Jestem ratownikiem medycznym. Właśnie wróciłem z dyżuru i muszę się z wami czymś podzielić.
Dzisiaj zebraliśmy z ulicy człowieka, który dość paskudnie został poturbowany przez samochód. Od razu zorientowałem się, że mężczyzna, któremu ratowaliśmy życie, to mój były nauczyciel z podstawówki. Człowiek, który psychicznie dręczył mnie i wykorzystywał każdy moment, aby publicznie mnie upokorzyć. Dzięki niemu musiałem zmienić szkołę i nabawiłem się takiej traumy oraz nieufności do belfrów, że przez dobre dwa lata chodziłem na sesje do dziecięcego psychologa.
Kiedy leżał na ziemi, a ja robiłem mu sztuczne oddychanie, miałem moment słabości i jakaś wewnętrzna siła zmusiła mnie do zatrzymania uciskania jego klatki piersiowej. Na chwilę. Ułamek sekundy, nie więcej. Czułem przez ten krótki moment niesamowitą, wywołującą dreszcze na moich plecach satysfakcję, że życie tego sukinsyna jest w moich rękach i tylko ode mnie zależeć będzie, czy ten człowiek trafi do piachu, czy dane mu jeszcze będzie cieszyć się słońcem…
Ostatecznie rozsądek zapanował jednak nad chęcią okrutnej zemsty, ale ten króciutki moment, kiedy zdjąłem dłonie z jego klatki piersiowej, dał mi największą satysfakcję, jaką w życiu czułem. I wiecie co? Piszcie, co chcecie. Nie żałuję!
PS Udało się nam przywrócić facetowi oddychanie. Trafił do szpitala i z tego co wiem jest szansa, że po długiej rehabilitacji odzyska władzę w nogach.
Niedawno usłyszałam od kilku osób, że jestem potworem, bezduszną egoistką itp.
Powód? Nie zdecydowałam się na związek z chłopakiem na wózku. Ile spośród osób piętnujących mnie chciało poznać moje argumenty? Zero.
Tamtego chłopaka - nazwijmy go Kamil - poznałam jakieś 1,5 roku temu. Bardzo szybko się zaprzyjaźniliśmy, mieliśmy sporo wspólnych zainteresowań. Było w nim jednak coś, co bardzo mi się nie podoba - jego poglądy na kobiety. Nieraz powtarzał przy mnie, że nastoletnie matki "nadają się tylko do pracy w burdelu", że większość zgwałconych dziewczyn "sama jest sobie winna" i że "może to wreszcie nauczy je rozumu". Każda dziewczyna, która w wieku kilkunastu lat miała chłopaka była dla niego "nic nie wartą idiotką". Kiedy po którymś z jego wywodów powiedziałam mu, że nie spełniam jego kryteriów (spotykałam się z chłopakiem w liceum kilka lat wcześniej, zanim poznałam Kamila), a on łaskawie odrzekł, że z miłości do mnie by mi to wybaczył, ale musiałabym bardzo się postarać się, żebym udowodniła mu, że nie jestem "taką samą szmatą jak każda inna". Po tym zerwałam naszą znajomość - nie pozwolę nikomu traktować się w taki sposób.
Męczyło mnie u Kamila jeszcze jedno - ciągle domagał się pełni mojej uwagi. Całymi dniami SMS-ował do mnie i narzekał, kiedy nie odpisywałam. Nie pomagały tłumaczenia, że kiedy pracuję (jestem kosmetyczką) albo jestem w szkole (studiuję zaocznie) nie mogę pisać SMS-ów albo na messengerze, bo po prostu nie mam na to czasu. Ciągle słyszałam, że gdybym chciała, to mogłabym z nim pisać. Bałam się powiedzieć mu, że kiedy przez cztery dni w tygodniu pracuję od 9 do 18, to jestem zmęczona i chcę trochę odpocząć w samotności. Dodatkowo co każdą sobotę mam zajętą - na zmianę pracuję albo jestem na zajęciach od 8 do 18 lub 19.
