#tSAES

Miałem takiego znajomego, który straszliwie kłamał. Albo raczej konfabulował. I to tak, że właściwie nie wiadomo było o co mu chodzi, bo nic z tego nie miał, a kłamstwa były banalnie wręcz łatwe do sprawdzenia.

Na przykład w luźnej rozmowie mówił, że przyjechał do pracy samochodem. Inny kolega, obecny przy tej rozmowie, powiedział później, że to jakieś bzdury, bo obaj jechali tym samym autobusem i sobie jeszcze rozmawiali.
Tego typu historii była cała masa, więc facet był traktowany z góry, stał się w firmie pośmiewiskiem. Też się z niego nabijałem.
I dopiero po latach się dowiedziałem, że facet miał jakiegoś guza na mózgu, i to on powodował jego dziwne zachowanie...
Głupio mi do teraz.

#WDuqc

Wszystko zaczyna się od tego, że postanowiłem zmienić telefon. Wystawiłem mój stary telefon na jednym z portali tego typu, no i jest - odezwała się po niego jakaś dziewczyna, umówiliśmy się, by dobić targu, lecz ona mogła tylko wieczorem (ze względu na pracę). Okej, spotkaliśmy się, dobiliśmy targu i zaoferowała mi, by jej rodzice odwieźli mnie do domu ze względu na średnio bezpieczną okolicę, odmówiłem. Sporą sumkę PLN-ów zabezpieczyłem sobie w majtkach (zawsze tam noszę większe pieniądze, gdy nie chcę, by mi je ukradli), no i ruszyłem w stronę przystanku.

W połowie drogi zauważyłem pięciu typowych Sebków z browarami w rękach, w tym momencie zacząłem sobie przypominać wszystkie filmy z Bruce'em Lee. Zauważyłem, że jeden wyraźnie idzie tak, by się ze mną spotkać. Mimo tego, że zszedłem z chodnika na ulicę, jego bark spotkał się z moim. Zaraz po tym usłyszałem:
- Te, ku*wa! Nie pomyliło ci się coś?
Ja z całkowitym spokojem i smutkiem odpowiedziałem:
- Sorki, zamyślony jestem.
- W takim razie masz problem.
I w tym momencie jeden przepchnął mnie do tyłu, a ja na to:
- Spoko, nie mam ani telefonu, ani złamanego grosza. Możecie mi sklepać michę, ale zróbcie to tak, żebym jeszcze tego wieczoru potrafił samemu ze sobą skończyć.

Sebki popatrzyli na siebie i znów na mnie, a ja dodałem:
- Moje życie to jedna wielka spie*dolina, straciłem wszystko co miałem, tak że śmiało możecie bić - i nadstawiłem im twarz.

Sebki jeszcze bardziej zdziwieni, jeden z nich wsadził rękę do reklamówki (ja już przerażony) i ku mojemu zdziwieniu wyciągnął browara, otworzył go i wręczył mi do ręki mówiąc:
- Trzymaj, ziomek, wypij sobie i zapal szluga (to też zaoferował).

Jak zaproponował, tak zrobiłem, wypiłem z nimi piwko na ławce w parku, opowiedziałem całkowicie zmyśloną historię o chęci próby samobójczej, smutku i śmierci moich rodziców i siostry. We wszystko uwierzyli.
Chłopaki pożegnali się ze mną, zakazali skakać pod pociąg (to był niby mój pomysł na samobójstwo), a ja poszedłem na autobus.
I takim oto sprytnym sposobem udało mi się oszukać kilku Sebków i zaoszczędzić sporą sumkę. :D

Tak że pamiętajcie - przy spotkaniach z Sebkami bądźcie kreatywni! :D

P.S. Dziewczynie, której sprzedałem opowiedziałem tę sytuację i zaprosiła mnie na kawę. Podoba mi się, mam nadzieję, że uda mi się wyciągnąć jakoś tę znajomość do wyższego stadium, a może zostanie moją żoną? ;)

#ZbyHH

Dziś pierwszy raz w życiu miałam okazję rozmawiać z jedną z tych legendarnych „madek”, które to od dłuższego czasu wyśmiewane są w sieci.

