Dawno, dawno temu, gdy mój brat był trochę mądrzejszy niż aktualnie, miał może 16 lat. Mieszkamy na wsi, nasi rodzice mają gospodarstwo rolne.
Któregoś dnia tata wyprowadził z chlewa jedną z krów na sprzedaż, bo za niedługo miał przyjechać pan, żeby ją zabrać. Przywiązał ją do słupka i gdzieś poszedł. Krowa ta była nieco dziwna, bo siadała jak pies. Andrzej (załóżmy, że tak ma na imię brat) także był nieco dziwny i stwierdził, że na niej usiądzie. Gdy już się na nią wspinał, ta nagle wstała. W tym czasie wrócił tata. Zobaczył Andrzeja na krowie i powiedział:
- Kuuurnaa, Andrzeeej - i klepnął krowę w zad.
Krowa wyrwała do przodu, a Andrzej złapał się za jej rogi. Pogalopowała za chlew na pola. Mieszkamy przy ruchliwej drodze. Wyobraźcie sobie teraz, jak jedziecie samochodem, patrzycie w lewo, a tam koleś wyprzedza was na KROWIE. Co byście sobie pomyśleli? :D
Będzie o tym, jak czasem nieświadomie dajemy się wykorzystywać.
Miałam przyjaciółkę. Obie jesteśmy w związkach. Ja niedługo wyprowadzam się od rodziców, ona mieszka z mamą. Po jakimś czasie zdałam sobie sprawę, że dziewczyna ma problem. Była kompletnie pozbawiona asertywności i miała mocno toksyczną relację z matką. Mówiąc wprost, matka ma nad nią pełną władzę, a ona mimo 20 paru lat nie jest w stanie się od niej uwolnić. Jej matka już kilkanaście lat temu rozwiodła się z ojcem, bardzo to przeżyła i od tamtej pory jest sama.
Najpierw przyjaciółka miała jeden argument, żeby się nie spotkać, żeby nie zostać na noc mimo późnej pory, żeby nie posiedzieć godzinkę dłużej na piwie czy imprezie i ten argument brzmiał "mama". Wystarczyło, że powiedziała to jedno słowo i każdy wiedział o co chodzi. Bo mama siedzi sama i jej przykro.
Jej mama jest zagorzałą feministką i ogólnie ma trudny charakter, ciężko się z nią rozmawia. Tak było, ale znalazła sobie faceta, który zaczął jej dyktować warunki. Rozwodnik, który nigdy nie zaprosił jej do siebie, sam chętnie wpadał, ale krzywił się, gdy jej córka była w domu, mimo że mieszkanie spore, trzypokojowe. Ale zagorzała feministka się zakochała i na czas jego wizyt wyganiała córkę z domu. Czyli wcześniej ma wracać natychmiast, bo siedzi sama, ale teraz ma faceta, więc won. I wtedy ta kobieta zaczęła traktować mój dom jak przechowalnię dla swojej córki. Ciągle podpuszczała ją, żeby wpraszała się do mnie. Kiedy zaczął się covid i nie było za bardzo gdzie spotkać się na mieście, przyjaciółka proponowała spotkania w taki sposób, że po prostu do mnie przyjedzie. Mieszkam w sporym domu, więc problemu nie widziałam, w końcu to moja przyjaciółka.
Kiedy moi rodzice wyjechali na wakacje, zaprosiłam ją na weekend, potem przez tydzień był u mnie chłopak i odniosłam wrażenie, że uraziło ją to, że nie zaprosiłam jej na cały tydzień. Potem okazało się, że kiedy wyjechała jej mama, przyjaciółka nie zaprosiła mnie ani razu, cały czas siedział u niej facet. To było po roku tego ciągłego przyjeżdżania i w końcu się wkurzyłam i powiedziałam dość. Kiedy zaproponowała kolejne spotkanie powiedziałam, że spoko, ale nie u mnie, bo nie mam obecnie warunków, więc dla odmiany ja mogę przyjechać do niej. I wtedy zaczęła kombinować, że ma wizytę u dentysty obok mnie, że jej mama mogła mieć kontakt z osobą zakażoną itp. W końcu przyjechałam do niej. Byłyśmy w sklepie, a gdy dotarłyśmy do niej do mieszkania, minęłyśmy się z facetem jej matki. I wtedy dotarło do mnie, w jaki sposób dawałam się wykorzystywać przez miesiące.
