Ogólnie, jak każdy gimbus, nie lubię szkoły, a więc zawsze w drodze do tego miejsca wyobrażam sobie, że zamknęli szkole i że mamy wracać do domu. Któregoś dnia opowiedziałam mamie o swoim marzeniu.
Na drugi dzień jak zwykle wstaję, biorę prysznic i ubieram się. Wychodzę i idąc w bury dzień obmyślam jak tu wytrzymać do 15:20. Jak zawsze droga zajmuje mi 15 min. A więc stoję przed gimbą, przygotowana na kilkugodzinne więzienie. Ale hmm, brama zamknięta, o co chodzi? Szarpałam się z bramą, ale nie dałam rady jej otworzyć. Zadzwoniłam do mamy, żeby sprawdziła na librusie, czy może dziś jest jakiś festyn czy co. Mama odpowiedziała, że lekcje zostały odwołane i jutro też. Ja podjarana, że spełniło się moje marzenie, wróciłam do domu w podskokach.
Wchodząc do domu rozebrałam się, zrobiłam kakao i wskoczyłam pod kołdrę z telefonem i anonimowymi na ekranie.
Dopiero na drugi dzień dowiedziałam się, że szkoły nie zamknięto, tak naprawdę mama obudziła mnie w sobotę i wkręciła kit, a że ja budząc się nie wiem jaki mamy rok, to spełnianie mojego marzenia wyszło jej idealnie :)
Dzisiaj moja dziewczyna straciła dziewictwo! Pewnie bym się z tego cieszył, gdyby nie fakt, że ja nadal jestem prawiczkiem...
Mam 18 lat, a mój brat - Damian jest ode mnie dwa lata starszy. Odkąd pamiętam, zawsze robiliśmy sobie różne żarty, czasem niewinne, czasem takie bardziej hardcore'owe. Im starsi jesteśmy, tym mocniejsze numery sobie wykręcamy. Kocham mojego brata całym sercem i nie wyobrażam sobie dnia, w którym spoważniejemy i przestaniemy się nawzajem wkręcać. Do rzeczy.
Byliśmy na wakacjach u ciotki w Niemczech. Lato. Sielanka. Jezioro z takim wielkim kąpieliskiem. No, cóż - nuda, jednym słowem. Całymi dniami leżeliśmy na piasku, jedliśmy lody, a wieczorem raczyliśmy się piwem słabym niczym kompot z desek.
Jednego dnia brat, poproszony o nasmarowanie mi pleców, zrobił i na skórze wzorek (oczywiście nie zorientowałam się). Wieczorem zaczęły mnie swędzieć plecy. No, ale jak to? Przecież byłam wysmarowana kremem z silnym blokerem. Przed lustrem dopiero zobaczyłam, że jedynym nieopalonym fragmentem moich pleców jest efektowny kształt dorodnego penisa. Nie powiem - wkurzyłam się, ale w głębi duszy byłam pełna podziwu dla kreatywności mojego braciszka. Teraz trzeba było obmyślić plan zemsty.
Następnego dnia, kiedy Damian wlazł do wody, postanowiłam się zrobić mu największy obciach, na jaki było mnie stać. Braciak akurat nurkował z maską, co chwilę wynurzając się w innym miejscu. Był więc na tyle zajęty, że nie zauważył, że ja też weszłam do wody, założyłam moje okularki do pływania i dałam nura. Szybko go zlokalizowałam - miał bardzo charakterystyczne, jaskrawopomarańczowe slipki. Podkradłam się do niego od tyłu i ciach - ściągnęłam mu gacie z tyłka. Brat zdezorientowany odwrócił się, a przed moimi oczami zadyndał jego ptaszek. Jakiś taki mały, jak u dziecka... Tak mnie to wstrząsnęło, że momentalnie zadławiłam się wodą.
Wynurzyłam się z wody, panicznie bojąc się. tego, co zastanę na powierzchni. Było gorzej, niż myślałam. Stał przede mną przerażony, 12-letni dzieciak wrzeszcząc ile sił w gardle. Na plaży zaś stała jakaś gruba, czerwona Niemka histerycznie wrzeszcząc "Hilfe! Polizei!", machając rękoma niczym jakiś wiatrak. Koło niej siedział sobie Damian i donośnie rechocząc, w najlepsze jadł loda.
Oczywiście, akurat jak na złość dzieciak miał identyczne majty jak mój brat. Zrobiłam z siebie błazna.
