#oOwMq

Mieszkam w UK i niedawno miałam ciekawą sytuację w supermarkecie. Gdy ja wybierałam produkty w dziale mięsnym, obok stała sobie kobieta i zaraz obok niej jakiś facet z innym gościem. Kobitka bierze ostatnią paczkę parówek i wtedy facet odzywa się i mówi czystą polszczyzną:
- Kur*iszon zaje*ał ostatnią paczkę parówek...
W tym momencie kobieta zrobiła zamach ręką, rzuciła mu prosto w twarz tą paczką i powiedziała:
- Masz, nażryj się, ch*ju!

Padłam :)

#NeBF3

Wracając ze szkoły, zawsze przechodziłam koło dużego domu z wielkim ogrodem, w którym przy budzie był uwiązany mały piesek, który często piszczał i wyglądał na wygłodzonego, więc codziennie rzucałam mu coś do jedzenia. Tego dnia zachowywał się bardzo dziwnie, leżał i prawie w ogóle się nie ruszał, nawet jak rzuciłam mu kawałek bułki, to nie zareagował. Bardzo mnie to zaniepokoiło, więc postanowiłam działać. Najpierw obczaiłam, czy ktoś jest w domu i czy mogę jakoś się tam dostać. Zadzwoniłam, ale chyba nikogo nie było, bo nikt nie otwierał. Wspięłam się więc po bramie i dostałam się za ogrodzenie, szybko odpięłam pieska, przełożyłam go przez bramę, po czym sama uciekłam. Wzięłam go na ręce i szybkim krokiem zaczęłam się oddalać. W domu poprosiłam mamę, żebym pojechała z nami do weterynarza. Okazało się, że pies był niedożywiony i bardzo słaby. Po podaniu odpowiednich lekarstw wróciliśmy do domu i tak oto Gucci, bo tak go nazwałam, został z nami.

Tak, ukradłam psa, ale uwierzcie mi, to naprawdę było silniejsze ode mnie. I wcale nie czuję, że zrobiłam coś złego.

#g7HRS

Mam dość całej tej tęczowej propagandy...
Na widok kolejnej akcji zmieniania logo firmowego, parad itp. itd. już mam odruch wymiotny. Rozumiem i popieram prawo do poszanowania i życia bez szykanowania. Ale tak w wielu przypadkach chamska i wulgarna propaganda działa na mnie w sposób zupełnie odwrotny.

Powinniśmy być tolerancyjni nie tylko jeśli chodzi o osoby homo, ale też ogólnie. Ale bycie tolerancyjnym nie znaczy, że mam znosić bezczelne, agresywne i aroganckie zachowania, bo ktoś jest z mniejszości seksualnej, etnicznej czy religijnej.

Obecnie jesteśmy zmuszani do tego, aby być tolerancyjnym na 100%, bo inaczej jesteś homofobem, rasistą seksistą itd.
A ja po prostu o tych ludziach nie myślę, są mi całkowicie obojętni, co mnie obchodzi kto z kim co robi w łóżku, do jakiego Boga się modli czy jak wygląda. Ważne jest jak się zachowuje i jakim jest człowiekiem.
Jak ktoś jest dupkiem, to powinno się taką osobą tak samo traktować i koniec.

Dodam jeszcze tylko, że osoby, które tak głośno krzyczą o tolerancji, równości i poszanowaniu, same często nie szanują innych i dyskryminują innych za ich przekonania.

#2k80V

Rzecz, którą się publicznie nie chwalę.

W młodości zachciało mi się namiastki dorosłości i postanowiłem pójść zdawać prawo jazdy. Wykłady zaliczone, to samo z praktyką, która poszła całkiem nieźle, biorąc pod uwagę, że żyję. Przyszedł czas na egzaminy. Teoria pękła za drugim razem, więc bez tragedii, gorzej było z praktyką... Po raz pierwszy, po raz drugi, po raz trzeci... Próby numer cztery i pięć też się zdarzyły.

W tamtym momencie wuj mój uznał, że koniec z tym i, korzystając ze znajomości, postanowił załatwić sprawę w niezbyt ładny sposób, czyli zwyczajnie użyć mocy pieniądza, coby niemal jego własne dziecko już się męczyć nie musiało.
Wsiadłem zatem do samochodu, niewinny i nieświadomy niczego, a już na pewno nie faktu, że instruktor zachęcony pewną ilością gotówki jest gotów na rzęsach stanąć, byle mnie przepuścić, więc oczywistym jest wynik egzaminu...  A był negatywny.

