Było zasypianie przy kołysankach? Było.
Zasypianie z kciukiem w buzi? Przeżytek.
Ciamkanie własnego języka? Też było.
Ale czy słyszeliście, żeby dziecko zasypiało, przy przemówieniach Hitlera i nie zasypiało przy niczym innym? Drogi Boże, gdzie moi rodzice popełnili błąd przy wychowaniu mojej siostry?
Dobranoc Anonimowi, właśnie idę spać w akompaniamencie Adolfa.
Dzień meczu Polska - Szwecja.
Wyczerpały mi się baterie w "moim małym przyjacielu", więc pożyczyłam je sobie z pilota, ale zanim zdążyłam je odłożyć na miejsce, ktoś przyszedł do domu.
Słysząc, że klucz w drzwiach się przekręca, wrzuciłam mojego różowego przyjaciela do szuflady, naciągnęłam spodnie i jakby nigdy nic poszłam sprawdzić kto to.
Brat z kolegami, przyszli oglądać mecz. Ale jak to, przecież mieli być w barze?
Próbują włączyć dekoder. Bezskutecznie.
Brat kilkukrotnie uderza pilotem o dłoń. Dalej nic.
Powtarza próbę jeszcze kilka razy, a na tv wciąż widnieje napis "brak sygnału"
"Co się dzieje z tym głupim telewizorem!" - krzyczy. Ja wiem, co się dzieje... Ale milczę. Pierwsze minuty meczu to już przeszłość.
Może jak przyciśnie mocniej guzik, to zadziała? Nie, jednak dekoder dalej nie reaguje.
Emocje towarzyszą mi nie mniejsze niż obecnie kibicom. Otworzy klapkę pilota i zobaczy, że nie ma baterii czy nie? Co mam powiedzieć, jak zapyta, gdzie są baterie?
"Kurna!" - wściekły brat ciska pilotem w kanapę i wychodzi wraz z kolegami.
Nigdy się nie przyznam.
Ja i mój chłopak to inny wymiar.
On jest niewidomy, a ja mam protezę lewej nogi.
Ślepy prowadzi kulawego... He he...
Moja matka jest popieprzona. Zawsze była. Nigdy nic jej nie pasowało, zawsze darła mordę na wszystkich, a robota to sens jej życia. Ona sama sobie przysparza więcej pracy np. w ogrodzie, a potem narzeka, że ma tyle pracy, że wszystko ją boli i nikt jej nigdy nie pomaga i jaka to ona zmęczona. OK, rozumiem to, ale ona już na mnie się wyżywa.
Jestem dorosła. Mam w domu swoje obowiązki, które wykonuję. Chodzę do szkoły policealnej i chcę znaleźć jakąś pracę na lato. Dziś miałam ważny egzamin, tak samo mam go jutro. Po powrocie do domu z egzaminu, wykonałam swoje obowiązki. Trochę odpoczęłam i ponownie zaczęłam się uczyć, bo nie chcę zawalić już końcówki semestru. W międzyczasie ktoś nabrudził w kuchni. Matka to zobaczyła i wydarła na mnie pysk, że ja tylko na dupie siedzę, nic nie robię, jestem pieprzonym pasożytem i w ogóle po co ja kurna jeszcze żyję. Ja też się zastanawiam, po co żyję? Już niejednokrotnie myślałam o śmierci, bo nie wytrzymuję psychicznie z moją matką. Czuję się przez nią jak ostatnia szmata. Krytykuje dosłownie wszystko. Kiedy zrobię coś np. posprzątam dom, to powie "tutaj jeszcze brudno, niedokładnie, ja sama zrobię", a kiedy odpuszczam, bo wiem, że i tak moja praca pójdzie na marne, to ona drze na mnie pysk, że nic nie robię. To co mam robić? Dostaję poważnego pierdolca. Ona wieczorem kładzie się do łóżka i czasami woła mnie z drugiego pokoju tylko po to, żebym podała jej do łóżka kubek z herbatą, który stoi metr dalej na stoliku, bo ona nie może się ruszyć, bo zmęczona. W największy upał wychodzi do ogrodu, a potem narzeka, że jej słabo. Bo to nie może poczekać. Robota jest sensem życia, ale czego spodziewać się po kimś, kto tęskni za komuną?