Uciekłam do domu, jak najszybciej, starając się omijać szerokim łukiem ludzi wytykających mnie palcami. Nigdy więcej na tę plażę nie wróciłam bojąc się, że ktoś faktycznie wezwie policję i będę musiała się tłumaczyć, że wcale nie jestem jakimś damskim pedofilem czy innym zboczeńcem.
Damian do dziś ma ze mnie bekę, a na samo wspomnienie o ostatnim urlopie robi mi się słabo...
Po tym, do czego przyznam się w tym wyznaniu możecie uznać, że jestem okropna...
Od 9 lat, od dnia gdy go poznałam, podkochuję się w moim zięciu. Gdy tylko moja córka przedstawiła mi swojego chłopaka, miałam nadzieję, że go szybko zostawi, a ja będę mogła przynajmniej się z nim przespać. Nie zostawiła go, zaręczyli się, wzięli ślub, a ja zostałam babcią... Ale marzenie pozostało. Oczywiście nie zniszczę szczęścia swojej córce i życzę jej, aby miała kochającą rodzinę... A z drugiej strony - gdyby tylko chciał, to leżałabym z rozstawionymi nogami i czekała ochoczo na jego wejście... To straszne, ale silniejsze ode mnie. Fantazjuję o tym, myślę o nim przy seksie z mężem. Od jakichś dwóch miesięcy staram się dawać mu sygnały... a on chyba zaczyna je odczytywać. Widziałam ostatnio, jak intensywnie patrzył w mój dekolt, mówiłam jakieś żarty z podtekstem, a gdy powiedziałam głupi tekst "co to za rodzina, co zięć teściowej nie wydyma", powiedział, że w sumie wszystko by zostało w rodzinie, a w rodzinie to chyba nawet powinno się kochać...
Robię jeszcze inne podchody, kiedyś przebierałam się przy uchylonych drzwiach, a on wyraźnie mnie podglądał. Raz sama wpakowałam się mu niby przypadkiem do łazienki, gdy brał prysznic... Tylko się uśmiechnął, zero skrępowania, nawet zamieniliśmy kilka zdań zanim wyszłam. Intensyfikuję moje starania, póki jeszcze nie jestem dla niego za stara.
Jutro mam samotny wieczór w domu. Coś czuję, że zepsuje mi się komputer i chyba nawet wiem kogo poproszę o to, żeby wpadł zobaczyć, co się z nim stało...
Pracuję w małym sklepiku coś w stylu "wszystko po 4 zł", mam bardzo wyrozumiałego i wyluzowanego szefa. Przed sklepem jest ławeczka (należy do właściciela sklepu), na której często przesiadują różne osoby - młodzi wracający ze szkoły, ale też starsze panie, które chcą odpocząć lub po prostu poplotkować. Chyba był wrzesień, bardzo ciepły dzień, siedziałam w sklepie, dodam, że jest w nim zimno, sezon grzewczy jeszcze się nie zaczął. Zero klientów, w końcu ktoś wchodzi, patrzę, a tu szef. Poprosił o zrobienie kawki i usiadł na owej ławeczce. Przynoszę gotowy napój, przysiadam się do niego i sobie gawędzimy. Przechodzi obok starsza pani przygląda się nam i wchodzi do sklepu, więc ja za nią i grzecznie pytam ''Czy mogę w czymś pomóc?". A ona, że chce numer do mojego szefa. Ja jej na to, że nie mogę udzielać takich informacji, ta nadal nalega i to coraz głośniej mówiąc coś w stylu "bezczelna gówniara, starszych się słucha itp.", więc zaproponowałam, że zadzwonię ze swojego telefonu i będzie mogła rozmawiać (w nerwach na śmierć zapomniałam, że on jest przed sklepem). Odebrał i mówię, że pani chce z nim rozmawiać. I co słyszę? Pani daje wiązankę jaka to jestem nieuczynna, że ona stoi przed sklepem 15 min, a tu zamknięte, bo ja z jakimś fagasem siedzę na ławeczce zamiast pracować, że powinnam być zwolniona, i to dyscyplinarnie. Żeby sobie to przemyślał, bo ona w dobrej wierze to robi i w dodatku zajmujemy publiczną ławeczkę, a ona chciała na niej odpocząć.
W tej chwili wchodzi szef do sklepu, rozłącza się i pyta, czy chciałaby coś dodać i kulturalnie ją wyprasza ze sklepu informując, że ławka jest tylko jego, a nie publiczna. W życiu nie widziałam takiej miny, jaką zrobiła ta kobieta. Już nigdy nie wróciła. A na ławce zawisła kartka "Ławeczka jest własnością sklepu, możliwe skorzystanie z niej tylko za zgodą osoby pracującej w sklepie".