Nie ma to jak zapłacić za przepuszczenie delikwenta na egzaminie, po czym zdający delikwent niemal doprowadza egzaminatora do zawału, co nie, wuju? ;)

PS Udało się za siódmym razem, i to bez żadnych wspomagaczy, u instruktora nieznanego i nieopłaconego przez wuja, więc możecie czuć się bezpieczni na drogach z mojej strony :)

#p1Pzy

W gimnazjum miałam koleżankę, z którą spędzałam mnóstwo czasu. Nieraz zostawałam u niej na noc i uczestniczyłam w codziennym życiu jej rodziny, w tym na przykład w wizytach w kościele.

Ważnym elementem tej historii jest to, że miała ona o kilka lat młodszego brata, z którym miałam dosyć dobry kontakt (nie, nie weźmiemy ślubu, spokojnie :P). Nazwijmy go Michał.

Podczas jednego z takich wyjść do kościoła na Mszę Świętą, siedziałam właśnie koło niego. Nadszedł moment, kiedy kościelny zbiera pieniądze "na tacę". Michał dostał od swojego taty pięciozłotówkę, którą miał wrzucić do koszyka. Widziałam jak ją ogląda z każdej strony, bawi się nią, chowa do kieszeni i znów wyjmuje, zasadniczo po prostu dziwne rzeczy z nią robił, więc wzbudził moją ciekawość. Zaczęłam się mu przyglądać.

W momencie, w którym miał wrzucić pieniążek, szybko schował go do tylnej kieszeni spodni, a zamiast tego wyciągnął własną złotówkę i to ją oddał. Byłam trochę w szoku, ale temat poruszyłam dopiero jakiś czas później.

Michał powiedział mi, że robi tak już od kilku lat, rodzice nadal nic nie wiedzą, a on z tych pieniędzy już prawie uzbierał na rower.

Geniusz :D

#K6a2P

Ostatnio idę sobie z kolegą chodnikiem i nagle poczułem, jak coś mokrego/lepkiego dotknęło mojej głowy, a przed oczami zrobiło mi się ciemno. Byłem w szoku. W pierwszej chwili myślałem, że ktoś chce mnie porwać. Przez kilka sekund skakałem, wierzgałem i próbowałem się wyrwać nieistniejącemu napastnikowi, krzycząc przy tym wniebogłosy. Dopiero po chwili (naprawdę byłem w szoku), wpadłem na pomysł pociągnięcia za to co mi spadło na głowę i byłem zdziwiony, że poszło tak łatwo (bez żadnego oporu).

Okazało się, że komuś spadł mokry ręcznik z balkonu, a gdy tylko go zdjąłem zorientowałem się, że wszyscy na mnie patrzą.

PS Kupel śmieje się ze mnie do dziś i sumiennie dopilnował, by nie było ani jednego mojego znajomego, który by o tej historii się od niego nie dowiedział.

#FzwGG

Jeździłem wiele lat zawodowo, kilkanaście lat temu mało kto posiadał nawigację, więc jeździło się z mapą i bardzo pomocne było CB radio.

Miałem kiedyś dostawę do jakiejś firmy w Zawierciu, jako że miasta nie znałem, a wkopać się w jakąś złą uliczkę ciężarówką to nic przyjemnego, już od granicy miasta dopytywałem na radiu, jak trafić na adres. Odpowiedzi nie było wcale, aż w końcu zgłosił się jakiś kierowca, mówiąc, że jedzie w tym kierunku i mogę jechać za nim, to mnie podprowadzi.
Podjechał jakiś tam opel, to cisnę za nim, gadamy na radyjku, przeprowadził mnie przez całe miasto, jakiś zakaz do 3,5 tony i dialog na koniec:
- To, kolego, już ta ulica.
- Dzięki ci wielkie, powodzenia, szerokości i nie daj się złapać.
- Dzięki, szerokości, ale to ja jestem od łapania.