Kiedyś próbowałam wypracować kompromis - chciałam odwiedzać go w poniedziałki i niedziele, które mam wolne i raz czy dwa po pracy - w zależności ile będę miała "zadane" w szkole. Wtedy był płacz (Kamil nie potrzebuje do tego zbyt istotnego powodu), że się nim nie interesuję. Próbowałam go namówić, żeby też zapisał się na studia, by miał zajęcie - usłyszałam, że "on nie będzie się szarpał z bandą głupich małolatów (a mamy po 23 lata), a papierek nic mu nie da". W ogóle jego zdaniem powinnam odciąć się od reszty znajomych, zrezygnować z pracy i pomóc mu w karierze pisarza kryminałów. Nie napisał ani strony, bo "nikt mu nie pomaga".
Kiedy zakończyłam naszą znajomość, Kamil żalił się na prawo i lewo jaka zła jestem. Mieszkamy w niedużym mieście, więc wieści się rozchodzą. Teraz ludzie mają mnie za wielką egoistkę, nawet kilka koleżanek w pracy. Murem za mną stają szefowa, moja kochana babcia, z którą mieszkam już ponad 10 lat i kolega z uczelni, z którym od kilku tygodni się spotykam.
Dla większości osób jestem teraz nikim.
Piszę to, bo już od dawna zastanawiam się czy to ze mną jest coś nie tak.
Pracuję u prywaciarza. Jakiś czas temu szef mianował kierownikiem jednego z nas. I wszystko wywróciło się do góry nogami. Czuję się osaczona. Nowy kierownik jest natrętny, nie szanuje pracowników i nie ma żadnych granic w swoich działaniach. Potrafi pobiec za mną do pokoju socjalnego kiedy idę coś zjeść i wręcz wypychać mnie do klientów w trakcie przeżuwania. Często stoi nade mną jak jem i akurat wtedy ma coś ze mną do omówienia. Od roku nie jem normalnych posiłków, bo kierownik mi to utrudnia. Próbowałam rozmawiać, ale jego to totalnie nie interesuje.
Ponadto kilka razy zwrócił mi uwagę na wiadomości, jakie wysyłam do swojego chłopaka. Na monitoringu sprawdza co robię na telefonie. Jak tylko zostawię telefon widzę, że próbuje go odblokować, a później tłumaczy się, że chciał mi go odnieść. Podchodzi i stoi nade mną, kiedy tylko trzymam telefon w ręce. Kiedy jestem w toalecie to czeka za drzwiami.
Mieszkamy w małym mieście i słyszałam też, że rozpowiadał swoim znajomym ile zarabiam i że to od niego zależy czy utrzymam tę pracę. Rozmawiałam z szefem, ale on jest ślepo zapatrzony w kierownika, zwrócił mi uwagę, że mam problemy z pracą w zespole, bo nikt inny nie zgłaszał mu takich problemów. Boją się i po moich zapytaniach odpowiadają bardzo głośno, że takiego kierownika to ze świecą szukać.
Szef dodatkowo stwierdził, że rezygnujemy ze sprzątaczki i ekipy sprzątającej. Mamy sprzątać sami WSZYSCY: mycie okien, biurek, toalet, licznych szyb, zamiatanie przed budynkiem, mycie podłóg, odkurzanie - codziennie. Kierownik odkurzał kilka razy, mogę policzyć to na palcach jednej dłoni. Mamy to robić w godzinach pracy, niejednokrotnie ze ścierką w ręce biegłam do biurka. Nie mamy za to dodatkowego wynagrodzenia, a pracujemy tak od kilkunastu miesięcy.
