziłam dzielnie, że dam radę. Nałykałam się wszystkiego, co miałam na tego typu dolegliwości w apteczce i oczekiwałam z przyklejonym uśmiechem na mego wybranka.
Spotkanie przebiegało nadzwyczajnie miło. Połknięte środki zrobiły swoje i poczułam ulgę. Niestety - chwilowo. Po 2 godzinach niesamowicie romantycznej atmosfery, tornado znów zaczęło szaleć w moich jelitach. Próbowałam się uśmiechać, ale po jakimś czasie nawet i to mi nie wychodziło. W myślach odliczałam minuty do jego wyjścia i modliłam się, by przyszło to jak najprędzej.
Siedzenie i powstrzymywanie erupcji wulkanu wychodziło mi niestety coraz gorzej. Potrzeba matką wynalazków, zatem w mojej głowie zrodził się idealny plan: wyleję na siebie lampkę wina i popędzę do łazienki pod pretekstem sprania tego i wysuszenia. Potem włączę suszarkę, która zagłuszy wiadome dźwięki. Jak pomyślałam - tak zrobiłam. Ulga, gdy tylko usiadłam na toalecie była niesamowita, a suszarka do włosów idealnie maskowała dźwięki przypominające detonację pola minowego....
Niestety... niezupełnie. Gdy wyszłam z łazienki, mój wybranek zwijał się ze śmiechu. Podszedł do mnie, przytulił i rzucił: "Brawo za kreatywność. Mogłaś powiedzieć, że masz sraczkę. Skoczę Ci do apteki a Ty zrób sobie jakąś herbatkę."... i zostawił mnie w atmosferze totalnego zażenowania.
Nadal nie jesteśmy razem, choć chciał.
Przy dobrych wiatrach... (wiatrach, słowo klucz...) będziemy się przyjaźnić.
Wyznanie anonimowe może nie jest, ale się pochwalę swoim pechem...
Dzisiaj miałam podejść do egzaminu praktycznego na prawo jazdy. No właśnie... Miałam.
Podczas gdy wchodziłam już do WORD-u, zadzwoniła do mnie mama, życząc mi "połamania nóg". Nie zauważyłam ostatniego stopnia (może było ich z 5) i spadłam niefortunnie, łamiąc nogę w dwóch miejscach.
Dziękuję, mamo, nigdy więcej nie odbiorę od Ciebie telefonu :/
Wczoraj, kiedy szłam sobie po jednej z ulic w centrum miasta, w którym mieszkam, podtoczył się do mnie dość nietrzeźwy, pachnący przetrawionym jabolem i niemytymi stopami menel. „Kierowniczko!” - chuchnął mi w twarz cuchnącym wyziewem – „Poratuj dwoma złociszami. Pilna potrzeba jest!”. Zgodnie z prawdą odrzekłam, że nie noszę przy sobie gotówki i wszystkie operacje finansowe wykonuję za pomocą karty płatniczej albo operacji bankowych. „To zrobimy tak...”- sapnęło żulisko, wyciągając z kieszeni utytłanych spodni smartfon – „Zrób mi, szefowo, przelewik BLIK-iem…”.
Technologia poszła do przodu i jak widać, menele są na bieżąco z nowinkami.
Z cyklu: Jak radzić sobie z napalonymi gówniarzami?
Ja, stodoła, brat cioteczny i pytanie "Ruchasz się?". Powtórzone co najmniej pięć razy. Co robi bezbronna licealistka? Wyjaśnia bratu, że to nieładnie i nie tak zagaduje się do dziewczyn? Nie! Wskakuje mu na kolana z ogniem w oczach i zaczyna go rozbierać. Chłopina z przerażenia prawie mdleje. A ja z kamienną miną bez słowa siadam obok. Od tej chwili napaleniec dał sobie siana z podrywem i do dziś czerwieni się w moim towarzystwie.
Kiedy miałam 13 lat, zaczęłam zapuszczać włosy. Mając 22 lata, miałam włosy sięgające pasa. I - mówiąc krótko - uwielbiałam je.
Poświęcałam dużo czasu na ich pielęgnację, regularnie je przycinałam. A z racji tego, że interesuję się fryzjerstwem, prawie codziennie czesałam je w inny sposób. Kiedy ktoś sugerował, żebym je ścięła, stanowczo odmawiałam. Nie wyobrażałam sobie siebie w innej fryzurze, zwłaszcza że jestem bardzo wysoką dziewczyną, więc takie długie kosmyki dobrze się u mnie prezentowały.
Do czasu. Pewnego razu wracałam z uczelni przez park. Tego dnia włosy miałam rozpuszczone. Nagle usłyszałam za sobą pełen zachwytu okrzyk "mamusiu, patrz jakie ta pani ma śliczne włosy, myślisz, że mi też takie urosną?!". Zaintrygowana odwróciłam się i zobaczyłam na ławce dziewczynkę, może 10-letnią... Całkiem łysą.
Zamarłam, zrobiło mi się strasznie żal tego dziecka. Dziewczynka, gdy zobaczyła, że na nią patrzę, spytała, czy może dotknąć moich włosów. Jej mama chciała zaprotestować, ale usiadłam na ławce obok małej, a ona delikatnie pogłaskała moje włosy. Potem zebrała je w kucyk, przyłożyła sobie do głowy i zapytała nas jak wygląda. Powiedziała mi, że przed chorobą miała proste blond włosy, ale o wiele bardziej podobają jej się moje kasztanowe fale.
Chwilę potem się pożegnałyśmy i podjęłam drogę do domu. Byłam jednocześnie przejęta, smutna, zła na los, zaskoczona pogodą ducha dziewczynki i siłą jej mamy.
Byłam już pod swoją klatką, kiedy podjęłam decyzję. Zawróciłam na pięcie, poszłam do "swojego" salonu fryzjerskiego i ścięłam włosy do ramion. Moje ukochane kosmyki oddałam fundacji, która robi peruki.
Nie żałuję. Wręcz przeciwnie - gdy przypominam sobie tamtą dziewczynkę "przymierzającą" moje włosy, wiem, że posłużą lepiej jakiemuś choremu dziecku niż mi.
Ja, mały 5-letni gnojek, pojechałem z mamą na ogromny targ. Jak może się to skończyć? Odpowiedzcie sobie sami.
Mama kupowała rękawiczki ogrodowe i powiedziała, że za chwilę idziemy kupić banany. Powiedziałem, że już to zrobię i puściłem się pędem do stoiska, kilka złotych miałem w kieszeni, kupiłem banany, wytłumaczyłem, że mama obok, tak że luzik. Pożegnałem panią, a potem zaczęły się kłopoty. Mama zniknęła.
No nieźle, myślę, i lecę do mojego samochodu i tam czekam, na pewno mama tam przyjdzie.
Po chwili na targ przyjeżdża policja, zamknęli jakoś teren, ja się przyglądam zaciekawiony o co chodzi i czekam dalej.
Po jakiejś godzinie mama zapłakana przychodzi do samochodu, a ja stoję z tymi bananami i jak gdyby nigdy nic mówię:
- No ile można czekać?
Dodaj anonimowe wyznanie