Wyświetlił napis "Policja" na tylnej szybie, mrugnął awaryjnymi i odjechał :)

#JuYts

Miałam wtedy 18 lat. Jakie prowadziłam życie? Wesołe, tak zdecydowanie wesołe. Kochałam tańczyć, bawić się, chodzić na imprezy. Mimo tego, że nie jestem osobą która "daje dupy za talerz zupy" (a taką opinię miałam, tak, tak, byłam dziwką, dawałam każdemu, ale co z tego, że seks pierwszy raz uprawiałam mając 20 kilka lat, z facetem, u boku którego budzę się już od kilku lat, i to po naszym ślubie), to na dyskotekach byłam w każdą sobotę, a jak się dało to i w piątek. To była moja odskocznia. Skończyło się to w momencie, kiedy zmarła moja babcia. Stało się to nagle, nie byłam gotowa na jej śmierć. Jak to się mówi, docenisz jak stracisz, wiec nie chcąc tracić i dziadka, postanowiłam zadbać o niego najlepiej jak umiem.

Dziadek po śmierci swojej jedynej miłości zamknął się w 4 ścianach swojego pokoju, najdalsze wędrówka jaka robił to spacer do łazienki. Kilka dni zajęło mi wyciągnięcie go z domu, na cmentarz do babci. Ale wtedy zaczęliśmy też spędzać ze sobą każdą niedzielę. Rano wspólne śniadanie, do kościoła, na cmentarz do babci, wspólny obiad na mieście, lody w najlepszej cukierni i wieczorem przy kolacji oglądaliśmy wspólnie politykę, której szczerze nienawidziłam, ale oglądałam ją dla dziadka. Trwało to dokładnie 3 miesiące, do czasu, aż moja ciotka z zazdrości i obawy przed tym, że zabiorę jej cały majątek dziadka, nie wymyślila najbardziej podłej rzeczy. Wraz ze swoim syneczkiem przerobili moje zdjęcia, tak że zamiast zdjęć ze znajomymi byłam na nich z dużo starszymi facetami w pozycjach, o których nawet nie chcę mówić. Dziadek jako osoba, która nie zna się na nowinkach uwierzył w prawdziwość tych zdjęć. Ale na tym nie koniec. Uwierzyli w to również moi rodzice, mój chłopak i przyjaciółki.

Wyobraźcie sobie teraz, że następnego dnia macie 19 urodziny, a walizki z waszymi rzeczami stoją pod domem. Nikt nie chciał ze mną rozmawiać, dziadek traktował jak powietrze. Byłam załamana. Kiedy dowiedziałam się, że jeszcze jestem chora, w pogoni za pieniądzem na leczenie wyjechałam do Anglii. W portfelu miałam 1000 zł, które zostały mi jeszcze z 18. Tam zaczęłam życie, nie znając języka, nie mając pracy. Ale jakoś się udało. Było ciężko, ale dałam radę. W międzyczasie próbowałam odezwać się do rodziny, ale oni traktowali mnie dalej jak śmiecia. Nie interesowało ich to, że znalazłam cudownego mężczyznę, że byłam w ciąży, skończyłam studia. Na wysłane do rodziców zdjęcie mojego synka dostałam odpowiedz "Nie interesuje nas twój bachor". Mimo to wysłałam im zaproszenie na mój ślub, nikt nie przyjechał.

Teraz mam 28 lat, cudownego męża, 2 dzieci, i kilkadziesiąt nieodebranych połączeń od rodziców i dziadka. Ciotka podczas rodzinnego grilla upiła się i przypadkowo wydała, że to wszystko wymyśliła.
Ale ja już nie mam rodziny. Dobrze mi tak, jak jest.

#Q2yjF

Zaczyna się lato i znowu jak co roku pojawia się w internecie mnóstwo memów o psach zostawionych w samochodzie na parkingach, z informacją typu "nie boj się wybić szyby", "uratuj pieska" itd. W zeszłym roku byłam świadkiem takiej sytuacji.

Duże miasto, duży market, duży parking. Większość aut stoi bliżej marketu, jest jednak tam też część parkingu znacznie oddalona od wejść, więc raczej stoi pusta lub są zaparkowane jakieś pojedyncze sztuki.

Nagle z dużą prędkością podjeżdża fajne duże audi, nie wiem jaki model, bo się nie znam, ale na oko laika fajne. Auto szybko parkuje, wręcz zarzuca kotwicę. Z auta wybiega młoda kobieta, wyciąga z tylnego siedzenia małego chłopca, może ze dwa lata. Matka na rękach przenosi dziecko do kosza na śmieci, dziecko zaczyna wymiotować, chyba nawet zaczęło już na jej rekach. W tym momencie z tyłu podchodzą jakieś małolaty, zaglądają do samochodu - okazuje się, że w środku siedzi pies. Dziecko nadal wymiotuje. Chłopaki bez zastanowienia wybijają szybę w aucie i dumni robią sobie zdjęcie.