Pracuję umysłowo, po 7 godzinach pracy jestem zbyt zmęczona, żeby brać się za sprzątanie biura. Kolegom też to przeszkadza, ale wszyscy siedzą cicho, każdy chce utrzymać pracę. Mam wyższe wykształcenie, kilka lat doświadczenia w branży, zostałam zatrudniona jako specjalista, a doszło do kuriozalnej sytuacji, kiedy biegam w szpilkach i koszuli z mopem w ręce. Szukam innej pracy, bez skutku. Jestem przerażona tym co się dzieje.
Moja mama ma sporo młodszą siostrę - nazwijmy ją Basia. Jest między nimi jakieś 13-14 lat różnicy. Z kolei między mną a Basią tylko 8 lat. Długo mieszkałyśmy razem, nic więc dziwnego, że traktowałam ją jak starszą siostrę, była dla mnie wzorem do naśladowania. Nic też dziwnego, że bardzo fascynowało mnie jej życie towarzyskie.
Była to era telefonów stacjonarnych. Basia starała się zachować chociaż minimum prywatności (co przy mnie było bardzo trudne), więc miała w swoim pokoju taki właśnie telefon. Drugi, ogólnodostępny, był na przedpokoju. Dwa aparaty jeden numer telefonu.
Historia właściwa:
Basia rozmawia z koleżanką przez aparat w swoim pokoju. Ja podnoszę słuchawkę na przedpokoju i podsłuchuję cichutko jak myszka, żeby nie wyszło na jaw.
Punkt kulminacyjny:
Koleżanka kicha. Ja mówię "na zdrowie".
Tak oto wyszło na jaw moje podsłuchiwanie.
Grunt to bycie kulturalnym w każdej sytuacji :D
Szczególne gratulacje dla samobójcy, który zdecydował się na skok z dachu wieżowca, kiedy kawałek dalej byłem na spacerze z 5-letnim synkiem. Zupełnie nic nie szkodzi, że młody ma teraz lęki i złe sny, ode mnie otrzymujesz mocne 20 za styl.
Wiele osób czasem zastanawia się, jaką ma super moc. Moja super moc polega na znajdowaniu czterolistnych koniczynek.
Znajduję je wszędzie, nie muszę chodzić po trawniku czy szukać łąki pełnej koniczyny. Wystarczy, że wyjdę z domu na uczelnię albo do sklepu. Nieraz przynosiłam po kilka sztuk oraz o większej ilości liści (mój rekord - ośmiolistna).
Żeby Was nie zmartwić, dodam, że zrywam je rzadko (jak byłam mniejsza, to zrywałam garściami). Teraz często robię im zdjęcia lub zostawiam z nadzieją, że nie zostaną skoszone. Czasem zerwę i oddaję znajomym, którzy mają ciężkie dni, w ramach prezentu na pocieszenie.
Pracuję jako recepcjonistka w hotelu. Oprócz pokoi mamy również salę weselną, gdzie praktycznie co tydzień odbywają się przyjęcia. Na jednym z wesel goście dość szybko poczuli efekty alkoholu. Około 21 większość z nich była bardzo wesolutka. Pod koniec mojej zmiany na recepcję przyszedł jeden z gości. Nie ukrywam, jestem dość atrakcyjną kobietą, dlatego pan dość szybko przeszedł na luźną rozmowę, lekki flircik.
Pracując na recepcji, nie mogę odpowiadać na zaczepki, jednak nie ukrywam, ten gość wpadł mi w oko. Powiedziałam, że teraz nie mogę za długo rozmawiać, bo jestem w pracy. Klient od razu zaproponował mi jakiegoś drinka po skończonej zmianie. Zgodziłam się (wiem, nie powinnam tak robić, bo to jednak gość). Zadziwiałam się, że tak szybko chce uciekać z wesela, gdzie zabawa była naprawdę przednia. Oczywiście skończyło się nocą u gościa weselnego.
Następnego dnia na poprawinach dowiedziałam się, że to Pan Młody...