Bo w życiu ważne są tylko piękne chwile...
Urodziłam moją córkę zdrową i piękną. W wieku dwóch lat połknęła monetę pięciogroszową. Po wyjęciu monety w szpitalu, mojej małej rybce podano gentamycynę, by nie wdał się stan zapalny od obcego ciała w organizmie. Po około trzech miesiącach zorientowałam się, że mała nie słyszy. Diagnoza lekarzy była jednoznaczna - utrata słuchu w aż 80 procentach... Było załamanie, łzy, desperacja. Szukanie pomocy w Polsce i za granicą. Bez skutku.
Przyszedł czas na aparaty słuchowe, naukę mowy, logopeda i psycholog. I tak przez lata się zmagałyśmy obie z nową rzeczywistością. Zero szansy na mowę werbalną, wszyscy audiolodzy mówili nam to samo - język migowy. Zdążyłam się oswajać z tym wszystkim i nabierać pokory do życia i choroby córki, to nagle następny wyrok... Cukrzyca typu I...
Przez lata szpitale, szkolenia i ciągła walka. Było o tyle gorzej, że nie miałam kontaktu z córką. Nauka mowy szła bardzo źle. Córka stała się zbuntowana i nie rozumiała tego wszystkiego, co dzieje się wokół niej. Płakała, wyrzucała aparaty słuchowe i pompę insulinową. Rysowała mi na kartce wszystko, chcąc wytłumaczyć - dlaczego ja... Wiedziałam, że albo się mogę poddać teraz i płakać w kącie, albo wstać i walczyć. Wiedziałam też, że jestem jej potrzebna - silna i wspierająca. W końcu miała tylko mnie - ojciec był zajęty inną mamą...
Uczyłam córkę mowy bez przerwy, pracowałam z nią wciąż u logopedy i psychologa. Marzyłam tylko o tym, żeby usłyszeć kiedyś od niej chociaż trzy słowa - mamo, kocham cię...
Były problemy z cukrzycą, były ciągłe pobyty w szpitalach, bo córka nie rozumiała na czym to polega i że czegoś nie może jeść, że trzeba wszystko przeliczać i leczyć to insuliną, a raczej uzupełniać jej braki.
Wielokrotnie w szkole jej dokuczano, że nie mówi, że jest niemakiem... Na jednej z przerw międzylekcyjnych wyjęła kanapkę z plecaka, by podnieść poziom cukru, bo źle się czuła. Jeden z kolegów podszedł i kopnął moją córkę w rękę śmiejąc się szyderczo... Kanapka wypadła i się rozsypała po korytarzu. Ten sam kolega złamał nogę w przeciągu kilku dni od tego zdarzenia.
Było wiele przykrych chwil w naszym życiu z powodu tych chorób, ale walczyłyśmy obie i nigdy się nie poddałyśmy...
Dzisiaj moja córka ma 21 lat. Jest piękną i mądrą dziewczyną. Kończy technikum, za rok matura. Szykując się na dyskotekę, podkrada ubrania z mojej szafy i mówi wtulając się we mnie - mamo, kocham cię, jesteś dla mnie moją najlepszą przyjaciółką...
Tak, córka mówi ładnie. Posługuje się mową werbalną i też językiem migowym. Jest pracowita, świetnie gotuje i... pięknie śpiewa - po mnie. Ma dobre serce i nie jest zepsuta jak większość osób w jej wieku. Patrząc na nią codziennie myślę sobie, że warto było. Warto było walczyć z okrutnym losem i warto było się poświęcać, bo tylko tacy ludzie w życiu osiągają szczyty.
Przez prawie trzy lata byłam w toksycznym związku. Zakaz rozmawiania z mężczyznami, zakaz odsłaniania dekoltu, malowania się, ścinania włosów? Okej, przecież tak bardzo go kochałam.
Kłótnie zazwyczaj kończyły się to groźbami, że on się zabije, tak bardzo mu zależy. Wpadał ze skrajności w skrajność, raz byłam dla niego piękna, za chwilę byłam grubą dziwką, która i tak nie znajdzie sobie nikogo innego. Nikt z mojego otoczenia, przyjaciół, czy nawet rodziny mi nie wierzył, gdy próbowałam znaleźć wsparcie. Przecież on jest taki wspaniały, dba o ciebie...