Cala sytuacja trwała może z 60 sekund. Nawet nie sprawdzili, czy samochód jest otwarty, a był. Nawet nie ogarnęli, że właścicielka samochodu i psa stoi przed samochodem. Zaczyna się akcja - dziecko nadal wymiotuje, matka wyzywa chłopaków, grozi policją... Młodzi chłopcy tylko sprawdzili, czy zdjęcie dobrze wyszło i odeszli z dumą. Uratowali psa!

Dlatego zanim "uratujecie psa", rozejrzyjcie się chociaż... Bo może właściciel samochodu po prostu odstawia wózek kilka metrów dalej.

#kuXib

Dwa lata, tyle minęło od wydarzenia, które w znacznym stopniu zmieniło moje życie.

Od 10 lat pracuję jako ratownik medyczny. Okres wakacyjny, godziny późno popołudniowe, dostaliśmy wezwanie do wypadku. Zajeżdżamy na miejsce i o ile jesteśmy przyzwyczajeni do tego typu widoków, bo taka praca, o tyle w tym przypadku byliśmy w sporym szoku. Czołówka dwóch osobówek, kierowca octavii wyprzedzał na nie do końca widocznym odcinku drogi i władował się wprost pod passata. Kierowca VW zginął na miejscu. Kierowca skody, na oko w moim wieku, razem z żoną i 5-letnim wówczas synem wracali z wakacji. Mieli rozłożone 2 z 3 tylnych siedzeń, bo wieźli ze sobą jakiś stelaż. Na 3 w foteliku siedziała ich pociecha. Jedynie mały miał zapięte pasy. Budzik w momencie zderzenia zatrzymał się na 140km/h. Efekt? Kierowca został dosłownie przebity na wylot tym stelażem, który pod wpływem uderzenia wystrzelił jak z jakiejś procy. Ciało kobiety znaleźliśmy 20 metrów od samochodu, wypadła przez przednią szybę. Dziecko przeżyło, pomimo tego, że mocowanie fotelika zwyczajnie nie wytrzymało i po prostu się urwało. Zapytacie jakim cudem? Uratował go olbrzymi pluszak, którego miał na kolanach w momencie wypadku. Zadziałał jak poduszka powietrzna. Bilans wypadku? 3 ofiary śmiertelne i osierocone 5-letnie dziecko.
Ale to nie koniec tej historii.

Dwa miesiące po wypadku dostałem telefon, że maluch, którego wtedy uratowaliśmy, pytał się o mnie. Postanowiłem go odwiedzić w pogotowiu opiekuńczym. Najpierw raz, potem kolejny i kolejny. W międzyczasie dowiedziałem się, że małego nikt nie chce adoptować. Bo płacze po nocach, bo reaguje złością na praktycznie każdego oprócz mnie, nie je, nie pije, jest zamknięty w sobie. Stracił oboje rodziców.

Zaczęło się od samotnych odwiedzin, skończyły się na tych z żoną. Któregoś wieczoru, po naprawdę długich przemyśleniach, zapytałem małżonki, czy byśmy go nie adoptowali? Mamy warunki do tego. Żona nie chciała się zgodzić, mówiła, że nie damy rady. Kłótnie o to trwały dobry tydzień. W środę, pamiętną jak dzisiejszy dzień, obudziła mnie w nocy i powiedziała tylko "Damy radę", po czym pocałowała i poszła spać dalej.

Kubusia, bo tak ma nasza pociecha na imię, adoptowaliśmy rok po wypadku, w którym stracił oboje rodziców. Pół roku temu pierwszy raz powiedział do mnie "Tato". Ryczałem jak bóbr. Na początku było ciężko. Mimo że nas znał, był trochę nieufny. Nowe miejsce, nowa rodzina. Ale z czasem otwierał się na nas. Wiedzieliśmy, że nie będzie łatwo. Ale z dnia na dzień nasze serducha radowały się coraz bardziej. Było warto.

PS. Nasz Kubuś nawet nie ma pojęcia, że będzie miał siostrzyczkę. Musimy go przygotować, by nie czuł się odrzucony. Już wiemy jak ją nazwiemy. Wiktoria, od zwycięstwa w walce o jego nowy dom, nasz dom.
Dodaj anonimowe wyznanie