Jakiś czas temu siedziałem sobie w autobusie, szary zwykły człowiek jadący na uczelnię jako student, nie mający dziewczyny i cierpiący z tego powodu. Siedział przede mną "pulchny" chłopak, niezbyt urodziwy. Moje myśli przepełniły się żalem, że on to będzie miał ciężko znaleźć jakąś bliską osobę, dziewczynę – ciężej ode mnie. Zrobiło mi się go naprawdę żal i pomyślałem, że gdyby wziął się za siebie, zaczął ćwiczyć, zmienił się, mógłby poznać dziewczynę i być szczęśliwym.
Jadąc parę przystanków z takimi myślami, podczas gdy sam mam problem ze znalezieniem drugiej połówki, oceniłem po wyglądzie gościa, którego nigdy nie znałem, wydawał mi się po prostu przegrany życiowo.
W pewnym momencie delikwent wysiadł z autobusu, a na niego czekała piękna dziewczyna, którą pocałował na powitanie i poszli w dal... a ja odjechałem dalej autobusem z takim uczuciem, że nigdy go nie zapomnę. W tamtym momencie zdałem sobie sprawę, że już nigdy nikogo nie ocenię, tylko będę patrzył na swoje życie i na swoje błędy.
To było jakieś 6-7 lat temu, nie pamiętam dokładnie, miałem 17 lat i byłem w technikum. Miałem paru kumpli, z którymi często wyskakiwałem na imprezy, paliłem i wagarowałem, nie byłem porządnym uczniem, muszę przyznać.
Pewnego dnia dołączyła do nas nowa dziewczyna, niezbyt ładna, cicha i bardzo zestresowana, pochodziła z Ukrainy. Jej rodzina przeprowadziła się do Polski w poszukiwaniu lepszego życia. Pamiętam bardzo dokładnie pierwszą lekcję informatyki, nauczyciel zapytał się o coś całej klasy, ona jako jedyna znała odpowiedź, jednak jej styl wypowiedzi nie bardzo przypadł nam do gustu, jąkała się i myliła czasy, czuliśmy, że mamy nad nią przewagę. Zaczęliśmy się z niej śmiać i patrzeć jak na jakiegoś głąba, tylko żeby poczuła się skrępowana, bawiło nas to, ona natychmiast ucichła i siadła na swoje miejsce. Tak było na kolejnej informatyce... i kolejnej... W pewnym momencie w ogóle przestała się odzywać, a jak chciała, to natychmiast ją uciszaliśmy, wyśmiewając się z niej. Tak było przez jakieś trzy miesiące.
Pewnego dnia niespodziewany apel, dyrektor zwołał nas, żeby przekazać nam wiadomość: Karina (załóżmy, że tak miała na imię) powiesiła się. Nie mogła znieść ogólnej biedy rodziców, samotności w obcym kraju i gnębienia na tle rasistowskim.
Nigdy nie prowadzono żadnego śledztwa w tej sprawie ani nie postawiono nam zarzutów, ale sam fakt, że w pewniej mierze wraz z moimi kumplami przyczyniłem się do jej śmierci sprawia, że mam ochotę coś sobie zrobić.
Pracuję w miejscu, gdzie klient nasz PAN. Dosłownie. Zdarzają się bardzo mili goście, zarówno Polacy, jak i obcokrajowcy. Ale ostatnio przydarzyła mi się sytuacja, która doprowadziła mnie pierwszy raz do szaleńczej zemsty. A mianowicie obcokrajowiec był tak chamski i wulgarny, że zwyzywał mnie od najgorszych tylko dlatego, że powiedziałam, że musi zapłacić za pobyt u nas w innym biurze. Później żądał, bym zamówiła mu taksówkę.
Zamówiłam. Najdroższą, jaką tylko znalazłam, za sam przejazd na lotnisko samochodem VIP gość zapłacił trzy moje dniówki. A rzuciłam jeszcze taksówkarzowi, by przejechał dłuższą trasą, ze względu na to, że PAN chce pozwiedzać miasto.
Satysfakcja niesamowita.
Dodaj anonimowe wyznanie