Gdy przypadkiem dowiedziałam się, że on chce mi się oświadczyć, doznałam olśnienia. Tak, dopiero wtedy. Strach przed tak poważną deklaracją zmotywował mnie do działania. Ze studiów zaocznych po kryjomu przeniosłam się na dzienne, bardzo szybko załatwiłam sobie miejsce w uczelnianym akademiku. O zerwaniu poinformowałam go, gdy byłam już zakwaterowana w nowym miejscu. Po prostu uciekłam.
Rodzina odwróciła się ode mnie, on groził i prosił. Na wszystkie sposoby. Byłam nieugięta. Odłożone pieniądze i stypendium socjalne pozwoliły mi na bycie niezależną. W drodze uczelnia-akademik zawsze ktoś mi towarzyszył. Ścięłam te cholerne włosy, stałam się naprawdę szczęśliwa.
Po kilku miesiącach on dał sobie spokój, znalazł inną, młodszą. Pogodziłam się z rodziną, która dalej jednak nie rozumiała, że uciekłam od tak wspaniałego faceta. Przecież mogłabym być już szczęśliwą żoną. Nie miałam już sił słuchać tego, jaka to jestem niewdzięczna. Postanowiłam więc udowodnić im, jak jest naprawdę, gdy on niespodziewanie napisał mi, że żąda, abym oddała mu jego rzeczy zostawione w moim domu.
Zgodziłam się, przyszedł o ustalonej godzinie, a gdy tylko mimochodem zapytałam, czy pasuje mi moja nowa fryzura - wybuchł. Serii wyzwisk nie chcę tu nawet przytaczać. Nie widział tego, że w pokoju obok są moi rodzice, którzy jednocześnie nie byli świadomi jego wizyty - do czasu.
Reakcji ojca chyba nie muszę wam opisywać.
Powiem krótko - w końcu otrzymałam wsparcie i miłość od najbliższych. Zrozumieli, a ja im wybaczyłam.
PS. Z kolegą, który często pełnił funkcję mojego ochroniarza w drodze na uczelnię niedługo będziemy obchodzić naszą piątą rocznicę ślubu.
Dawno temu myślałam, że jak miłość, to jedyna na całe życie.
Właśnie życie zweryfikowało to szybciej, niż myślałam.
Mam 30 lat, stracone lata młodości na spotykanie się z nieodpowiednim facetem.
Ogólnie jestem 4 lata po rozwodzie. Pierwsze 2 świetnie się bawiłam, nadrabiając zaległości z bycia singlem. Imprezy, faceci...
Od prawie 2 lat mieszkam z kimś. Świetny facet, wspieramy się, dużo rozmawiamy. Wiele rzeczy robimy razem i sprawia nam to przyjemność. Jest dobrym człowiekiem, można na niego liczyć w prawie każdej sytuacji. Kilka razy oczywiście się za niego wstydziłam. Prawie się nie kłócimy. Czyli w sumie historia jak z bajki. Prawie.
Ostatnio zauważyłam, że tak naprawdę jesteśmy jak przyjaciele. Że kocham go jak przyjaciela, a nie partnera. A zorientowałam się dopiero wtedy, kiedy mój szef zatrudnił nowych pracowników. A konkretnie jednego. Od razu wpadliśmy sobie w oczy. W pracy ciągle wpadamy na siebie, a to na korytarzu, a to na przerwie. Nie mam z nim żadnych wspólnych zainteresowań, dwa różne typy ludzi, a jak tylko go widzę, to nogi się pode mną uginają. Nie chodzi nawet o wygląd, bo to dla mnie nie jest ważne, a on nie jest jakimś mega przystojniakiem. Sama nie wiem jak to wytłumaczyć...
Czy powinnam postawić granicę i spróbować nie wpadać na niego, nie rozmawiać z nim? On już nawet śni mi się co noc...
Historia o tym, że nie zawsze dziecko równa się szczęście i czasem nie warto słuchać innych ludzi - szczególnie jeśli jedna decyzja możne zaważyć o całym naszym dalszym życiu. Od raz zaznaczam, że nie mam nic przeciwko parom, które kochają dzieci i nie wyobrażają sobie bez nich życia oraz że nigdy nie byłam wielką przeciwniczką zakładania rodziny. Ja po prostu zawsze miałam w życiu inne priorytety.