Nie wiem, co ja mam robić. Nie mogę się wyprowadzić, nie mam siły ani pieniędzy, a poza tym nie wierzę już w siebie. Matka skutecznie obniżyła poczucie mojej własnej wartości. Mam ochotę ze sobą skończyć.
Jestem osobą, która nie przepada za wysokimi temperaturami. Kiedy jest powyżej 26 stopni zaczynam się topić, dlatego też po mieszkaniu (mieszkam sama) chodzę na ogół w samych gaciach i cienkim topie lub po prostu bez niczego.
Tamtego gorącego letniego dnia wpadłam w szał sprzątania. Odkurzyłam i umyłam podłogi, wyszorowałam blaty, posprzątałam szafki, łazienkę, kuchnię itd. Gdy skończyłam było już grubo po 23, padnięta aczkolwiek szczęśliwa postanowiłam się wykąpać. Kiedy przygotowywałam kąpiel przypomniałam sobie, że moje kochane rośliny na balkonie są niepodlane. Zatem chwyciłam za konewkę i tradycyjnie podlewałam kwiaty przy okazji mówiąc do nich. Kiedy tak "prowadziłam" sobie długą głęboką konwersację z moimi roślinkami przy blasku księżyca usłyszałam szum i cichutkie "ohhh". Rozglądam się i nic nie widzę, nagle patrzę na ogródki na parterze, a tam mój przystojny sąsiad stoi ze szklanką piwa w ręce i patrzy na mnie dosyć dziwnie. No cóż nie każdy gada ze swoimi kwiatkami.
Staliśmy tak wpatrzeni w siebie przez jakaś chwilę, w końcu kiwnęłam głową i powiedziałam cicho "dobry wieczór", on na to "oj, bardzo dobry", myślę sobie w końcu mam okazję zagadać z nim. Mówię, "ciepły dziś wieczór", na co on "raczej, gorrący.... " i tutaj w tym momencie puścił mi klasyczne oko i znacząco poruszał brwiami. Minęła dłuższa chwila nim się zorientowałam, że stoję zupełnie bez niczego na tym balkonie. Zrobiłam oczy jak 5 złotych, powiedziałam "będę szła, cześć! " i zabunkrowałam się w łazience.
Od tego zdarzenia zawsze gdy widzę mojego sąsiada, on puszcza mi znaczące spojrzenia, ja jednak do tej pory jestem dosyć mocno zażenowana tą akcją, więc nawet nie jestem w stanie mu jakoś sensownie odpowiedzieć.
Wczoraj zostawił mi prezent pod drzwiami w postaci kwiatka w doniczce z napisem "mów do mnie jeszcze". :O
Byłam jako nastolatka molestowana przez trzy lata starszą koleżankę. Kiedy powiedziałam o tym przyjaciółce (była pierwszą osobą po mojej mamie, która po ośmiu latach się o tym dowiedziała), zaśmiała się.
Czy naprawdę gdy facet molestuje kobietę to tępy gnój i należy go spalić, wykastrować i powiesić, a jak kobieta kobietę to jest to zabawą? Przynajmniej moja mama zachowała się świetnie, wspierała mnie i zaprowadziła na terapię, zawsze mówiła mi, że nie jest to moją winą. Ale społeczeństwo nadal myśli, że to normalne. I to nie była "zabawa w lekarza'', tylko wsadzanie rąk w majtki, dotykanie piersi czy wsadzanie języka do ust. To że obie jesteśmy kobietami nic nie zmienia. Traumę miałam taką samą. Dziś jestem dorosła, a nadal pamiętam te wszystkie obrzydliwe teksty, którymi rzucała.
Od kilku lat mieszkam i pracuję w Szwecji.
Ostatnio do sklepu, w którym jestem zatrudniona, przyszło dwóch chłopaków na oko w moim wieku. Jak się okazało - byli to Polacy. Przy kasie jeden mówi do drugiego: "O kur#a, takiej ładnej Szwedki jeszcze nie widziałem".