Wystawiłam na OLX lodówkę. Działającą i to nawet energooszczędną. Robiliśmy z mężem remont kuchni i zdecydowaliśmy się na zakup nowego sprzętu, więc pomyślałam sobie, że miłym gestem będzie oddanie komuś starego urządzenia, które ma przed sobą jeszcze parę ładnych lat działania. No i odezwała się do mnie jakaś pani. Pisała dużymi literami i z okropnymi błędami ortograficznymi. Powiedziała, że lodówkę chętnie weźmie pod warunkiem, że jej przywiozę ją do domu, bo w innym wypadku „taka tranzaksja nieopłaca się”. Napisałam, że jedyna opcja to odbiór osobisty, bo przecież i tak oddaję wartą kilkaset złotych lodówkę za darmoszkę... Argument nie przekonał pani i zostałam zwyzywana od kobiet świadczących odpłatne usługi seksualne.

#EaFDm

Historia mojej pacjentki.

Kiedy skończyła się wojna, miała kilkanaście lat. Rosjanie takich nie szczędzili. Wraz z siostrami, gdy musiała iść gdzieś dalej, przebierały za staruszki. Pewnego dnia, już po wojnie, szła leśną drogą. Bała się, ale miała coś do załatwienia. Nagle usłyszała za sobą kroki. Za sobą ujrzała młodego, wysokiego mężczyznę w czarnym płaszczu. Chyba zdołał dostrzec błysk przerażenia w jej oczach. Przyśpieszył. Dziewczyna wiedziała, że nie ma szans na ucieczkę. Kiedy ją mijał, w jego ręce błysnął różaniec, a on powiedział: "Szczęść Boże", wyprzedził ją i poszedł dalej.

Na niedzielnej mszy go poznała. Do rodziny w odwiedziny przyjechał ksiądz.
Karol Wojtyła.

#DhjXM

Jakiś czas temu moja znajoma miała ślub. Jak wiadomo, goście na weselu dają datki w kopertach parze młodej. Parę dni po zakończeniu, nowożeńcy postanowili policzyć "zyski" wynikające z darowanych kopert. W kopertach były różne nominały, zdarzały się nawet takie, w których było 50 zł. Okej, to jest tylko darowizna, nie opłata za wstęp, także dobre i te 50 zł. Jedna koperta była pusta. Była dosyć charakterystyczna, ponieważ jej lewy dolny róg był zabrudzony (jakaś żółta plama). No cóż, zdarza się.

Jakiś czas później para młoda dostała film z wesela. Oprócz samej zabawy weselnej, kamerzysta nagrał wszystkich gości, którzy wręczali koperty. Okazało się, że tę kopertę, która była pusta, wręczyła najlepsza przyjaciółka panny młodej - Daria. Niby nic tak wielkiego, bo przecież darowizna to nie obowiązek, ale...

Około miesiąc po weselu, Daria, podczas rozmowy zapytała nowożeńców: "co zrobili z tysiącem, którym dała im w kopercie i czy ktoś był na tyle bezczelny, żeby dać im pustą kopertę?". Gdy usłyszała, że dostali jedną pustą, Daria stwierdziła: "No, to pewnie ta ku*wa Karolina (Karolina to wspólna przyjaciółka panny młodej i Darii) dała wam pustą. Ona od początku wam źle życzyła, na pewno żałowała wam pieniędzy. Mogła chociaż 100 zł dać, albo nie wrzucać w ogóle koperty".
Prawdziwa przyjaciółka...

Młode małżeństwo postanowiło zaprosić Darię na wspólne oglądanie filmu z wesela. Chcą też zobaczyć jej minę, gdy "przypadkowo" wyjdzie, kto dał tę kopertę. :)

#42Q8g

Moja żona zrobiła dziś dość głupi żart i na śniadanie przygotowała mi hamburgera, w którym zamiast normalnego mięsa znalazła się zapieczona zawartość puszki z najtańszym kocim żarciem. Nieświadomy spisku zjadłem to bez mrugnięcia okiem i pochwaliłem moją ukochaną mówiąc, że ten hamburger był znacznie smaczniejszy niż jej wcześniejsze próby kulinarne w tej dziedzinie. O tym, że miałem paść ofiarą „pranku” zorientowałem się, kiedy małżonka śmiertelnie się obraziła i wyszła z domu mówiąc, że jestem złamanym ch#jem. Dopiero wówczas zauważyłem stojącą przy patelni puszkę z kocim mięchem. Cóż mam począć, że to danie naprawdę mi smakowało…?