W chwili, w której zaszłam w ciążę, byłam szczęśliwą trzydziestodwuletnią kobietą, od sześciu lat w związku małżeńskim z najcudowniejszym mężczyzną na ziemi. Miałam super pracę związaną ściśle z podróżowaniem, które jest moją życiową pasją, kochającego męża, również pracującego z zamiłowaniem (i tak samo jak ja wręcz pracoholika), wielkie plany, niezłe zarobki i marzenia, do których spełnienia niewiele brakowało - za cztery miesiące miałam wyjechać służbowo do USA. I nagle stało się - ciąża. Razem z mężem od razu pomyśleliśmy o aborcji, jednak moi jak i jego rodzice byli stanowczo przeciw, stale przekonywali nas, że rodzicielstwo to coś niesamowitego, że to na pewno strach i stres i dlatego myślimy o głupotach, ale jeszcze będziemy zachwycać się wózkami, śliniaczkami i smoczkami. Wszyscy wywierali na nas ogromną presję, ciągle słyszałam tylko o tym, że aborcja to zbrodnia, "Jak urodzisz, to pokochasz", ''Zobaczysz, że jeszcze nie będziesz wyobrażała sobie życia bez dziecka". Pod wpływem wszystkich nacisków zdecydowaliśmy, że urodzę. I to był największy błąd mojego życia.
Miesiąc przed wylotem do Stanów okazało się, że jednak nie polecę, ani tam, ani nigdzie indziej. Życiowa szansa. Ciężka harówa od 12 lat. PRZEPADŁO. Jakby tego było mało, musiałam zrezygnować również z pracy w ogóle, bo nie mogłam jeździć na dłuższe dystanse nawet samochodem - zagrożona ciąża. Od tamtego momentu działo się już tylko gorzej, co chwilę lądowałam w szpitalu, czułam się coraz gorzej i byłam bardzo osłabiona. Nie było podekscytowania, motylków w brzuchu i radosnego wyczekiwania, szału na łóżeczka, grzechotki i smoczki. Przez te dziewięć miesięcy nie czułam nic oprócz tego ,jak wyparowuje ze mnie życie, jak jestem coraz bardziej zła, spięta i zdenerwowana, jak bardzo tęsknię za pracą i wspólnymi wypadami z mężem do kina czy restauracji. Były za to cotygodniowe wypady do szpitala, zarzygana pościel, trzy kilogramy leków, szybkie tycie, rozstępy, niechęć do spoglądania w lustro i ciągłe bóle przeplatane moim płaczem. Nie wiedziałam wtedy jednak, że to dopiero początek.
Poród trwał 13 godzin i zakończył się cesarskim cięciem. Kiedy zobaczyłam córkę, nie zmieniło się zupełnie nic. Próbowaliśmy wychowywać ją przez 3 miesiące, skończyło się baby bluesem. Aktualnie minęły 2 lata. Wychowują ją dziadkowie.Gdy ktoś pyta nawet nie mówię, że mam dziecko.
Od dwóch lat spotykałam się z pewnym facetem. Obydwoje pracowaliśmy na różne zmiany, więc nie mieliśmy bardzo dużo czasu dla siebie. Mimo to staraliśmy się spędzać ze sobą wszystkie wolne chwile, a on często odwiedzał mnie w moim mieszkaniu, bo sam mieszkał pod miastem i był problem z dojazdem. Były rodzinne spotkania, wspólne wycieczki, pikniki, weekendowe wyjazdy. Wszystko układało się wspaniale i byłam naprawdę szczęśliwa.
Snuliśmy wspólne plany na przyszłość, mówiliśmy o domu i dzieciach.
Myślałam się, że trafiłam na tego jedynego. Ale tego, że trzy tygodnie po tym, jak zdecydowaliśmy starać się o dziecko on oświadczy się innej lasce, to się zupełnie nie spodziewałam.
Czuję się jak idiotka, wykorzystywana i oszukiwana przez tyle czasu, okłamywana prosto w twarz. Koleżanki i rodzina pytają o niego, a ja wstydzę się wyznać im prawdę, że byłam tylko jego zabawką, odskocznią od jego prawdziwego życia.
Dobrze przynajmniej, że nie zdążyłam zajść w ciążę.