Jak miałem 34-35 lat, to byłem singlem, pracowałem wtedy jako przedstawiciel handlowy. Dobre pieniądze i wolność, ale okupione latami ciężkiej pracy w LO i na studiach. W pewnym momencie miałem chwilowy kryzys i nie ukrywam, korzystałem z usług pań, ale w wyszukiwarce zawsze ustawiałem wiek do 18 lat, bo czułem się jak w liceum... Nie jestem z tego dumny, ale praca 14h na dobę robiła swoje.
Po jednej z bardzo zakrapianych imprez w plenerze, około godziny 23, mój przepity mózg postanowił wysłać nogom informację, że muszą podnieść mój zadek i zaprowadzić mnie mniej więcej w okolice domu. Niestety moja koordynacja ruchowa pozostawiała w tym momencie wiele do życzenia, więc marsz szedł bardzo opornie. Niemniej po około godzinie (czyli przejściu kilometra), udało mi się z ogromnym ciężarem w nogach i głowie dojść pod drzwi mieszkania.
W tym momencie mój przepity umysł podpowiedział mi, że należy zachowywać się TSZEŚFFO, żeby nie narazić się na zabicie śmiechem odnośnie mojego stanu przez moich kochanych rodzicieli (nigdy nie pochwalali powrotu ich syna w stanie wskazującym, ale też nigdy nie spotkały mnie żadne nieprzyjemności z ich strony w takiej sytuacji, oprócz oczywiście szyderczego śmiechu-chichu i znęcania się nad moim skacowanym umysłem następnego dnia). Włączyłem pijacki tryb asasyna i zacząłem się skradać. Powoli nacisnąłem klamkę. KLIK! Na szczęście drzwi były otwarte (pierwszy win). Delikatnie wkradłem się do mieszkania (czyli narobiłem mnóstwo hałasu, potknąłem o próg i prawie wywaliłem się na ryj), po czym doszło do momentu kulminacyjnego. Musiałem zdjąć buty, co znaczyło konieczność rozwiązania sznurówek. Oczywiście w stanie wskazującym odległość moich rąk do stóp wynosiła jakieś trzy kilometry, więc, aby ułatwić sobie zadanie, postanowiłem usiąść, aby wykonać swoją misję z należytą dokładnością i w miarę po cichu. Tu jednak nastąpił problem bo... zasnąłem. Na szczęście moja przerwa w kontaktowaniu z wszechświatem trwała krótko i ocknąłem się po minucie (tak mi się wydawało). Na szczęście w mieszkaniu panowała cisza i ciemność - nikt nic nie zauważył (tak myślałem).
Udało mi się uporać z butami, po czym czując się stanowczo zbyt pewnie postanowiłem energicznie wstać. Pewnie myślicie teraz, że wyrżnąłem jak długi i obudziłem wszystkich domowników, ale nie! Udało mi się podskoczyć z podłogi, miękko wylądować na stopach, po czym... zachciało mi się rzygać. I to jak! zawartość żołądka w postaci piwa, wina, wódki i kapki whiskey podsunęła mi się tak wysoko, że niemalże czułem jak wylewa mi się przez oczy i uszy. Tryb asasyna się wyłączył, zastąpił go natomiast tryb: RUN FOR YOUR LIFE. Na szczęście łazienka była nieopodal, więc czym prędzej wskoczyłem do niej, przyklęknąłem przed kiblem jak rycerz do modlitwy przed krucjatą, otwarłem klapę i wypuściłem z siebie demona wprost w ramiona poczciwego kibelka. I tu nastał problem. Bo łazienka była łączona razem z toaletą, a w wannie siedziała moja kochana mama. Zakrywając wszystko co widoczne, z ogromnym szokiem wymalowanym na jej twarzy... Oczywiście ojciec obserwował mnie już od momentu kiedy potknąłem się przy wejściu do mieszkania, umierając ze śmiechu.
I całą konspirację trafił szlag.