Natomiast ja nigdy nie widziałam większego buraka, jak wtedy, gdy odpowiedziałam: "Może to dlatego, że jestem Polką" :)
Raz znajomy ksiądz opowiadał mi historię o starszej pani, która co tydzień dawała na mszę w "wiadomej sprawie". Kiedyś nie wytrzymał i pyta ją, co to za sprawa, bo tyle lat te msze zamawia, może trzeba jakoś jej pomóc, a może chora jest i on by dołączył z modlitwą? Pani najpierw nie chciała powiedzieć, aż w końcu wypaliła z mocą: "Za tę starą Jędruchową z końca ulicy daję, żeby zdechła wreszcie, jędza wredna!".
Ja lałam, a ksiądz mówił, że po słowach tej babki zawias życia złapał :D
Mój chłopak zginął 700 metrów od mojego domu.
Nie, nie pokłóciliśmy się wcześniej, nie powiedziałam mu, że jestem w ciąży, zwyczajny, miły wieczór spędzony razem. Zginął, bo wymusił pierwszeństwo na niebezpiecznej krzyżówce.
Jest to jedyna droga, żeby wyjechać z mojego domu, więc za każdym razem, gdy patrzyłam na drzewo bez kory, na którym zatrzymał się samochód mojego chłopaka, zanosiłam się panicznym płaczem.
Mój Tata codziennie odprowadzał mnie na przystanek, żebym mogła pojechać na studia, zwalniał się z pracy i szedł na nogach ponad kilometr, żeby mnie przeprowadzić przez zagajnik, miejsce spotkania menelów i częstych napaści. Zostawiał auto koło przystanku, szedł na nogach po mnie i tą samą drogą mnie odprowadzał, gdy chciałam wyjść na zakupy czy do koleżanki i potrzebowałam jego samochodu.
Trwało to ponad rok, gdy udało mi się przełamać strach przed krzyżówką.
Jestem niezmiernie wdzięczna mojemu Tacie, który poświęcał 2 godziny dziennie, żeby mnie odprowadzać, mimo że mógł zignorować mój strach i kazać się ogarnąć.
Jednak dzisiejszego dnia znowu wybuchłam płaczem, tym razem ze wzruszenia. Mój Tata wydał oszczędności życia, żeby wykupić działki sąsiadów i poprowadzić od nas drogę do głównej ulicy, omijając nieszczęsna krzyżówkę. W tajemnicy przed wszystkimi, przez dwa lata załatwił formalności, żebym już nigdy więcej nie musiała omijać miejsca śmierci mojej pierwszej miłości.
Kocham mojego Tatę najbardziej na świecie i nie wiem czy kiedykolwiek zdążę mu się odwdzięczyć za to, co dla mnie zrobił.
Może jestem dziwna, ale nie ogarniam myślenia "nienawidzę ludzi, kocham zwierzęta". To jest rozumiem, że ktoś może mieć uraz do ludzi, nie każdy jest komunikatywny, ale znam osobiście ludzi, którzy prędzej gotowi są oddać życie za psa niż za dziecko. Oglądałam filmik, który mówił o tym, aby nie zostawać w aucie dzieci i zwierząt. Na filmiku było pokazane dziecko i pies. 90% komentarzy to było "OMG, a pieskowi nic nie jest?", "czy piesek żyje?" itp. Serio, ludzie? Mam wrażenie, że to idzie w złym kierunku, że panuje dziwny kult zwierząt, które stawia się coraz częściej nad ludźmi. Zwierzęta mają już więcej praw niż ludzie, dla mnie to chore. Sama lubię zwierzęta. Wychowałam się na wsi, gdzie zwierzęta traktowane były z szacunkiem, ponieważ pozwalały nam przeżyć. Ale szacunek a kult to zupełnie inne rzeczy. Powiem szczerze, że do wegetarian nic nie mam, ale weganie to już moim zdaniem dziwactwo. To jest psycho-weganie, którzy dostają wręcz kociokwiku widząc, jak ktoś je mięso, organizują protesty itp.
Myślę, że powinno kochać się zwierzęta i traktować z szacunkiem, ale stawianie świni czy chomika nad człowiekiem to moim zdaniem chora przesada.
Dodaj anonimowe wyznanie