Na studniówkę szyłam sukienkę u pani Ani - krawcowej. Było to kilka miesięcy po śmierci najważniejszej dla mnie osoby, przez co dużo schudłam. Szyta sukienka była malutka, za ciasna, żeby wejść na manekina krawieckiego, wisiała więc na wieszaku.
Krawcowa była dosyć popularna w mieście i cieszyła się sporym zainteresowaniem, tym bardziej w okresie studniówek i sylwestra, a ja słysząc przez uchylone drzwi, że w środku jest jakaś dziewczyna, postanowiłam zaczekać na korytarzu aż wyjdzie. Wtedy usłyszałam taki dialog:
- Wyjmę sobie następną sukienkę, bo zaraz powinna następna klientka przyjść.
- O Boże, jak dla lalki, ha, ha, ha, to dla karła?
- Nie, klientka taka szczuplutka jest.
- Czyli dla liliputów też pani szyje? Ha, ha.
Wtedy postanowiłam wejść do środka. I co ujrzałam? Laska ważyła lekko ze 100 kg. No zagotowałam się w środku. Jestem pewna, że robi selfie w trybie panoramy, a z łóżka spada z dwóch stron jednocześnie. Ubierała się i oddała sukienkę krawcowej. Z uśmiechem podeszłam do pani Ani i dotknęłam błyszczącego materiału, mówiąc:
- Dla słoni też pani szyje? Materiał piękny, ale chyba będzie pani musiała to wyprasować na autostradzie.
Nigdy nie widziałam, żeby ktoś tak szybko wychodził od krawcowej. A pani Ania przybiła mi piątkę :)
O tym, jak sprytna kobieta pradziadkowi życie uratowała.
Moi pradziadkowie w czasie wojny mieszkali w niewielkiej wsi na Śląsku. Wiecie, kilkanaście domów na krzyż, każdy znał każdego. Pewnego dnia stało się to, czego wszyscy się obawiali - Niemcy urządzili łapankę. Wiadomo, zamierzali wysłać ich na przymusowe roboty do Rzeszy, albo co gorsza rozstrzelać. Wchodzili do domu, wyciągali silnych, dorosłych mężczyzn i szli do następnych mieszkań. Kiedy prababcia to zobaczyła, pobiegła do sąsiadów pracujących w polu, mówiąc że przyszli Niemcy i każąc im się schować. Wyśmiali ją i powiedzieli, że przecież nie ściągną chłopa z roli. Mylili się.
W tym czasie pradziadek stwierdził, że jedyną nadzieją będzie ukrycie się w lesie. Pobiegł tam, jednak żeby wejść między drzewa, musiał minąć pole, na którym pieliła siostra prababci. Kiedy go zauważyła i dowiedziała się o łapance oraz planie przeczekania jej w lesie, zdjęła z siebie sweter i czerwoną chustę z kwiecistym wzorem, ubierając w to pradziadka. Zrozumiał o co chodziło i schylił się, stając plecami do dróżki. Po jakimś czasie przeszli po niej Niemcy, ciągnąc ze sobą ponad dwudziestu mężczyzn. Pradziadka i siostrę prababci zaszczycili jedynie przelotnym spojrzeniem - nie obchodziły ich jakieś wiejskie baby. To uratowało mu życie.
Pradziadkowie już nie żyją, ale wspomnienia pozostaną w rodzinie na długo.
Mój brat pracuje w zakładzie pogrzebowym. A konkretniej - jest kierowcą karawanu.
Jako że często przejeżdża obok mojej uczelni, to czasem podrzuca mnie do domu. Oczywiście prywatnym samochodem i bez "pogrzebowego" mundurka.
Pewnego dnia zadzwonił i zapytał, o której kończę, bo niedługo kończy pracę, to może mnie wziąć do domu. Jako że miałam już ostatnie zajęcia, to się zgodziłam. Myślałam, że przyjedzie jak zwykle swoim samochodem i ubrany w normalne ciuchy. Nie doceniłam brata-śmieszka.
Wyobraźcie sobie miny ludzi, kiedy pod uczelnię podjeżdża karawan, wysiada z niego człowiek od stóp do głów ubrany na czarno i z grobową miną oznajmia: "Marta, na ciebie już czas...".
Dodaj anonimowe wyznanie