Jestem dziewczyną o blond włosach i mam problem z parkowaniem. Tak, wiem – brzmi to jak jakiś cholerny stereotyp, ale naprawdę stresuję się, kiedy muszę zaparkować równolegle. No i tak właśnie było wczoraj. Wszystkie miejsca parkingowe zajęte, tylko pomiędzy dwoma autami było troszkę przestrzeni, w którą mogłam się wcisnąć. Oczywiście za pierwszym, drugim, ani nawet trzecim razem mi się to nie udało. Widząc, że wokół gromadzą się gapie, a jeden z przechodniów chwycił za telefon, aby nagrać ten cyrk, zaczęłam się stresować. W efekcie pomyliły mi się kierunki skrętu kierownicy i moje parkowanie zaczęło przypominać chaotyczny taniec pijanego hipopotama... I wtedy zjawił się on. Stateczny pan w średnim wieku, który postanowił mi pomóc. Przez parę ładnych minut tłumaczył mi jak skręcić koła, jak głęboko wjechać i stanąwszy z tyłu, asystował przy cofaniu mojego wozu. Po wszystkim bardzo wylewnie podziękowałam mojemu dzielnemu wybawcy. Mruknął tylko „Nie ma sprawy, trzeba sobie pomagać”, a następnie wsiadł do jednego z aut, między którymi po długiej i mozolnej operacji udało mi się wcisnąć i odjechał…
Chwilę zajęło mi zrozumienie tego, co się właśnie odwaliło.
Rzecz działa się parę lat temu, dokładniej w ostatniej klasie gimnazjum. Byliśmy już po ostatnich testach, cały materiał przerobiony, więc na zajęciach nauczycielka włączyła nam film. A właściwie próbowała go włączyć.
Stary, pamiętający Gierka telewizor stał w zamykanej szafie. Polonistka próbowała ją otworzyć, ale okazało się, że do zamka ktoś włożył gumę. Po wielu epitetach, jak to uczniowie nie szanują wspólnego mienia, wysłała kolegę po woźnego. Woźny przyszedł, zobaczył i stwierdził, że potrzebuje paru narzędzi, więc wróci za chwilę. W tym czasie nauczycielce udało się wygrać walkę z zeschniętą gumą, telewizor włączony, film przygotowany. Jednak w trosce, aby wszyscy dokładnie widzieli obraz, nauczycielka chciała nieco obrócić szafę. Pchnęła ją najwyraźniej z nadprzyrodzoną siłą. W zwolnionym tempie poleciało wszystko. Telewizor, wideo, płyty, kasety, a na to wszystko jeszcze cała szafa. Kobieta wyglądała jakby dostała zawału, krzyknęła tylko "Uwaga!". A zaraz "Nie śmiać się! Ja nie wiem, jak to stało!". Generalnie wszystko przypominało puzzle. W całości został tylko niezniszczalny PRL-owski telewizor.
I w tym momencie wchodzi woźny. Spojrzał, zbladł i powiedział "O ja pierdolę, poradziliście sobie z otworzeniem".
Moi rodzice uważają, że dobrze wychowali swoje dzieci.
Nigdy nie nauczyli mnie myć zębów, bo nie było czasu. 90% problemów załatwiało się pasem albo straszeniem nim (zdarzyło mi się dostać kilka razy, choć oni jakoś tego nie pamiętają). Zawsze cudze dzieci były ważniejsze i lepsze od własnych, a chowanie głowy w piasek gdy coś się dzieje to najlepsza metoda, chyba że dziecko nie spełnia oczekiwań, to trzeba je zrugać.
Nauczyli mnie, że akceptacji trzeba szukać gdzie indziej.
Dla przykładu powiem, że pamiętam sytuację, jak kuzynka mnie biła. Ojciec zawsze mówił, że jest mała i mam zacisnąć zęby. Gdy kilka lat później ona była bita przez swoją kuzynkę, to pamiętam, że siedzieli przy stole i wszyscy (z moim ojcem włącznie) byli za tym, że powinna oddać. Ja w tym czasie siedziałam w drugim pokoju i płakałam.
Była też sytuacja, że wujek klęknął mnie w tyłek. Było mi wstyd. Reakcją rodziców był opieprz, że nie zareagowałam.
Fajnie, nie?
A teraz najlepsze. Jestem teraz w takiej sytuacji, że muszę u nich zostawić na kilka miesięcy moją malutką córeczkę. Po której oni się drą, rzucają szowinistycznymi tekstami, albo poniżającymi. Bezmyślnie ulegają każdej jej histerii, wiecznie noszą na rękach. Gdy zwracałam im uwagę na ich zachowanie, to już kilka razy usłyszałam, że psa mam sobie kupić. Bo dziecka się nie tresuje.
Pewnie, lepiej ulegać histerii, a później być oburzonym, że nic się nie da przy niej zrobić.
Czuję się cholernie bezsilna, ale nie mam wyboru.
Dodaj anonimowe wyznanie