#SluKM

Opowiem Wam historię usłyszaną od mojej nauczycielki (nazwę ją Pani Basia). Uwielbiam kobietę, ma już około 50 lat, ale jak nikt rozumie uczniów.

Jakieś 7 lat temu jej klasa szykowała się do studniówki. W grupie wyróżniał się Kamil - bardzo przystojny, bogaty, wygadany, wokół niego kręciło się mnóstwo dziewczyn. Nie ześwirował od tego - był bardzo uprzejmy i wszystkich traktował tak samo. 3 dni przed studniówką jego partnerka (ale nie druga połówka) niestety złamała nogę. Nawet jego wielbicielki miały już osobę towarzyszącą, więc został na lodzie. Pani Basia dokładnie wiedziała, że mieli oni bawić się razem. Spytała Kamila, czy mógłby pójść na imprezę z Emilką - cichą, aspołeczną, przeraźliwie nieśmiałą ze względu na swoje 10 czy 15 kg nadwagi dziewczyną z biednej rodziny. Zgodził się, bo zawsze uważał ją za miłą osobę.

Na początku maja Pani Basia dostała na Facebooku wiadomość z konta Kamila - zdjęcie ze ślubu jego i Emilki, teraz z fantastyczną figurą i uśmiechniętej od ucha do ucha, oraz długie podziękowania za to, że w sumie to nauczycielka swoją prośbą wszystko zapoczątkowała.

Zawsze robi mi się ciepło na sercu, gdy przypominam sobie tę historię. :)

#Dn7K8

Jako mężczyzna tylko raz zawiodłem w sypialni.

Poznałem pewną kobietę, dogadywaliśmy się, było miło. Zaliczyliśmy kilka randek, powiedziałem jej szczerze, że mimo wieku (oboje ok. 35 lat) nie szukam teraz stałego związku, stwierdziła, że ona też. Po kolejnym spotkaniu zaczęła nalegać na wspólną noc, więc poszliśmy do mnie. Było bardzo miło i przyjemnie, atmosfera gorąca, byliśmy właśnie w trakcie, gdy nagle ona powiedziała, że chciałaby ze mną wpaść i mieć ze mną dziecko...

W tym momencie mój sprzęt szybko odmówił posłuszeństwa i było po sprawie. Nigdy więcej się z nią nie spotkałem.

#DOZm8

Mojego męża poznałam jeszcze w liceum, znamy się 10 lat, w tym roku mamy 5 rocznicę ślubu. Pochodzi on z patologicznej rodziny, jego ojciec pił i robił awantury w domu, matka niejeden raz od niego dostała, a zamiast go zostawić i wychować normalnie dzieci, tkwiła w tym związku 25 lat. Rozwiodła się dopiero na początku tego roku.

Kiedy poznałam mojego męża (był on moim pierwszym chłopakiem), nie byłam pewna tego związku. On zapewniał o swojej miłości, o tym, że jestem najlepszym co mogło mu się trafić. Chodziliśmy ze sobą 5 lat, zaszłam w ciążę - a jak później się dowiedziałam, zrobił to specjalnie - i czuję, jakby mnie złapał na dziecko. Presja ze strony rodziny i ten pieprzony ślub...

Kiedy już zamieszkaliśmy razem okazało się, że mój mąż ma poważne problemy z alkoholem. Znalazł sobie w nim rozwiązanie na wszystkie problemy, nawet te według mnie wyimaginowane.

Pierwszy raz tak dosadnie dał o sobie znać 2 tygodnie po narodzinach naszego syna. Napił się, zwyzywał moich rodziców i wsiadł do samochodu. Złapała go policja, zabrała prawo jazdy, więc zadzwonił do mnie, żebym po niego przyjechała. Nie mogłam, miałam dwutygodniowe niemowlę w domu, zawsze mój syn jest dla mnie na pierwszym miejscu. Stwierdziłam, że może się ocknie, jak go rzeczywistość dopadnie, niech się uczy na błędach. Ale do dziś się nie nauczył.

Co jakiś czas zaczął robić akcje w domu, uderzył mnie nie raz, później przepraszał, identyczny scenariusz, jak u jego rodziców. Z tą różnicą, że naszego syna kocha ponad życie i nigdy go nie skrzywdził. Prosiłam, żeby nie pił, powiedział, że nie będzie dla rodziny. Wierzyłam. Akcje były nadal, a ja wybaczałam. Szkoda mi było dziecka, bo kiedy nie pije, to jest dobrym człowiekiem i potrafi okazywać miłość.

Ostatnio jak się napił, zażądałam rozwodu. Dostał ataku paniki, płakał, zaszył się w kącie... Powiedziałam, że mu pomogę i przez jakiś czas było dobrze. Ale wczoraj znowu się napił i uderzył mnie, znowu. Całą noc nie było go w domu, rano wrócił pijany, wyzywał na wszystkich od najgorszych, bo go nie rozumieją, a ja nie mam już siły. Pozwoliłam mu dopić to co jeszcze miał, żeby się nie rzucał, zaprowadziłam pod prysznic, umyłam i poprosiłam, żeby się położył. Skomlał, że na mnie nie zasłużył, że mam znaleźć naszemu dziecku nowego ojca (mały go naprawdę kocha), a ja dla świętego spokoju powiedziałam, żeby nie opowiadał głupot i poprosiłam, żeby się zaszył. Zgodził się. Nie wiem, czy jak wytrzeźwieje będzie się tego trzymał.

Matka ma na niego wywalone, bo ma już dość alkoholików, brat to samo. A ja... ja chcę rozwodu pomimo wszystko. Nie chcę, żeby mój syn na to patrzył, nie mam już siły się kajać i pozwalać na brak szacunku. Boję się, że sobie z tym nie poradzi i coś sobie zrobi, ale podjęłam decyzję i zamierzam się jej trzymać.

#R3w4x

Gdy byłem nastolatkiem, sporą popularnością cieszył się sposób na walenie konia w skarpetkę. Z logistycznego punktu widzenia miało to sens, ale chyba nie przemyślałem, co po wszystkim zrobić ze skarpetą. Miałem jakieś 14 lat, siedziałem w swoim pokoju i uprawiałem rękodzieło, gdy uznałem, że czas przetestować metodę ze skarpetką. Fakt, problem sprzątania po zabawie był rozwiązany, ale wciąż miałem skarpetę pełną dowodów moich uniesień. Nie mogłem jej wrzucić do kosza na brudy, bo pranie robiła mi mama. Na pewno by ją znalazła i odkryła, że jestem dorastającym chłopcem i robię to, co wszyscy dorastający chłopcy. Rzecz miała się podobnie ze śmieciami, bo wtedy chyba żyłem w przeświadczeniu, że mama jest jakimś podejrzliwym śmiecionurkiem i przeczesuje wszystkie domowe odpadki.

Nasz dom od tyłu wychodził na las, więc uznałem, że skarpetce najlepiej będzie na łonie natury. Poszedłem na skraj naszego podwórka i cisnąłem ją między drzewa. Tylko że wtedy była zima i na drzewach nie było w ogóle liści. Skarpeta zahaczyła się o gałąź bardzo wysokiej wierzby. Wisiała na wysokości ok. 10 metrów, biała jak śnieg i powiewała niczym flaga kapitulacji przez następnych kilka miesięcy, aż zwiały ją letnie burze. Oczywiście moja mama od razu ją zauważyła. Pytała każdego w domu, o co chodzi z tą skarpetką, a ja twardo się wszystkiego wypierałem.
Chyba nikt się nie domyślił.
Dodaj anonimowe wyznanie